Indonezja – pierwsze wrażenia

Przed nami nowy, nieznany kraj. W głowach ponownie setki pytań i wątpliwości. Są jednak w nas uczucia, które nadal pozostają niezmienione. Takie jak choćby ciekawość świata i chęć poznawania ciągle nieodkrytego. To właśnie one powodują, że pomimo zmęczenia, na naszych twarzach nadal są uśmiechy, a w brzuchu wirują motyle. Indonezjo jakie wywieziemy wspomnienia o Tobie? Czy skradniesz nasze serca, czy może wręcz przeciwnie. Uważaj przybywamy.

Do Batam przypływamy późnym wieczorem promem z Singapuru. Dopiero kiedy cały tłum wylał się z pokładu, mamy możliwość wynieść nasze rowery. Ładujemy sakwy i wpychamy jednoślady na nabrzeże, aby przejść przez odprawę paszportową, bo przecież jesteśmy już oficjalnie w nowym kraju. Poczekalnia wygląda na opustoszałą. Gdzieniegdzie kręcą się ostatni pasażerowie, którzy przypłynęli tym samym promem co my. Podchodzimy do okienka, gdzie lekko zaspany Indonezyjczyk przegląda nasze paszporty, by w końcu przybić odpowiednie stempelki. Możemy ruszać dalej. Jednak tym razem to „dalej” wcale nie jest takie oczywiste. Otóż Batam jest tylko przystankiem pośrednim pomiędzy naszym ostatecznym celem, którym jest Sumatra. Niestety o tej porze dnia już nic nie kursuje. Najwcześniejszy prom odpływa dopiero jutro rano. Ale, żeby było ciekawiej, wcale nie z portu do którego właśnie dobiliśmy, bo ten jest międzynarodowy, a z lokalnego, oddalonego o niecały kilometr od nas. Robi się ciemno. Nie uśmiecha nam się teraz jechać do miasta tylko po to, by znaleźć nocleg i zerwać się wczesnym rankiem, albo inaczej jak to Szymon mówi, w środku nocy, by przyjechać tu ponownie. Szukamy więc innego rozwiązania. Na tym „końcu świata” nic poza przystaniami i budkami sprzedającymi bilety na promy nie widzimy. Żadnych prywatnych domów. Im dalej tym jeszcze gorzej. To co niewątpliwie przykuwa nasz wzrok od razu, to ilość śmieci. No dobrze, jest lepiej niż w Indiach, ale nadal nie wygląda to dobrze.  Po szybkim rozeznaniu terenu dochodzimy do wniosku, że międzynarodowy port wydaje się naszą jedyną opcją noclegu. Niestety okazuje się, że jest on na noc zamykany. Pytamy więc strażników, czy nie wiedzą, gdzie byśmy mogli się przespać. Oczywiście chwilę trwa zanim wytłumaczymy im o co chodzi. Nie znamy jeszcze słówek w języku indonezyjskim, Internetu też brak, a panowie, mimo, że pracują w międzynarodowym porcie, angielskiego za bardzo nie znają. Ostatecznie prowadzą nas do jakiejś stróżówki u bram portu. Pokazują, abyśmy weszli do środka i na 4m2 pomieszczenia znaleźli dla siebie miejsce, dzieląc je jednocześnie ze strażnikami. Aż boję się pomyśleć ilu ich tu będzie. Gdy tylko stawiam pierwsze kroki w tej stróżówce, cofa mnie od razu. W powietrzu można by siekierę powiesić! Rak płuc gwarantowany, po nocy w tym miejscu. A ja myślałam, że Chińczycy są mistrzami w ilości spalanych papierosów. Dodatkowo dookoła mojego lepkiego już ciała pojawia się coraz większa ilość krwiożerczych komarów, na sam dźwięk których jestem już uczulona, o czym nie raz przekonał się mój luby. Biedny Szymon zaczyna więc migową dyskusję od nowa. Tym razem stara się wytłumaczyć, że chcemy tylko namiot rozłożyć, że nie będziemy zabierać im i tak już miniaturowej powierzchni. Nie rozumieją. Mąż jednak jest uparty, albo boi się mojej reakcji w przypadku niepowodzenia, więc kontynuuje dalej. Z dna wora wyciąga namiot, bo standardowe gesty, których używamy nie są dla nich zrozumiałe. Rozkłada go na trawie tuż obok stróżówki. W międzyczasie pojawiają się nowi Indonezyjczycy. Okazują się zmiennikami, tych z którymi już udało nam się nawiązać jakiś kontakt. Zaczynamy więc tłumaczenie od nowa. Kiedy namiot jest już praktycznie rozłożony, chłopacy chyba załapują o co tym dwóm przybyszom z innej planety chodzi. Kręcą jednak głowami na znak odmowy, pokazując jednocześnie, że coś na nas z nieba spadnie. Kolejne pięć minut przekonywania, że nam deszcz nie straszny i chyba mamy zgodę. Lekko niepewni ładujemy cały majdan do namiotu, spinamy rowery i wyruszamy w poszukiwaniu toalety. Wskazówki jakieś otrzymaliśmy, więc powinniśmy trafić. Zresztą nie wydaje to się większym problemem. Wystarczy kierować się po zapachu… Witamy w Azji, którą przecież tak dobrze znamy! Fakt, to nie jest toaleta z budynku dla przyjezdnych, a tylko dla zwykłych pracowników. Pewnie dlatego jej widok daje nam obraz tego, czego możemy się spodziewać później, poruszając się po mało turystycznych obszarach. Kibelki w postaci dziury w podłodze, potłuczone umywalki i kosze pełne śmieci, to widok, który nie robi na nas ogromnego wrażenia. Podobnie pewnie jak i na lokalnych. Z drugiej strony jak wiele turystów tu zagląda? Śmiem twierdzić, że spora część obcokrajowców, nie pokusiłaby się męczyć promem, a po prostu wybrałaby samolot zważywszy, że ceny są całkiem podobne. Niestety w naszym przypadku przy kupnie biletu na samolot dochodzą dodatkowo koszty transportu rowerów, a to już znacznie przewyższa nasz budżet.

