Boże Narodzenie w Nepalu

Przekroczenie granicy Indyjsko-Nepalskiej zajmuje nam sporo czasu. Najpierw wypisanie papierków po stronie Indii, a potem załatwienie wizy już do Nepalu. I właśnie nad tym spędzamy najwięcej czasu, gdyż za wizę trzeba płacić w dolarach, a nie w rupiach, jak to zapewniał hinduski pogranicznik. Biegnę więc zmienić pieniądze, szukam najlepszego kursu, ale i tak dostaję na tej wymianie ostro po tyłku. Z dolarami w ręku wracam do Ani, wypełniającej w tym czasie papiery wizowe. Koszt wizy na miesiąc wynosi 40 $. My jednak decydujemy się na 3 miesięczną, jako że nie mamy pojęcia, jak długo tu zabawimy, a nie uśmiecha nam się kombinować później, jakby to ją przedłużyć. Wręczamy urzędnikowi po 100 $ od osoby, po czym ten wkleja wizę i wbija pieczątkę witając nas w Nepalu.

Nareszcie. Ile to razy zastanawialiśmy się kiedy w końcu odwiedzimy Nepal. Te wysokie, ośnieżone ośmiotysięczniki, chorągiewki modlitewne, świątynie, przemili ludzie. Czy nie stawiamy już na samym początku za wysoko poprzeczki? Na to pytanie przyjdzie mi odpowiedzieć dopiero za jakiś czas. Gdyby kiedyś ktoś mi powiedział, że do Nepalu wjadę rowerem, pewnie uśmiałbym się szczerze. A dziś oto, wraz z moją żonką, pedałujemy przez ulice Siddharthanagar i cieszymy się uśmiechami Nepalczyków. Jakże wszystko się zmieniło. 5 kilometrów od granicy z Indiami, a ludzie jakby inni. Na twarzach uśmiech, słychać pozdrowienia, a i śmieci jakby mniej. No może z tym ostatnim lekko przesadzam, ale to chyba z radości, że udało nam się tu dotrzeć. Załatwiamy kartę SIM i lokalną walutę. Do Pokhary docieramy późnym wieczorem w poniedziałek 21 grudnia. Mamy więc całe trzy dni do świąt. Pierwszą noc spędzamy w czterogwiazdkowym hotelu za cenę łóżka w guesthousie. Dopisało nam bowiem szczęście i w czasie naszych bezowocnych poszukiwań taniego hostelu, zaczepił nas młody chłopak. Dopytywał o rowery, naszą podróż i dalsze plany. Sam dużo jeździ na rowerze i niejednokrotnie przemierzał zakamarki Nepalu z sakwami. Gdy kończymy naszą opowiadać, zapytał gdzie się zatrzymaliśmy. My zgodnie z prawdą odpowiedzieliśmy, że nadal szukamy czegoś, co nie zniszczy naszego portfela. Na to chłopak zaproponował nam nocleg w jego hotelu, za cenę, która nas zadowalała. Możemy u niego zostać jak długo chcemy. To chyba taki przedświąteczny prezent od losu, śmialiśmy się z Anią. Jutrzejszą noc jednak mamy już zapewnioną w innym miejscu. Dlatego następnego dnia pakujemy manatki i serdecznie dziękując za przysługę, żegnamy się z chłopakiem. Zanim udamy się na miejsce noclegu, postanawiamy się jeszcze pokręcić po mieście. Dziwi nas niezmiernie, że turystyczna ulica, tuż przy jeziorze Phewa Tal jest tak pusta. Dopytujemy nawet lokalnych, co jest powodem.

– Święta panie, święta. W Nowy Rok już będzie więcej turystów – odpowiada zagadnięty przez nas chłopak.

Nam to kompletnie nie przeszkadza, wręcz jesteśmy zadowoleni, że w spokoju możemy jechać ulicą i przyglądać się znudzonym sklepikarzom, którzy nawet nie zwracają na nas uwagi, tak zajęci są grą w karty, czy oglądaniem telewizji. W okolicach jeziora znajduje się całe mnóstwo małych restauracyjek, sklepów z turystycznym sprzętem, czy agencji oferujących trekkingi. Jest tu czysto i raczej europejsko, co niesamowicie kontrastuje z tym, co widzieliśmy do tej pory. Nie mamy dziś jednak szczęścia do pogody. Wierzchołki gór ukryte są gdzieś daleko w chmurach. Zrobiło się też chłodniej. W wysokich partiach gór leży już spora ilość śniegu, dlatego też niektóre trekkingi, czy też pomysł objechania Annapurny rowerem, przyjdzie nam niestety odpuścić. Może innym razem to nam się uda, gdy wstrzelimy się w pogodę.

