Jesień w Korytarzu Wachańskim

Październik w Korytarzu Wachańskim to według tamtejszego kalendarza jesień. Nie było tego jednak widać na dużej wysokości, bo tam dominował księżycowy krajobraz o którym wspominaliśmy w poprzednim poście. Wystarczyło jednak zjechać do wsi Langar, która znajduje się na wysokości 2860 m.n.p.m, by zrozumieć, jak piękna jest ta pora roku w Pamirze. Można ją porównać do naszej polskiej, złotej wersji. Kolorowe liście drzew, przejrzyste, błękitne niebo, a do tego wszystkiego z oddali dochodzące odgłosy kóz czy owiec. To właśnie taka symfonia barw i dźwięków przywitała nas w tej okolicy.

I ludzi już więcej. Wszyscy ubrani w cieplejsze rzeczy, jakby chcieli powiedzieć, że jesień to już nie przelewki. Choć nam tego tłumaczyć nie trzeba było, bo pierwszych symptomów zimna doświadczyliśmy podczas noclegu w 10 stopniowym mrozie, tuż obok przełęczy. Tu jednak było zdecydowanie cieplej. Te półtora kilometra niżej robiło sporą różnicę. Zdjęliśmy nawet ciepłe ubrania, bo w dzień słońce mocno wygrzewało nasze ciała. W Langar planowaliśmy też zrobić zakupy. Tylko wyszukanie sklepu to wcale nie jest taka łatwa sprawa. Tu nie ma reklam czy drogowskazów. Trzeba się po prostu pytać ludzi, a i z tym niekiedy bywa problem. Wiejskie sklepiki oferują naprawdę podstawowe produkty, takie jak między innymi mąka, makaron, mydło, ryż czy olej. My chcieliśmy zrobić większe zaopatrzenie, także dopiero trzeci z kolei magazyn (ros. sklep) mógł zaspokoić cześć naszych potrzeb. Nauczeni doświadczeniem, kupując słodkości w takich miejscach najpierw próbujemy je, zanim kupimy większą ilość. Tak było też i w tym sklepie. Hitem dnia jednak okazało się kupowanie warzyw. Postanowiliśmy bowiem przygotować frytki (tak wiemy, że niezdrowe), więc potrzebowaliśmy ziemniaków. W sklepie co prawda ich nie widzieliśmy, ale postanowiliśmy zapytać. Pan który nas obsługiwał skinął tylko na córkę i powiedział, że za chwilę będą. Po minucie przez okno dostrzegliśmy jak dziewczyna kopie ziemniaki. To się nazywa obsługa i świeża dostawa. Ta sama sytuacja miała miejsce gdy zapytaliśmy o marchewkę. Klient nasz pan, jak to mówią. Zaopatrzeni ruszyliśmy więc w dalszą drogę.

W miejscu w którym się znajdowaliśmy, spotykają się rzeki Pamir i Wachan, tworząc jeden wielki ciek o nazwie Pandż. To właśnie wzdłuż niego mieliśmy jechać, aż do końca naszej przygody z Korytarzem Wachańskim. Krajobraz zmienił się całkowicie. Pojawiło się zdecydowanie więcej roślinności. Na brzegach rzeki rosła gdzieniegdzie trawa, a dookoła wsi uprawiane były poletka z warzywami. Pas drzew ciągnący się wzdłuż drogi stawał się schronieniem przed palącym w południe słońcem. Dzieciaki biegały beztrosko i machały do nas przyjaźnie. Pojawiły się też pierwsze próby przybicia nam piątki. To znak, że turyści już tu byli i nauczyli dzieci tego gestu. Maluchy same prosiły o zdjęcia. Zarówno one jak i starsze osoby, przybierały nienaturalnie wyprostowane pozy i z powagą spoglądały w obiektyw. Niestety zdarzyły się również prośby o cukierki. Takich zachowań jednak już nie lubimy. Winę za nie ponoszą jednak sami turyści, którzy częstują dzieciaki cukierkami po to, by zrobić im zdjęcie. Szkoda, bo traci to już pewien urok i robi się z tego turystyczny młynek. Dopóki udaje się dostać darmowe cukierki, dopóty będą takie zapytania. A czy nie lepiej stanąć na chwilę i porozmawiać z dziećmi w języku angielskim, czy rosyjskim po prostu poświęcając im troszkę czasu? Nauczą się kilku słówek, poznają kulturę i wyniosą z takiej wizyty turysty o wiele więcej, aniżeli lekcję wymuszania cukierków. Ale to tylko nasze zdanie, z którym nie każdy musi się zgadzać.