Mając już sporą wprawę w owych warunkach sanitarnych, bierzemy szybki „prysznic” – tak wiem, to duże słowo, stąd cudzysłów – i znikamy w namiocie. Sen nie przychodzi łatwo, jest potwornie parno, wszystko ponownie się do nas lepi, a dodatkowo strażnicy co jakiś czas wychodzą ze stróżówki trzaskając drzwiami. To będzie długa noc.

Dzwoni budzik. Na dworze panuje jeszcze półmrok, jest znacznie przyjemniejsze powietrze. Szybo więc zwijamy namiot, dziękujemy strażnikom i ruszamy na lokalną przystań. Już w połowie drogi słyszymy jakieś krzyki, wrzaski, które z każdym metrem się nasilają. W epicentrum hałasu, które okazuje się naszym celem, otoczeni zostajemy przez grupkę naganiaczy. Każdy chce nam sprzedać jakiś bilet. Każdy ma też specjalną ofertę. Ignorujemy jednak wszystkich i przepychamy się do głównego budynku z nadzieją, że tam znajdziemy oficjalne miejsce kupna biletów. Nic z tych rzeczy. Cała poczekalni pełna jest małych okienek, za którymi kryją się jakby mini biura podróży. W wielu z nich oferty zbliżone, a ceny nie wiedzieć czemu inne. Który prom wybrać? W końcu decydujemy się na najwcześniejszy, za w miarę względną cenę. Jako, że nie mamy jeszcze indonezyjskich banknotów chcemy zapłacić kartą. Niestety tylko gotówka wchodzi w grę. Pytamy więc o bankomat. Ten jak się okazuje jest w międzynarodowym porcie. Trzeba więc się cofnąć i liczyć na to, że będzie on działał i nie zablokują nam karty, jak to już kilka razy miało miejsce podczas tej podróży. Dobrze, że mamy jeszcze jakiś zapas czasu. Wszystko na szczęście się udaje i po chwili Szymon wraca z gotówką w portfelu. Przed nami kilka godzin rejsu. Miejmy nadzieję, że mój żołądek to wytrzyma. Na szybko kupujemy jeszcze jakieś przekąski i ładujemy się na pokład. Miejsca są nam przydzielone z góry. Jednak chyba nikt nie przewidział, że na tych siedzeniach kiedyś usiądzie dwóch prawie dwumetrowych ludzi. Nasze nogi się nie mieszczą, a gdzie tu jeszcze mówić, o wsunięciu bagaży pod siedzenie. Idziemy spróbować zmienić miejsca, na te w pierwszym rzędzie, bo tam jest najwięcej przestrzeni na nogi. Tym razem migowe tłumaczenie, a może fakt, że jesteśmy tu jedynymi białymi turystami sprawia, że udaje nam się zamienić miejscami. Ogólnie cała podróż przebiega sprawnie i około 17:00 lokalnego czasu dobijamy do Dumai.

