Gościnność końskim mlekiem płynąca

Mongolska gościnność przeważnie zaczyna się lub kończy miseczką końskiego mleka. Mieliśmy okazję się o tym przekonać osobiście wiele razy. Tak naprawdę wszystko zaczęło się od poszukiwań noclegu. Już wcześniej pisałem, że na stepie nie ma szans, aby się ukryć i rozłożyć namiot bez zwrócenia na siebie uwagi. W związku z tym postanowiliśmy, że tam gdzie to możliwe będziemy starali się pytać o pozwolenie rozbicia namiotu na czyjejś ziemi.

Dlatego też często nocowaliśmy przy jurtach lub na prywatnych podwórkach, a sporadycznie tylko na dziko. I wiecie co, tak naprawdę nigdy nie spotkaliśmy się z odmową. A pytaliśmy nie tylko w stepie, ale nawet miasteczkach takich jak Karakorum. Oprócz pozwolenia na nocleg w wielu miejscach częstowano nas właśnie końskim mlekiem. Jest ono diametralnie inne w smaku, aniżeli dobrze nam znane krowie mleko i szczerze przyznam, że do tej pory śni mi się ono po nocach. Nawet nie wiem do czego je przyrównać, a uwierzcie wypiłem jego sporą ilość. A to wszystko za sprawą Ani, która od pierwszej kropli nie polubiła tego smaku i każdą czarkę, którą otrzymała przekazywała mi do wypicia, tak aby nie urazić naszych gospodarzy. I takim oto sposobem otrzymywałem zawsze dwie porcje, tego zacnego napoju, który pozyskiwany jest w pocie czoła. Dlaczego w pocie czoła?

Otóż wcale nie jest tak łatwo otrzymać to mleko. Przekonaliśmy się o tym osobiście, gdy zaproszono nas do stajni. Nasi gospodarze koniecznie chcieli pochwalić się swoim stadem koni, a przy okazji zaprezentowali w jaki sposób doi się klacz. Generalnie mleko od koni pozyskuje się dopiero wtedy, gdy źrebak jest na tyle silny, że podebranie części jego posiłku nie zaszkodzi mu w rozwoju. Samo podbieranie mleka też wygląda ciekawie. Na początek prowadzi się źrebaka do matki i pozwala mu na possanie mleka. Po chwili odciąga się jego głowę cały czas trzymając młodego przy żywicielce, by niejako ją oszukać, że nadal karmi swoje dziecko i w międzyczasie zebrać mleko. Aby uzyskać kilka litrów potrzeba ponad 10 koni! Niektóre rodziny ciągle kultywują tradycję polegająca na karmieniu mężczyzn tylko mlekiem koni. Oczywiście dotyczy to okresu, gdy jest taka możliwość, czyli wtedy gdy w stajni pojawią się młode źrebaczki. Wtedy to do wykarmienia 2-3 mężczyzn potrzeba nawet ponad 50 koni!

Gdy tak rozbijaliśmy się wieczorami, wiele razy częstowano nas także innymi przysmakami. Kilkakrotnie otrzymywaliśmy różnego rodzaju sery do skosztowania. Przeważnie były to bardzo twarde sery kozie. Raz poczęstowani zostaliśmy nawet swojskimi wyrobami mięsnymi, zaraz po uboju. Dla mnie najbardziej zjadliwe okazały się nerki. Niektórych wyrobów przyznam szczerze, że nawet nie jestem w stanie nazwać. Po powrocie do Polski będę musiał iść na korepetycje do wujka rzeźnika. Były też i słodkości choćby takie jak masło z cukrem. Oczywiście otrzymywaliśmy też tradycyjną słoną herbatę z mlekiem i pieczywo. I wiecie co? Było nam niesamowicie miło, bo ludzie Ci częstowali nas tym co mieli, a niektórzy nie mieli za wiele.

Od początku naszego pobytu w Mongolii ciekawiły nas jurty. Przez Mongołów nazywane także ger. Okazję obejrzenia jednej od środka mieliśmy już drugiego dnia naszej rowerowej włóczęgi w tamtych stronach. Taki ger to tak naprawdę drewniana, owalna konstrukcja okryta ociepliną oraz nieprzemakalnym materiałem. Na koniec jest obwiązywana sznurami w celu zabezpieczenia przed podwianiem materiału. Na samej górze jurty znajduje się otwór przez który wpada słońce. Służy on także do odprowadzania dymu z pieca, tak zwanej kozy. Do takiego piecyka dodawany jest długi metalowy komin przez który wydobywa się dym. Z braku drewna pali się często wysuszonymi odchodami zwierząt. W czasie mocnego deszczu, czy też zimnej nocy komin się demontuje, a górę jurty okrywa ociepliną i materiałem wierzchnim. W większości wyposażenie jurt jest bardzo ubogie. Ze względu na małą ilość miejsca, ger oprócz centralnie ustawionej kozy posiada przeważnie od jednego do trzech łóżek, stolik czy komodę oraz szafkę na której urządzony jest kącik modlitewny i stoją tam też zdjęcia bliskich. W obecnych czasach większość jurt posiada akumulator do którego podłączona jest żarówka, czasami telewizor z odtwarzaczem CD lub DVD. Akumulator ładuje się w ciągu dnia za pomocą dużego panelu słonecznego. W jurcie znajdzie się też zawsze miejsce na beczkę z wodą i zapas opału. A gdy wychodzi się z takiej jurty przeważnie napotkać można prowizoryczne schronienie dla zwierząt, obornik w którym schną odchody oraz słupy do przywiązania koni. Są to dwa słupy połączone sznurkiem na samej górze. Obce konie, które przychodzą wraz z ich właścicielami w gościnę, wiąże się wysoko tak by nie mogły dosięgnąć trawy. Dopiero za zgodą właścicieli jurty, konie mogą się paść w ich okolicy.

