Junnan z „Gan bei” w tle

Gdy podróżujemy odkrywamy na nowo drugiego człowieka, który gdzieś w naszym rozpędzonym życiu skupionym wokół jednego miejsca stracił znaczenie. Na nowo zauważamy, że otaczający świat jest piękny, a ludzie dobrzy. Wystarczy się tylko rozejrzeć, a czasami i to nie jest potrzebne, bo inni dostrzegą Cię wcześniej. Zaproszą, ugoszczą, podzielą uśmiechem i dobrym słowem. Wszelkie bariery znikają. Nie ważne jaki masz kolor skóry, jakiego wyznania jesteś. Liczysz się Ty jako człowiek. Ilość prostej, niewymuszonej, często spontanicznej dobroci odkryliśmy w miejscu, które byśmy nawet o to nie posądzali, a jednak okazały się nim Chiny, a dokładnie Junnan.

To miało być zwykłe, nudne popołudnie. Mieliśmy wyjechać z Mengli, przejechać tyle ile jesteśmy w stanie i rozbić gdzieś namiot. Początek drogi taki właśnie się zapowiadał. Wybraliśmy mało uczęszczaną, górską drogę, bo ta szybkiego ruchu już na samym wjeździe krzyczała zakazem jazdy rowerów. Dodatkowo wizja tuneli z rozpędzonymi ciężarówkami zapieczętowała nasz wybór. Początkowo niewinna serpentyna z każdym nowym zakrętem przeradzała się w męczący podjazd. Dawaliśmy jednak radę, bo siły w nogach dodawał nam fakt, że na drodze byliśmy praktycznie sami, a dookoła nas przepiękne zielone tereny. Zlani potem w otoczeniu eskorty tysiąca małych, upierdliwych muszek w końcu wdrapaliśmy się na wzniesienie. Przed nami malował się niesamowity, ładujący energię zjazd na końcu którego mieliśmy zacząć szukać miejsca na nocleg. Wszystko byłoby dobrze gdyby nie to, że wypiliśmy już prawie cały zapas wody, a wsi z przydrożnymi sklepikami brak. Jechaliśmy jednak dalej z nadzieją, że choćby jakiś strumyk znajdziemy. Nagle ku naszemu zdziwieniu dosłownie pośrodku niczego wyrosły dwa dwupiętrowe budynki, wokół których kręciła się grupka dzieciaków. Rozglądamy się czym może być to miejsce. Nagle zza naszych pleców usłyszeliśmy jak ktoś pyta w czym może nam pomóc i to w zrozumiałym dla nas języku! Szok, wszystkiego byśmy się spodziewali, ale nie tego, że na tej drodze, pośrodku niczego znajdziemy kogoś kto po angielsku mówi. Osobą tą okazała się Sammi – wolontariuszka z Szanghaju, a miejscem przy którym się znaleźliśmy była szkoła z internatem dla dzieciaków z okolicznych górskich terenów. Sammi co roku przyjeżdża na miesiąc w to miejsce, uczyć angielskiego. Tym razem przyjechały z nią dwie inne wolontariuszki. Razem udało im się przekonać władze do wybudowania internatu, a sama obecność nauczycielek z Szanghaju jest już dużą renomą dla szkoły. Dzieci przebywają w szkole od poniedziałku do piątku, na weekendy wracają do swych rodzinnych wiosek. Dostaliśmy od dziewczyn wodę, a przy okazji zostaliśmy też zaproszeni na imprezę. Nie mogliśmy odmówić skorzystania z okazji zapoznania się z chińskimi zwyczajami. Jak się okazało mieliśmy szczęście, bo akurat tego dnia urodziny obchodził wnuk jednego z nauczycieli, a jego rodzice, pochodzący najprawdopodobniej z zamożniejszej rodziny postanowili wyprawić mu uroczystość. Gośćmi byli wszyscy nauczyciele, rodzice chłopca, jego kuzyn i my. Od razu gdy się pojawiliśmy dostawiono dwa krzesełka do głównego stolika, przy którym siedziały dziewczyny, dyrektor szkoły i kilku innych nauczycieli. Stolik oczywiście obrotowy, tak aby dostęp do jedzenia był łatwy dla każdego. Na stole kilka misek z różnymi potrawami. Wszyscy zachęcali nas do spróbowania każdego dania. Ja ostrożnie smakowałam każdy kęs, wiedząc już doskonale jak pikantne mogą być potrawy w Chinach. Za to Szymon zadowolony, że w końcu zje mięso pochłaniał kolejne kawałki. Jedyną przeszkodą dla niego były pałeczki. Choć trzeba przyznać, że posługujemy się nimi coraz lepiej. Jednak chyba nie tak dobrze, jak byśmy myśleli, bo po kilku próbach nauczenia nas tej techniki, dostaliśmy (jako jedyni) do pomocy plastikowe widelce. Za co ja byłam im w sumie wdzięczna, bo jedzenie ryżu pałeczkami do łatwych nie należy. Po jakimś czasie pod nasz nos podjechał ogromny kawał tortu. Kolejny szok, tego się nie spodziewaliśmy, że tego dnia będzie nas czekała taka wyżerka. Jak to na uroczystościach bywa nie zabrakło też napojów tych troszkę więcej procentowych. Było piwo i domowej roboty wódka. Nasze „Na zdrowie!” przeplatało się z chińskim „Gan bei!” z tą różnicą, że wznosząc toast po chińsku kierujemy go zazwyczaj w stronę jednej osoby z którą chcemy akurat wypić. Zawartość kubeczka musi być dopita do dna. Dodatkowo osoba, która „wytrzyma” pierwszą rundę takich toastów, uważana jest za wiarygodną na przykład do robienia interesów. Jako, że my byliśmy gośćmi, to i toasty w naszym kierunku wznoszone były najczęściej. Dobrze, że Szymona masa pozwalała na picie takiej ilości trunków. Dzięki temu w ich oczach wyszliśmy z twarzą jako polscy turyści. Próbowano częstować nas również papierosami, które odpalane były jeden za drugim. Nie zabrakło oczywiście typowo chińskich zachowań jak charkanie i plucie. Wszystkie śmieci standardowo lądowały pod stołem. Czy ja kiedykolwiek się do tych chińskich zwyczajów przyzwyczaję?

