Dziki Mur Chiński w Jiankou

Czy jest możliwe zwiedzanie Muru Chińskiego w samotności? Czy można zrobić na nim zdjęcie bez turystów w tle? My przekonaliśmy się, że jest to możliwe, ale tylko na niektórych jego fragmentach.

Dzikim Murem Chińskim określa się te odcinki, które nie zostały jeszcze odnowione i udostępnione do użytku dla turystów. Właśnie jeden z takich fragmentów wybraliśmy my. A dokładnie ten w pobliżu miejscowości Jiankou. Przez wielu jest on uważany za jeden z najtrudniejszych, ale zarazem najbardziej spektakularnych fragmentów Muru Chińskiego. Dlaczego? Przede wszystkim przez trudność jaką sprawia jego pokonanie. Nie dość, że brakuje w nim wielu fragmentów cegieł, to na dodatek pewne jego części pokryte są piaskiem i kawałami kamieni, co w połączeniu ze stromymi podejściami, czy zejściami stanowi potencjalne niebezpieczeństwo. Jest jeszcze kilka stromych ścian o nachyleniu 60-70 stopni, a jedna, czy dwie ściany mają nawet powyżej 80 stopni. Także jest to już po części trasa wspinaczkowa. Nie dziwi więc fakt, że to właśnie wspinacze upodobali sobie ten odcinek Muru Chińskiego. My chcieliśmy wybrać się na 2-3 dni trekkingu w góry i przejść tą najtrudniejszą, ale zarazem najbardziej widokową część muru. W teorii miało nam jeszcze starczyć czasu na dalszą jego część, aż do wieży często okupowanej przez zawodowych fotografów. Tam podobno jest najlepszy widok na całą sekcję muru w Jiankou, oraz idealne miejsce na zrobienie zdjęć wschodów i zachodów słońca. W planach były więc dwie noce gdzieś na grani, w baszcie lub na murze. Najgorsze jest jednak to, że aby tam się wybrać trzeba zabrać ze sobą sporo prowiantu. My musieliśmy wziąć ze sobą jeszcze namiot, śpiwory, maty i dużo, dużo wody. Na murze nie ma bowiem żadnych źródeł czy innych ujęć. Także wszystko co potrzebowaliśmy musieliśmy nieść na swoich plecach. A my oczywiście wzięliśmy jeszcze aparat, baterie i statyw, co dodatkowo zwiększyło wagę naszych plecaków. A teraz pomyślcie, że z takim bagażem trzeba chodzić po stromych ścianach. Napiszę tylko, że łatwo nie jest. Ale widoki za to są przecudne. Zacznę może jednak od początku.