Mimo wszystko uważamy, że Wachan mimo natłoku rowerowych turystów (w sezonie nawet 15 rowerzystów dziennie) nadal pozostaje miły, otwarty, gościnny i przyjazny dla odwiedzających. Negatywnych w naszym odczuciu zachowań było niewiele, więc nie mamy zamiaru generalizować. Pamirczycy dali się poznać przede wszystkim z tej lepszej strony. Gdy prosiliśmy o pomoc, zawsze ją otrzymywaliśmy. I nie tylko zwykłe miejsce pod namiot, o które dopytywaliśmy. Były zaproszenia do domu, wspólny czaj, chleb, czy nawet wygrzebane z dna spiżarki cukierki, które wystawiane są tylko dla specjalnych gości. Czasem nawet kolację dostaliśmy. Rozmowy przebiegały w miłej, bratniej atmosferze. – No przecież my w tym samym sojuszu byliśmy – mawiali. My bracia jesteśmy! Ciekawostką jaką zaobserwowaliśmy podczas takich zaproszeń na posiłek był fakt, że jadał z nami zawsze tylko gospodarz. Dzieci i żona natomiast usługiwały. W Tadżykistanie nadal mężczyzna jest w rodzinie najważniejszy. Kobiety są od wszystkich ciężkich prac. W większości to właśnie one znoszą chrust na opał, donoszą wodę z rzeki czy spędzają trzodę na noc do domu. Jeszcze nigdy nie widzieliśmy u młodych 20 letnich dziewcząt tak mocno spracowanych dłoni jak tu w Tadżykistanie. Kobiety 40 letnie potrafią wyglądać jak starsze babcie, podczas gdy 60 latki to już panie o kijku. Ciężko mają w Centralnej Azji kobiety, oj ciężko. Pracy jest mało. Jeżeli nie uda się mężczyźnie wyjechać za granicę, by coś zarobić to zostaje w domu, nad którym opiekę i tak trzyma żona. A takich przypadków jest całe mnóstwo. Grupki mężczyzn na ulicach rozprawiających na różne tematy naprawdę są częstym widokiem. Tak samo jest z młodzieżą. Tu elektroniki wcale nie jest tak dużo. W Wachanie nie ma zbyt wielu komputerów. Mało kto wie co to adres e-mail czy Facebook. Tu czas jakby się zatrzymał. Jedyną, techniczną nowinką, która dotarła w te rejony jest telefon. Ale nie smartfon. On nie jest tu potrzebny, bo z dostępem do sieci i tak jest krucho. Zwykły klawiszowiec lub dotykowiec są więc oznaką dobrobytu. Podobnie z samochodami. Jeżeli ktoś posiada starą ładę, opla czy toyotę to już jest coś. O nowym samochodzie 99% osób tylko marzy. Choć zdarzają się wyjątki, zresztą jak wszędzie.