Klimat całkiem podobny do tego, który zastaliśmy w Batam, choć zdecydowanie więcej ludzi, a gdy tylko opuszczamy port, otwiera się przed nam całkiem sporawe miasteczko. Zaglądamy do kilku sklepików, aby rozeznać się w cenach i zrobić zapasy na drogę. W planach mamy zjeść w końcu jakiś obiad, kupić wodę, jakieś jedzenie i wyjechać za miasto, aby tam poszukać miejsca na rozłożenie naszego namiotu. Kiedy tak zajęci jesteśmy rozszyfrowywaniem cen w jednym z lokalnych sklepików, podchodzi do nas para obcokrajowców i zagaduje. Od słowa do słowa, dowiadujemy się, że są oni ze Słowacji i podobnie jak my dziś przybyli do Dumai i żeby było ciekawiej oni też są tu na rowerach! Zabierają nas ze sobą do ich hosta z Warmshowers, którego udało im się wcześniej umówić. Hamdi mieszka na przedmieściach Dumai. Już sama przeprawa do jego domu pokazuje, że w Indonezji podobnie jak w innych krajach Azji, to ten większy ma pierwszeństwo. W tym momencie wszystkie znane nam wcześniej przepisy ruchu nie mają znaczenia.

Wieczór mija nam na rozmowach z domownikami, zaznajamianiu się z lokalną kulturą, poznawaniu indonezyjskiego języka i kuchni. Dodatkowo podpytujemy hosta o trasę i ustalamy z naszymi nowymi znajomymi Słowakami, o sympatycznych imionach Martina i Martin, że część trasy możemy pokonać wspólnie, chyba że nie zgramy się kondycyjnie, co przy naszym obciążeniu jest całkiem możliwe.

Rankiem żegnamy naszych gospodarzy, którzy na odchodne proszą nas o przysługę w postaci wizyty w lokalnej szkole, w której uczy siostra Hamdi.  Na miejscu zostajemy przywitani jak specjalni goście. Zorganizowany zostaje dla nas specjalny apel, podczas którego mamy się przedstawić i porozmawiać z dziećmi po angielsku. Oczywiście wszystkiemu temu towarzyszy cała masa zdjęć, robionych przez nauczycielki, których spust aparatu pstryka kilka razy częściej niż ten w Szymonowej zabawce.

Coś mi się wydaje Indonezjo, że będziesz całkiem ciekawą przygodą, czasami pewnie przytłaczającą i denerwującą, ale jakże intensywną i piękną!

[Maj 2016]
PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

Ania

Czerpie z życia pełnymi garściami, świat poznaje wielkimi krokami. Rowerem odkrywa światy nieznane, czasami mąż ma z nią „przechlapane”…

Dodaj komentarz