Do Jiankou dostaliśmy się rowerami z Pekinu. Dotarcie do tej miejscowości zajęło nam półtora dnia. To troszkę ponad 100 km, więc można tam dojechać w jeden, ale my woleliśmy rozbić się gdzieś na dziko, zamiast wjeżdżać na nocleg do wioski. Jiankou znajduje się na terenie parku do którego obowiązuje bilet wstępu w wysokości 20 RNB. Po niewielkim targowaniu udało się nam zostawić nasze rowery i część bagaży pod opieką miejscowych. Wypożyczyliśmy też od nich plecak, ponieważ do naszego nie udałoby się nam wszystkiego zmieścić. W górę ruszyliśmy bazując na mapach ściągniętych na nasz gps. Wybrałem więc najkrótszą drogę prowadzącą w kierunku ostatniej wieży z tej sekcji muru, czyli Nine eyes tower. Niestety nasz szlak okazał się nieużywany od kilku lat i przez ten czas po prostu zarósł. Jedynym jego śladem była kamienna ścieżka wijąca się po stromym zboczu lub pozostałości po udeptanym trakcie, a niekiedy na jego obecność wskazywała wyłącznie nasza mapa w gps. Krzaczory wysokie na półtora metra nie chciały w dodatku dać się łatwo sforsować, a gałęzie większych drzew raz po raz przytrzymywały mi plecak jakby mówiły: „Ej koleżko, spokojnie, gdzie się pchasz. Tak łatwo na mur nie wejdziesz!”. Dobrze, że Ania idąca za mną ratowała mnie z opresji i pomagała mi się przedostać z dużym plecakiem poprzez ten gąszcz. Po dobrym kilometrze straciłem nadzieję, że się przedrzemy do innego szlaku, który mógł być bardziej uczęszczany. Przed nami wyrosła bowiem przepaść z gęsto, niczym w buszu porośniętymi drzewami i krzakami. Mogliśmy zawrócić do wioski i wejść innym szlakiem, ale żal nam było straconego czasu i zdobytej wysokości. Postanowiliśmy więc brnąć dalej. Ania miała już serdecznie dość takiej przeprawy, a mi mimo zmęczenia banan z twarzy nie schodził, bo takich chaszczy nie pokonywałem nawet na marszach na orientację. Na różnego rodzaju rajdach prawie zawsze można było je jakość obejść, tak by nie tracić czasu. Ale nie tutaj. Trzeba więc zdać na instynkt, wykorzystać troszkę doświadczenia i zaufać szczęściu. Zdecydowałem odbić w drugą stronę w kierunku innego szlaku wiodącego na mur. Nie będę już opisywał tej wspinaczki z plecakiem. Dodam tylko, że strome ściany i spadające kamienie dały nam się troszkę we znaki. Najważniejsze jednak, że udało nam się znaleźć szlak i dalej bez większych przeszkód w nawigacji, jednak nadal stromo pod górę doczłapaliśmy się w końcu na mur. Zabawa w chaszczach zajęła nam ponad 2 godziny, więc na grani byliśmy dopiero późnym popołudniem. Zaczęliśmy kierować swoje nogi do baszty Nine eyes. Gdy dotarliśmy do jej podnóża i widząc ile jeszcze brakuje nam do jej zdobycia, oraz spoglądając na zegarek, zrezygnowaliśmy jednak ze wspinaczki na nią. Woleliśmy poświęcić ten czas na inne wieże. W związku z tym ruszyliśmy w przeciwnym kierunku. Minęliśmy miejsce naszego wejścia na mur i podążyliśmy dalej jego granią. Mur Chiński na tym fragmencie potrafił być zwykłą kupą kamieni, by po kilkunastu metrach urzekać nas swoim majestatem. Wewnątrz wyglądał jak porośnięta chaszczami droga o szerokości 2-3 metrów otoczona ceglanym płotem. Dobrze, że ten fragment był od czasu do czasu uczęszczany, dzięki czemu w tym gąszczu krzewów, czy nawet drzew wiodła niewielka ścieżyna. Niestety nie przewidziano chyba, że tą ścieżką będą chcieli przejść wysocy Polacy z szerokimi plecakami i karimatą przytwierdzoną w poprzek. Worek od karimaty już po 500 metrach wyglądał jakby zaatakowało go stado rozjuszonych psów. Po 2-3 godzinach marszu rozbiliśmy namiot na jednej z wież. Zdążyliśmy w sam raz gdyż po 15 minutach zaczął padać lekki deszcz.