Innym razem wczesnym rankiem jechaliśmy rowerami przez niewielką wieś rozglądając się za czymś do jedzenia. Niestety nic nie było. Gdy już mieliśmy z niej wyjeżdżać, zauważyliśmy, że ktoś macha do nas wskazując jednocześnie na miskę z pałeczkami. Pewnie restauracja jest w środku – pomyśleliśmy sobie. Zsiedliśmy z rowerów i weszliśmy do środka. Jak się okazało był to zwykły dom w którym małżeństwo z córką jadło akurat śniadanie. Gdy zapytaliśmy o cenę, pani pokręciła głową zapraszając do stołu. Jedzenie było pyszne, a na do widzenia dostaliśmy jeszcze prawdziwą chińską herbatę z tamtych terenów. Takich przypadków mieliśmy jeszcze kilka. Praktycznie za każdym razem, gdy rozbijamy namiot, gdzieś blisko ludzi zostajemy zapraszani na jedzenie. Podczas tych wspólnych posiłków zaobserwowaliśmy ciekawe zjawisko jakim jest pewnego rodzaju podział. Mężczyźni bowiem siedzą wspólnie przy stole, zaś kobiety im usługują, same jedząc gdzieś po kątach. Ja jednak, podobnie jak Szymon dostaję zaproszenie do stołu. Mężczyźni nawet wyszukują mi te lepsze kawałki mięsa. Mimo, że się nie rozumiemy, to zwykłe uśmiechy wystarczą. Oni mówią coś w swoim języku, my w swoim i tak nam to wspólne biesiadowanie mija.

Przyznam szczerze, że jestem coraz bardziej ciekawa kolejnych dni w Chinach. Jaką nam jeszcze twarz odsłonią? Takie podróżowanie i bycie w drodze uświadamia nam, że wszystko co potrzebujemy sprowadza się do prostych potrzeb. Żyjemy z dnia na dzień, ciesząc się chwilą i poznając nowych ludzi. Jednak gdy tylko się zatrzymamy na dłużej okazuje się, że jest tysiące spraw, terminów i czegoś co „musimy”, a nie tego co „chcemy”. Dlatego uwielbiamy być w drodze i mamy to szczęście, że możemy te chwile dzielić wspólnie.

 


 

PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

 

Ania

Czerpie z życia pełnymi garściami, świat poznaje wielkimi krokami. Rowerem odkrywa światy nieznane, czasami mąż ma z nią „przechlapane”…

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.