Drogi w tej części Wachanu również nie rozpieszczają. W większości szuter, kamienie czy piasek. W miejscowościach pojawiają się odcinki wyasfaltowane ale i te potrafią mieć wiele dziur. Na takich właśnie dziurach urwałem złączkę łańcucha, a Ani pękło mocowanie tylnego bagażnika. O ile wymiana pierwszego trwała 3 minuty, o tyle z drugim było więcej zachodu. I tak mieliśmy szczęście, że stało się to w miejscowości, gdzie była spawarka i prąd. Odwiedziłem co prawda dwóch fachowców, odchodząc od nich z pustymi rękoma. Żaden z nich nie chciał się podjąć zadania. Ostatecznie zaprowadzono mnie do najlepszego spawacza we wsi, który swoją drogą okazał się być też nauczycielem. Musiałem więc poczekać na dzwonek kończący jedną z lekcji, zanim przedstawiłem mu mój problem. – Da się -stwierdził krótko, po czym zaprowadził mnie do swojego warsztatu, który mieścił się pod gołym niebem i zabrał się za spawanie za pomocą iście spartańskich narzędzi. Najważniejsze jednak, że pospawał wspornik tak jak chciałem. Podziękowałem więc serdecznie, zapłaciłem i przeprosiłem za wyciągnięcie z lekcji. Zadowolony pobiegłem do jak zawsze zdenerwowanej w takich sytuacjach żonki, aby uspokoić jej skołatane nerwy i naprawić do końca problem.

Jadąc dalej przez Wachan często można natknąć się też na rogi zwierząt. Przeważnie są to poroża czy nawet całe czaszki owiec górskich zwanych Marco Polo. Pamirczycy często wmurowują je nawet w swoje płoty i ozdabiają miejsca pochówku. Rzadkością nie są też gwiazda, sierp czy młot. Znaki znane nam dobrze z poprzedniego ustroju nie są tutaj zniszczone jak u nas. Ludzie wręcz sami mówią nam, że tęsknią za przeszłością, gdy żyło im się lepiej i pracy było więcej. Po drodze spotkać też można miejsca z łaźniami, czyli tak zwane banie. Najbardziej znana to Bibifatima. Niestety znajduje się ona 8 kilometrów od naszej drogi i do tego ostro pod górę. Jadąc tam mija się po drodze ruiny fortyfikacji. Jest to więc droga mocno uczęszczana. My się na nią nie zdecydowaliśmy, bo można powiedzieć, że ścigaliśmy się z czasem. Otóż, według naszych informacji co tydzień w sobotę w miejscowości Iszkoszim po stronie afgańskiej odbywa się targ, na który po zdeponowaniu na granicy paszportu, można się swobodnie przejść na drugą stronę rzeki. Co prawda był on niedawno zamknięty ze względy na niebezpieczeństwo terrorystyczne, ale my postanowiliśmy sprawdzić to sami i starliśmy się zdążyć na czas, bo istniała przecież szansa, że będzie otwarty jak to zresztą sugerowali lokalsi. A przecież w Pamirze nie jest się codziennie. Szkoda więc nam było straconego czasu na łaźnie, bo wtedy na 100% byśmy nie zdążyli. Udało się dotrzeć na czas i w piątkowy wieczór stawiliśmy się w Iszkoszim. Sympatyczny starszy pan, który do nas zagadał, gdy dotarliśmy do wioski, niestety oskubał nas z nadziei. – Targ zamknięty do odwołania – powiedział. Po czym nawiązała się między nami krótka konwersacja, skąd, dokąd, co tu robimy itd. Po naszym pytaniu o miejsce na namiot otrzymaliśmy od niego zaproszenie do jego małego ogrodu. Z miłą chęcią je przyjęliśmy i takim sposobem jeszcze bardziej utwierdziliśmy się w przekonaniu o bardzo gościnnym podejściu Pamirczyków.