Dzień drugi rozpoczął się od pobudki tuż przed wschodem słońca. Szczęście dopisało i pogodę mieliśmy wspaniałą. Także biegałem z aparatem jak szalony, by złapać kilka fajnych ujęć. Po śniadaniu złożonym ze Snickersów i wody ruszyliśmy w dalszą drogę. Mijaliśmy odcinki płaskie pokryte krzakami, jak i strome ściany ze spadającymi od niewielkiego ciężaru kamieniami. To co nieodzownie będzie mi się z Murem Chińskim zawsze kojarzyło, to zapach bzu. Rośnie on w wielu miejscach na szlaku i nie sposób nie poczuć jego miłej woni podczas marszu. Szliśmy tak, aż do momentu natrafienia na 80 stopniową ścianę. Ania, gdy tylko ją zobaczyła od razu stwierdziła, że tam nie wejdzie. Faktycznie ściana była niczego sobie, więc nie chcąc narażać żonki, wyznaczyłem obejście ścieżką dookoła tego fragmentu muru, licząc że uda nam się na niego gdzieś później ponownie wdrapać. Pierwsze w miarę dogodne (przynajmniej moim zdaniem) wejście, przytrafiło nam się po obejściu dwóch baszt. Niestety ponownie 80 stopni. I tym razem Ania stwierdziła, że to nie dla niej. Szliśmy więc dalej. Ścieżka coraz bardziej kręciła, nachylenie wzrastało tak, że musieliśmy łapać się każdego drzewka czy krzaka, by móc wspiąć się kolejny metr. Tak wdrapując się dotarliśmy do jaskini, skąd niestety nie było już przejścia dalej. Zmuszeni więc zostaliśmy do powrotu. Tyle, że w sporej odległości od siebie, bo poruszane kamienie raz po raz staczały się po stromej ścianie. Mozolnie i powoli wróciliśmy więc do miejsca, które chwilę wcześniej opuściliśmy. No może chwila to nie była, ponieważ zajęło nam to ponad godzinę. I tak kolejny raz stanęliśmy przed ścianą i wyborem. Potencjalnie wyjścia były dwa. Zatoczyć jeszcze większy łuk, by spróbować wejść gdzieś w innym miejscu, lub wdrapać się po tej 80 stopniowej ścianie na mur. Aby sprawdzić trudność ściany zrobiłem rekonesans już bez plecaka i wszedłem na górę. Okazało się, że z drugiej strony muru jest całkiem dogodne wejście. Także pojawiło się trzecie wyjście z naszej sytuacji. Wrócić do pierwszej ściany z nachyleniem 80 stopni i obejść mur z drugiej strony. Niestety ta opcja mogła zająć nam nawet z dwie godziny. Także asekurując Anię i pokazując jej gdzie ma stawiać stopy, powoli wdrapaliśmy się na mur. Mi jeszcze zostało przetransportowanie plecaków na górę. Można by rzec, że pierwszy trening na ściance wspinaczkowej mam już zaliczony. Ja się tylko cieszyłem, że z tej ściany nie musiałem z plecakiem schodzić w dół, ponieważ w kilku miejscach jednak trzeba było się opuszczać na rękach. W każdym razie w końcu byliśmy ponownie na murze. Następne godziny to dalsza wspinaczka lub powolne schodzenie po luźnych kamieniach. Pojawiała się też kolejna przeszkoda przy jednym bardzo stromym zejściu. Na moje oko 5-7 metrów prawie pionowej ściany, gdzie trudno było gdziekolwiek rękę włożyć o nodze już nie wspominając. Przynajmniej tak to wyglądało z naszej perspektywy, czyli z góry. Próbowałem nawet bez plecaka opuścić się na rękach i nogą wyczuć jakiś kamień na którym mógłbym się oprzeć. Niestety ta sztuka dwa razy mi się nie udała. Gdy przymierzałem się do trzeciej próby tyle, że w innym miejscu, Ani przerażenie sięgnęło zenitu i już wiedziałem, że nawet gdyby mi się to udało, to ona na 100% nie zeszłaby po tej ścianie. Gdybyśmy szli tym szlakiem w drugą stronę, to prawdopodobnie udałoby się nam wejść, ponieważ wspinaczka jest zawsze łatwiejsza aniżeli schodzenie. Niestety szliśmy jak szliśmy i nie pozostało nam nic innego jak wrócić do miejsca skąd moglibyśmy zejść z muru i stamtąd próbować go ponownie obejść. Tak też uczyniliśmy i schodziliśmy leśnymi, stromymi zboczami raz po raz łapiąc się po drodze drzewek i korzeni, tak by nie zlecieć na dół. Gdy ponownie wdrapywaliśmy się na mur ujrzeliśmy pierwszych turystów idących w przeciwnym kierunku. Było już po 15:00 w piątkowe popołudnie więc uznaliśmy, że zaczęli się schodzić weekendowi turyści i wspinacze. Idąc dalej coraz łatwiejszym szlakiem spotykaliśmy jeszcze kilka innych osób na murze. Okazało się, że niedaleko jest główne i najszybsze wejście na mur od strony wioski Jiankou. To właśnie tym wejściem wchodzi większość turystów. Większość z nich dociera do trzech najbliższych baszt, by następnie zejść na dół. Gdy odeszliśmy od tego miejsca na odległość 2-3 wież ponownie zostaliśmy sami. Niektóre fragmenty muru na tym odcinku mimo bardzo dobrego stanu były również strome. Wyobraźcie sobie stopnie wysokie na 40 centymetrów, a głębokie na szerokość stopy. I zejście nimi w dół z dziesięć albo i więcej metrów. Czasami sam się zastanawiałem jak w tamtych czasach sprawnie noszono po tym murze ciężkie uzbrojenie i amunicję. Widać Chińczycy potrafili. Stan samotności trwał do kolejnego bardziej uczęszczanego wejścia, przy którym to natrafiliśmy na trzy drabiny, dzięki którym można dostać się na mur. Prawdopodobnie korzysta się z nich, ale oczywiście za opłatą, która pobierana jest przez miejscowe osoby. Nie jesteśmy jednak pewni, bo gdy my tam dotarliśmy nikogo już tam nie było. Idąc dalej napotkaliśmy parę młodych ludzi. On ubrany na sportowo, odpowiednie buty do wspinaczki, luźne spodnie i kurtka. Ona jednak wyglądała jakby spodziewała się innego miejsca, do którego zabierze ją jej wybranek. Różowa, długa sukienka, biały, cieniutki sweterek i żółte japonki bardziej sugerowały jakąś plażę, aniżeli dziki odcinek Muru Chińskiego. Widać wybranek chciał być oryginalny. Tempo ich oczywiście było wolne, ponieważ chłopak musiał co chwilę swoją wybrankę asekurować. A może taki właśnie miał plan? Niestety skręcić kostkę, czy poślizgnąć się na kamieniach jest na tym odcinku bardzo łatwo. Ja w obuwiu sportowym zaliczyłem tego dnia kilkanaście telemarków.