Życie Mongołów nie należy do łatwych. Widać to chociażby po ich twarzach. Letni skwar i zimowe mrozy dają się mocno we znaki nie tylko dorosłym, ale też dzieciom. Mimo to dzieci nie przejmują się pogodą. Tam gdzie my ubieraliśmy się ciepło i zakładaliśmy kurtki przeciwdeszczowe, one biegały bez koszulki. Na sam widok robiło się nam zimno. Im to jednak nie przeszkadzało. Potrafiły bawić się godzinami na dworze i co chwilę zaglądać do naszego namiotu. Gdy robiliśmy im zdjęcia wygłupiały się i stroiły najróżniejsze miny.

Było jeszcze sporo przejawów dobroci ze strony Mongołów. Raz zostaliśmy obdarzeni butelką wody, kiedy to bez powodzenia poszukiwaliśmy sklepu. Innym razem, gdy już dojeżdżaliśmy do Karakorum, miejscowi koniecznie chcieli nas podwieźć. I taki oto sposób ostatnie siedem kilometrów jechaliśmy słuchając mongolskiego disco i popijając końskie mleko. Za podwózkę nie chcieli zapłaty. A gdy sami łapaliśmy stopa by zdążyć dotrzeć do granicy w dniu rozpoczęcia ważności naszej rosyjskiej wizy, wesołe małżeństwo, które nas zabrało, także nie chciało żadnych pieniędzy, mimo że stop jest u nich płatny.

Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że mongolska gościnność zawsze kojarzyć mi się będzie z końskim mlekiem, kozim serem i ciepłymi ludźmi, którzy choć nie zawsze rozumieją przybyszów z daleka, zawsze skorzy są do pomocy w potrzebie.

[Lipiec 2015]


PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

Szymon

Rower, góry i lampiony – to jego świat u boku żony!

4 myśli na temat “Gościnność końskim mlekiem płynąca

  1. Siadając wieczorem do kompa łapię się na przeglądaniu waszego bloga. Po prostu czekam na relacje z kolejnych waszych przygód. Jak coś jest nowego to hasło „Alicjo, chodź zobacz, Ania i Szymek coś wrzucili”.

    Dziś muszę podzielić się pewnymi faktami związanymi z blogiem:
    A) Szymek … schudłeś … i wyglądasz twardzielsko z tą brodą.
    B) Ten mały mongolski ziomek wygląda na trzykrotnie większego twardziela niż w rzeczywistości, bo coś czuję, że on cały czas na końskim mleku działa. Zdjęcie ty + on + krowa to mistrzostwo świata.
    C) Dzięki waszemu blogowi dowiedziałem się więcej o Mongolii niż kiedykolwiek przedtem. Nie myślałem, że to taki fajny kraj, Ludzie wyglądają tam na naprawdę twardy naród, noszą konie na rękach, piją końskie mleko, teren wygląda srogo a mimo to ludzie są gościnni. Nawet ich sport narodowy to nie jakieś tam dziecinne kopanie piłki tylko mordercze wyścigi konne. Coś niesamowitego!
    D) Zdjęcia z krowami mają u mnie jakiś sentyment, ale i u was też, bo krowa to najczęściej spotykane zwierzę w waszych albumach. Policzcie i sami sprawdźcie. Koni być może ilościowo występuję więcej, ale krowa jaki zwierzę będące tematem przewodnim zdjęcia jest nie do pobicia.
    E) W zdjęciach z Mongolii dotychczas były stepy, konie, mongolscy kowboje, dzieciaki, staruszki … i nie było dziewcząt. Już zaczynałem myśleć, że albo ich tam nie ma, albo konie urodą je przebijają, albo że nie wolno ich fotografować, ale w końcu się doczekałem. I powiem ci Szymek, że [cenzura z ramienia Komitetu Akceptacyjnego] i zbieram szczękę z podłogi.

    PS. Akurat wróciliśmy z Łegu 🙂

    1. Pornek,
      Tak jak Ty czekasz na kolejny wpis, tak my czekamy na Alicji lub Twój komentarz. Nawet nie wiesz jaki banan na twarzy mamy, gdy je czytamy. Wszystkie komentarze na blogu dają jednocześnie kopa by pisać kolejne wpisy. Dziękujemy:)

  2. [cenzura z ramienia Komitetu Akceptacyjnego] – wersja bez cenzury:
    „jak widzę tak piękną kobietę ściskającą konia w kroczu i dojącą końskie mleko, to się wzruszam”

Dodaj komentarz