Około 16 docieramy na miejsce noclegu, którym jest katolicki kościół, a dokładnie parafia do niego przynależąca. Historia tego noclegu jest też ciekawa, bo trafiliśmy tam przez kompletny przypadek. Szukając w Internecie informacji o harmonogramie mszy w Boże Narodzenie, nigdzie nie mogliśmy znaleźć konkretnych godzin. Trafiliśmy jednak na facebook’ową stronę parafii i wysyłaliśmy wiadomość do administratora strony, który o dziwo jeszcze tego samego dnia nam odpisał. Administratorem tym okazał się ksiądz Vijay z Katmandu, który wcześniej rezydował w placówce w Pokharze. Jest on również zapalonym rowerzystą, więc od słowa do słowa zaproponował nam, że podpyta lokalnych księży o możliwość noclegu. Zgodę otrzymaliśmy. Dzięki temu mamy dziś, tę oto niecodzienną sposobność noclegu, jak i przyglądania się od kuchni przygotowaniom do nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia.

W Parafii wita nas ksiądz Peter. Pokazuje, gdzie możemy spać i przedstawia drugiego księdza Ignatiusa. Jest jeszcze trzeci, który obecnie przebywa w Indiach, ale wróci idealnie na święta. Parafia świętej Anny jest młodą, jak na polskie standardy, placówką. Nie ma się jednak co dziwić, gdyż tu występuje tylko niewielki odsetek Chrześcijan, a kościołów jest zaledwie kilka na cały kraj.  Następnego dnia przypada nam w udziale pomoc w dekorowaniu kościoła. Zawieszamy lampki, a z kartonu i folii spożywczej budujemy gwiazdę betlejemską. W Wigilię jest tylko jedna msza wieczorna. Z racji świąt, ławki z kościoła zostają wyniesione. Dzięki temu do środka zmieści się więcej osób. Ciekawostką dla nas jest konieczność zdjęcia butów przed wejściem do świątyni. W środku prawie cały kościół wyłożony jest miękką wykładziną, więc nie czuje się chłodu pod stopami. Gdy pojawiamy się wieczorem na mszy, kościół jest prawie pełen. Większość osób siedzi na podłodze. Trwają ożywione rozmowy. Siostry zakonne wskazują miejsca dzieciom. Większość kobiet ma zakryte głowy chustą. Księża poprosili mnie, abym zrobił parę zdjęć w kościele. Niestety jest spory tłok i nie mogę swobodnie chodzić w każdy zakamarek świątyni, jednak coś udaje mi się uchwycić. Zaczyna się msza. Wszystko po nepalsku, także wyłapujemy tylko pojedyncze słowa, które są podobne do angielskiego. Porządek mszy podobny do naszej. Jest jednak więcej śpiewów i kilka obrzędów, których u nas się nie praktykuje. Po mszy w kościele zaczyna się mała feta. Lokalny zespół śpiewa kolędy po angielsku, pojawia się nawet Mikołaj z cukierkami, a zaraz obok niego chmara tańczących dzieciaków. Dorośli robią zdjęcia, składają nawzajem życzenia, a po wyjściu z kościoła serwowany jest mały poczęstunek.

Gdy po całej ceremonii wracamy do pokoju, księża zapraszają nas na kolację. Wigilijna wieczerza nie różni się jednak niczym od normalnego posiłku. Nie ma bowiem w Nepalu takich tradycji jak u nas. Nikt nie śpiewa kolęd, nie ma specjalnych dań, sianka pod obrusem, czy dzielenia się opłatkiem. Po wieczerzy wszyscy mówimy sobie dobranoc i rozchodzimy się, gdyż księża chcą się wyspać przed jutrzejszym dniem, który też zapowiada się intensywnie.