Było już późno, a do naszego celu trekkingu, czyli baszty z najlepszym widokiem na zachód i wschód słońca był jeszcze spory kawałek. Zdecydowaliśmy się więc na szybsze rozbicie przy jednej z wież i spokojne obejrzenie zachodu słońca, aniżeli gnanie na górę. Tym bardziej, że zachód słońca zapowiadał się o wiele ciekawiej, aniżeli poprzedniego, deszczowego wieczora. Tak też zrobiliśmy i nie żałowaliśmy później swojej decyzji. Ranek następnego dnia tylko utwierdził nas w przekonaniu o dobrym wyborze. Zamiast pięknego wschodu słońca widzieliśmy tylko mgłę i nasuwające się gęste ciemne chmury. Podczas składania namiotu zaczęło popadywać, wiedzieliśmy już wtedy, że nie będziemy szli dalej, tylko najszybszym, możliwym zejściem ewakuujemy się ze szlaku. Wyślizgane kamienie i cegły w czasie deszczu robią się bardzo śliskie i nierozsądnym, a wręcz bardzo ryzykownym byłby dalszy trekking po murze. Tym większe było nasze zdziwienie, gdy tuż po zejściu z muru, natrafiliśmy na grupkę osób z przewodnikiem, wspinających się w kierunku drabinek. A akurat wtedy rozpadało się na tyle mocno, że błotnista ścieżka powodowała poślizgi nawet u osób w butach trekkingowych. Podejrzewamy, że turyści mający tylko weekend do wykorzystania, uparli się by wejść nawet w niesprzyjających warunkach. My możemy mieć tylko nadzieję, że przewodnik wybrał łatwiejszą trasę i nic im się nie stało na szlaku. Sami obawialiśmy się wcześniej o siebie, ponieważ nie jest to oficjalny szlak, więc w przypadku jakiegoś wypadku zwykłe ubezpieczenie mogłoby nie pokryć kosztów akcji ratunkowej. No chyba, że ktoś ma ubezpieczenie na wspinaczkę. Wtedy to inna historia.

