Wakacje na wyspie Tioman

Kiedy jesteśmy w Malezji mija nam piętnasty miesiąc w drodze. Ktoś może powiedzieć, że nasza podróż, to jedne, wielkie wakacje. Nie będziemy się kłócić, że tak nie jest, bo wcześniejsze nasze urlopy też spędzaliśmy głównie na rowerze. Jednak po tak długim czasie w drodze czujemy, że przydałby się nam krótki odpoczynek. Hotele ze względu na cenę odpadają, szukamy więc hostów wśród Warmshowrsów. Naszą uwagę przykuwa jedna, ciekawa lokalizacja. Niestety ciężko dostać się w to miejsce rowerem. A wszystko przez to, że jest to wyspa. W dodatku wyspa po której ciężko też poruszać się naszymi pojazdami, bo nie ma na niej zbyt wielu dróg. Niemniej wysyłamy zapytanie o możliwość noclegu. Jeszcze tego samego dnia dostajemy pozytywną odpowiedź. A więc jedziemy, a raczej płyniemy!

Za doradą, nasze rowery zostawiamy na strzeżonym parkingu przystani w Mersing, a część bagaży u przewoźnika, który to ma nas zabrać swoją łódka na wyspę Tioman. Zapakowani tylko w najpotrzebniejsze rzeczy, wsiadamy na pokład. Na miejscu czekana na nas uśmiechnięta od ucha do ucha Ying. Jest ona Malezyjką i pracuje jako recepcjonistka w kurorcie Aguna w południowej części wyspy. Wąskimi ścieżkami, wzdłuż plaży prowadzi nas na miejsce i pokazuje gdzie możemy rozbić nasz namiot. Następnie poznajemy resztę pracowników i szefa całego ośrodka. Wieczór upływa nam na  rozmowie. Dowiadujemy się o zasadach panujących w ośrodku, nieco o samej wyspie, jak i o planach Ying. Okazuje się, że praca na wyspie ma pozwolić jej uzbierać fundusze na dalsze podróże. A w planach ma Nową Zelandię, więc kraj stosunkowo drogi. Uwielbia też rowery, stąd jej oferta na Warmshower. Jako, że jest ona tylko pracownicą kurortu, a szef wprowadził jasne zasady, za darmo możemy zostać  w Agunie dwa dni, później trzeba już uiścić opłatę, lub zakasać rękawy i nieco popracować. Generalnie możemy zostać w ośrodku jak długo chcemy. Za cztery godziny pracy w ciągu dnia dostajemy pełne wyżywienie i miejsce do spania. Nam taki układ odpowiada. Rankiem więc pomagamy w malowaniu, sprzątaniu, lub wykonujemy inne proste czynności, a resztę czasu spędzamy na zwiedzaniu wyspy i odpoczynku.

Praca za nocleg i wyżywienie nie jest niczym nowym. Jest kilka portali, oferujących pracę w niepełnym wymiarze godzin na farmach czy plantacjach, właśnie w zamian za jedzenie i kąt do spania. Dużo młodych osób wykorzystuje takie możliwości, aby poznać inne państwa, a przy okazji doszlifować język w obcym kraju. Normalnie nie byłoby ich stać na wakacje w egzotycznym miejscu. A tak płacą tylko za transport, aby na miejscu w zamian za pracę, otrzymać kąt do spania i często jeszcze wyżywienie. Kilka portali o których piszę:  WorkAway, WWOOF, HelpX.

Wyspa Tioman na której jesteśmy, położona jest niecałe 39 kilometrów od stałego lądu. Najlepiej dostać się na nią z miejscowości Mersing, tak jak to my zrobiliśmy. Można też dolecieć samolotem z Kuala Lumpur, ale to już znacznie większy koszt.  My wybraliśmy ogólnodostępny prom. Godziny jego kursowania uzależnione są od pór przypływów i odpływów. Bilet kosztował nas około 70 ringittów. Jednak poza jego kupnem czekały na nas inne formalności do uiszczenia. W pierwszym okienku trzeba było zarejestrować bilet, plus dane z paszportu, następnie uiścić opłatę za wstęp do Marine Park (5 ringittów), po czy, dodatkowo trzeba było dorzucić 20 ringitów za wstęp do Parku Narodowego. Dopiero po tym całym procederze można było przejść do otwartej poczekalni.

Czas na wyspie mija nam niesamowicie szybko, a ilość zebranych muszli rośnie w zastraszającym tempie. Aż boję się myśleć, kto to będzie woził. Chyba jednak znam odpowiedź na to pytanie. Podziwiamy też ponad dwumetrowe warany, które szukają jedzenia w lokalnych śmietnikach. Rankiem smarujemy się kremem z filtrem, a wieczorem pryskamy sprayem na komary, których tu jest pod dostatkiem, choć jak mówi Ying, te wyspowe komary nie przenoszą dengi. My jednak wolimy tego nie sprawdzać. Kilka razy udaje nam się również wypożyczyć z ośrodka sprzęt do snorkelingu i podziwiamy przybrzeżne koralowce. Sama wyspa ma wiele do zaoferowania i dodatkowo nie jest ona destynacją wakacyjną wielu lokalnych turystów. Dla Malezyjczyków są tu za słaba warunki, jak twierdzi Ying. Ci bogatsi wybierają ekskluzywne kurorty z prywatnymi plażami, gdzieś nad oceanem. Poza nurkowaniem, pływaniem łódką, czy odpoczynkiem na plaży można również wybrać się na trekking w głąb wyspy, na jej najwyższy szczyt, lub spacerować z jednej wioski do drugiej.

Po tygodniu wakacji, zaczyna nam jednak brakować naszego rowerowego trybu życia. Tej ciągłej zmiany miejsc, poznawania nowych ludzi i wieczornego rytuału z rozbijaniem namiotu. Zatem pada decyzja, że wracamy na stały ląd. Dziękujemy Ying i całej ekipie ośrodka Aguna za przyjęcie i przepyszne jedzenie. Z Ying mamy nadzieję spotkać się jeszcze w Nowej Zelandii. Czas pokaże, a tymczasem pora płynąć do naszych rowerów i ruszyć w dalszą drogę.

[Kwiecień 2016]
PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

Szymon

Rower, góry i lampiony – to jego świat u boku żony!

Dodaj komentarz