W pierwszy dzień świat, czyli w Boże Narodzenie, główna msza jest wcześnie z rana. My planujemy jednak udać się na jej wieczorną, angielską wersję. Niestety jako, że ja podjąłem się robienia zdjęć, to teraz muszę zwlec się z łóżka i powłóczyć do kościoła, co nie przychodzi mi łatwo po całonocnych rozmowach z rodziną przez Skype. Msza podobna jest do tej z dnia poprzedniego. Na uwagę jednak zasługują w tym miejscu atrakcje, które czekają na dzieci, po opuszczeniu świątyni. Zaczyna się różnymi przedstawieniami, są śpiewy, pokazy taneczne, a na koniec zabawa i tańce. Dodatkowo na wszystkich czeka ciepły posiłek. Gdy wieczorem o 18:00 pojawiamy się na mszy angielskiej, jest już zdecydowanie mniej osób, śpiewów już też mniej. Dominują młodzi ludzie. Zauważamy też, że w Nepalu dużo osób lubi się spóźniać, więc i msza jest nieco opóźniona, tak by poczekać na ewentualnych spóźnialskich. Po mszy zostajemy jeszcze poczęstowani słodkimi babeczkami z okazji Bożego Narodzenia. W nasz drugi dzień świąt…nie ma świąt. Nepalczycy nie celebrują tego dnia. Generalnie święta obchodzone są tu rodzinnie. Wszyscy się odwiedzają i świętują razem ten dzień, choć nie wiem czy wszyscy z tego samego powodu, będąc przecież różnych wyznań. W sklepach znaleźć można mikołaje i plastikowe choinki, a cukiernie oferują świąteczne wypieki. My jednak nie czujemy atmosfery Bożego Narodzenia. Wszystko jest jakieś inne i mamy wrażenie jakbyśmy byli poza tym wszystkim. Ania dorzuci teraz od siebie parę słów, które ja chciałbym napisać, ale jakoś nie potrafię tego zrobić tak jak ona.

Z KOBIECEGO PUNKTU WIDZENIA

A: To pierwsze Święta Bożego Narodzenia poza domem. W podróży jesteśmy prawie rok. Ciągle coś się dzieje, odwiedzamy nowe miejsca, spotykamy ciekawych ludzi. Niektórzy pewnie pomyślą, ale nam fajnie. Jednak, jeżeli już ktoś chce nam zazdrościć podróży, to może tych wszystkich dni w roku poza jednym, 24 grudnia. O ile będąc w ciągłym ruchu, zmieniając miejsca i otaczających nas ludzi, jesteśmy w stanie nie myśleć o tęsknocie, zagłuszać ją nowymi bodźcami, o tyle w Wigilię coś w nas pęka. Emocje wygrywają. Ciężko jest się odnaleźć z dala od rodziny, oczyma wyobraźni widząc ich wszystkich przy wigilijnym stole. Ciężko też odpowiedzieć mamie, że jeszcze nie wracamy. Bo z jednej strony ta tęsknota jest tak duża, jednak z drugiej ciągle czujemy, że jeszcze nie pora, że jeszcze tak wiele chcemy zobaczyć. W Wigilię nasze argumenty o dalszej podróży tracą na wartości i nawet sami zaczynamy wątpić w ich sens. To chyba tęsknota zaczyna mieszać się z dążeniem do celu. Ciepła aura na zewnątrz też nie pomaga poczuć klimatu świąt. Już nawet mandarynki i pomarańcze, które to zawsze kojarzą nam się z tymi dniami, nie pomagają. Nie ma z nami najbliższych, nie słychać ich gwarnych rozmów, nieczystych śpiewów kolęd i spontanicznych śmiechów. Nie czuć zapachu żywej choinki i wszystkich potraw na stole.

Nasza podróż, choć wydawać by się mogło, tak beztroska, ma dwie strony medalu. Zawsze o tych trudnych sprawach lepiej milczeć i pokazywać tylko te ciekawe. Bo tak jest łatwiej. Jednak są dni, że ciężko nam i musimy to z siebie wyrzucić. Takimi dniami są między innymi Święta Bożego Narodzenia. Nasza podróż jest wielką nauką życia. Zmieniliśmy się, nie tylko zewnętrznie, ale przede wszystkim wewnętrznie. Dzięki niej potrafimy też doceniać rzeczy ważne i cieszyć się drobnostkami. Tego też życzymy każdemu z Was, dzieląc się z Wami nepalskimi mandarynkami.

[Grudzień 2015]

[gmw_single_location elements=”map” map_width=”100%” map_height=”450px” map_type=”ROADMAP” zoom_level=”7″]

PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

Ania i Szymon

Kochają się jak wariaty, choć mają swoje dwa światy. Ale gdy na rowery wsiadają, to razem przed siebie gnają i przemierzają kraje nieznane, bo to jest im pisane.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.