Gdy opuściliśmy Iszkoszim, droga zdecydowanie się polepszyła. Asfalt z przerwami na szutrowe odcinki pozwolił na sprawniejsze przemieszczanie się, a wyższa temperatura uprzyjemniała przejazd. Przyglądaliśmy się też baczniej temu, co dzieje się po afgańskiej stronie rzeki. A tam życie płynęło swoim rytmem. Dzieci bawiły się nad wodą, kobiety zajmowały się gotowaniem czy praniem, a mężczyźni pracowali na roli. Pojawiały się nawet wsie, gdzie dociągnięty został prąd. Także standard życia był zdecydowanie lepszy niż u ich rodaków żyjących przy rzece Pamir. Czasami machano w naszym kierunku, co zresztą zawsze odwzajemnialiśmy. Co najważniejsze, pojawiły się też normalne drogi po stronie afgańskiej. Co prawda szutrowe, ale to i tak poprawa w stosunku do pieszych szlaków. Wydaje się, że Afgańczycy na tych terenach prowadzą normalne życie, bez obaw o ataki terrorystów na swoje wioski. Jaka jest jednak rzeczywistość tego nie wiemy.

Im niżej zjeżdżaliśmy tym było cieplej. W nocy już dawno było na plusie i nie musieliśmy opatulać się po szyję. Chorog, który był jak dotąd największym miastem na naszej trasie miał być miejscem odpoczynku, zakupów i decyzji co robimy dalej. Zatrzymaliśmy się w hostelu, gdzie mieliśmy nadzieję na szybszy Internet. Niestety jak się okazało szybsza okazała się nasza kata SIM, która dopiero teraz oznajmiła, że możemy używać technologii 3G. W mieście odwiedziłem chyba wszystkie sklepy motoryzacyjne w poszukiwaniu odpowiedniego, skórzanego tłoczka do pompki paliwa w naszej kuchence. Niestety nikt nie był w stanie nam pomóc. – Cóż, szykuje się dalsza zabawa w prowizoryczną regenerację starego tłoczka – pomyślałem. Odwiedziliśmy też informację turystyczną, której placówka mieści się co ciekawe w parku. Trzeba przyznać, że trafiłem na sympatyczną panią, mówiącą bardzo dobrze po angielsku. Potrafiła ona w rzeczowy sposób odpowiedzieć na każde moje pytanie. To właśnie dzięki niej oraz Dawidowi i Marcie, czyli parze Polaków z którą mieliśmy kontakt mailowy, a którzy przed nami byli w tym rejonie, zdecydowaliśmy się na trasę, której przed wjazdem do Tadżykistanu nawet nie rozważaliśmy. Postanowiliśmy bowiem pojechać w Dolinę Bartang, która w opinii Pamirczyków jest jeszcze bardziej wymagająca, aniżeli Korytarz Wachański. Rozpoczęliśmy więc przygotowania. Kupno zapasów prowiantu, przegląd rowerów i ładowanie wszystkich baterii. Były też rozmowy w hostelu z innymi turystami. Jak się okazuje czasem warto mówić o swoich kłopotach. Gdy wspomniałem o problemach z pompką paliwa i bezowocnym szukaniu tłoczka, jeden z gości powiedział, że może pomóc. Okazało się, że posiadał on zapasową pompkę co prawda do innej kuchenki, ale tłoczek pasował. Jako, że podróżował on samochodem, a dodatkowo posiadał dwa palniki, więc odstąpił nam upragniony przedmiot. Takim sposobem udało się w pełni reanimować naszą kuchenkę. – Hurra! Znowu możemy spokojnie przygotowywać sobie jedzenie! W dobrych humorach, obładowani jedzeniem na 10 dni ruszyliśmy w kierunku miejscowości Ruszan, przed którą to odbijemy w dolinę i tym samym rozpoczniemy etap naszego powrotu w kierunku granicy z Kirgistanem. O czym opowiemy Wam już niebawem.

 [Październik 2015] [gmw_single_location elements=”map” map=”1″ map_width=”100%” map_height=”450px” zoom_level=”7″ ]

PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

Szymon

Rower, góry i lampiony – to jego świat u boku żony!

2 myśli na temat “Jesień w Korytarzu Wachańskim

Komentarze są zamknięte.