 

Źródło: www.topchinatravel.com
Poglądowa mapa szlaku po Murze Chińskim w Jiankou. Źródło: www.topchinatravel.com

Pomimo trudności i przeszkód którym trzeba sprostać bardzo polecamy ten szlak. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że był on jednym z najlepszych w naszym życiu. Na szlaku zawsze można się cofnąć lub starać się obejść trudniejsze fragmenty muru. Zastrzegam jednak, że odcinek, który my przeszliśmy polecam tylko osobom z górskim doświadczeniem. Osoby z dziećmi lub te mniej doświadczone mogą się wybrać na inny fragment, który nie zawiera tylu niebezpiecznych i stromych sekcji.

Dla osób wybierających się na taki trekking kilka rad praktycznych:

– polecam wziąć rękawiczki, choćby rowerowe lub specjalne do wspinaczki. Ważne, aby osłaniały dłonie przed ostrymi krawędziami skał;

– nie warto zabierać kijków, gdyż w wielu miejscach tylko mogłyby przeszkadzać;

– przydatne są natomiast okulary. Chronią nie tylko przed słońcem, ale też przed krzakami, którymi możemy nie raz dostać w oczy;

– jeżeli macie wybór, to polecam zabrać plecak wąski, ale też nie za wysoki, by nie wystawał nad Waszą głowę. Niektóre przejścia w wieżach są dosyć niskie, a krzaki na szlaku ograniczają szerokość ścieżki.

– do Jiankou lub innej miejscowości wypadowej na Mur Chiński warto wybrać się w środku tygodnia. Unikajcie weekendów i świąt, ponieważ Chińczycy potrafią tłumnie przyjeżdżać z Pekinu w te tereny. Sami wracając rowerami z Jiankou widzieliśmy kolejki samochodów wybierających się w te tereny.

– zalecam też wzięcie prowiantu i wody ze sobą. Ceny w Jiankou potrafią być nawet czterokrotnie wyższe aniżeli w Pekinie;

– Japonki zostawcie w domu! Podczas wspinaczki musicie być pewni swoich kroków.

A teraz zapraszam do galerii, aby zachęcić Was do zwiedzania Muru Chińskiego w nieco inny sposób, na własną rękę i nie po odrestaurowanych miejscach, ale po tych w słabszej kondycji, a zarazem równie pięknych i urokliwych.


 

PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

Szymon

Rower, góry i lampiony – to jego świat u boku żony!

8 myśli na temat “Dziki Mur Chiński w Jiankou

  1. Trening na ściance wspinaczkowej może i zaliczony ale… gdzie liny i inne zabezpieczenia? 😀 Przeciez to na prawdę była pionowa ściana 😀

    1. Lin niestety nie posiadaliśmy. Zresztą nie wiedziałbym jak ich użyć, ponieważ nigdy w żadnym treningu czy kursie wspinaczkowym nie uczestniczyłem;) Pozdrawiamy

  2. Thank you Szymon and Ania for sharing this incredible adventure with us through words and photos. You are a great photographer. What an accomplishment! I can’t wait to see them myself in a few weeks! Just curious, which tower did you camp over night for the 1st night and 2nd night? For our family and also considering safety, which path should we go up to reach which tower for the 1st night. After the 1st night, we plan to hike east to Mutianyu.

    1. Jonathan,
      Unfortunately I didn’t count towers, so it is hard to say right now. But I will send gps tracks from these days on separate e-mail to you. You can compare it with your maps. I suggest to use main entry from Jiankou village and than go to Mutianyu. You will avoid „heaven ladder”, which is hard. If you start in the morning, you will for sure pass place of our second night. I think you can camp on the tower with the best view on sunset and sunrice. But please go there on week days, because weekend can be crowded. In the e-mail to you I will write more details. Have a fun on Great Wall!

Dodaj komentarz