Jeziora Kolsai

Jeziora Kolsai są jedną z największych atrakcji południowego Kazachstanu. Trzy głębokie jeziora położone w górach, tuż przy granicy z Kirgistanem. Można je przyrównać do naszej Doliny Pięciu Stawów Polskich w Tatrach. Majestatyczne góry, natura, cisza raz po raz przerywana przez odgłosy ptaków i szum wody w potoku. Jeziora te znajdują się około 110 kilometrów od Almaty. Niestety jest to odległość mierzona prostą na mapie. W rzeczywistości czeka na turystę 300 kilometrów zróżnicowanej drogi. Raz asfalt, kręte odcinki, droga szutrowa z tumanami kurzu i malownicze wioski po drodze. Jeziora Kolsai leżą u podnóży gór Küngey-Alatau i nazwę swą wzięły od rzeki Kolsay, która przepływa przez nie wszystkie. Pierwsze jezioro położone jest na wysokości 1800 m.n.p.m., drugie 2250 m.n.p.m, a trzecie 2850 m.n.p.m. Oczywiście tak piękny teren nie może leżeć bezczynnie, więc Kazachowie zrobili z niego park narodowy i pobierają opłaty za wejście na jego teren. Miła pani w budce na granicy parku gdzieś kilka kilometrów od pierwszego jeziora, skasowała nas następująco:

– wstęp do parku za 1 dzień: 700 KZT/os,

– opłata za namiot za 1 dzień: 750 KZT/szt,

– wjazd samochodem na teren parku, aż do pierwszego jeziora: 2000 KZT/dzień,

– opłata za parking na 1 dzień: 200 KZT/samochód.

Jeziora położone są blisko granicy z Kirgistanem. W związku z tym pani ta poprosiła nas również o paszporty. Ostatnie, najwyżej położone jezioro oddalone jest zaledwie o 6 kilometrów od granicy. Wystarczy tylko wdrapać się na przełęcz Sary-Bula na wysokości 3278 m.n.p.m i już można się znaleźć w Kirgistanie, niedaleko jeziora Issyk-Kul. Niestety nie ma tam przejścia granicznego, więc można mieć niemałe kłopoty po przekroczeniu tej granicy. O takich właśnie przypadkach nie omieszkała w ramach ostrzeżenia nam opowiedzieć pani, która sprzedawała nam nasze bilety. Jako przykład podała turystów z Europy, którzy mimo zakazu postanowili przedostać się na stronę kirgiską. Złapani, spędzili na posterunku sporo czasu i zapłacili przy okazji wysoki mandat. My jednak nie mieliśmy w planach takich eskapad. Chcieliśmy tylko spędzić troszkę czasu w kazachskich górach.

Do jezior Kolsai dotarliśmy już po południu. Wcześniej zatrzymaliśmy się przy lokalnym sklepiku, by uzupełnić zapasy jedzenia. Jeomi znalazł tam też swój złocisty napój. Po drodze widzieliśmy kilka jurt, pasące się zwierzęta, jak i lokalnych kierowców pędzących po bezdrożach w iście rajdowym tempie. Przy tym wszystkim kurzu co niemiara. Mieliśmy też okazję zobaczyć ciemniejszą stronę Kazachstanu. Okazuje się bowiem, że nie tylko policja w tym kraju bierze łapówki. Osoby odpowiedzialne za parki narodowe także dorabiają sobie na boku. Z obszaru chronionego wywożone jest bowiem drewno i to wcale nie na małą skalę. My osobiście widzieliśmy dwa duże samochody ciężarowe obładowane drewnem wyjeżdżające z terenu parku. Możemy mieć tylko nadzieję, że w przyszłości się to zmieni.

Samochód zostawiliśmy na parkingu, tuż przy pierwszym jeziorze i obładowani niczym wielbłądy w karawanie ruszyliśmy powoli w kierunku drugiego jeziora. Szliśmy wąską dróżką. Z każdej strony otoczeni przez góry, cieszyliśmy oczy widokiem czystych wód pierwszego jeziora. Jakby to powiedział Zhan – było po prostu „mature”. Tak, to angielskie słówko, które zastępowało wszystkie przymiotniki określające zachwyt, towarzyszyło nam przez cały czas. Jeszcze jedno słowo nieodzownie będzie nam przypominało o naszym wyjeździe z chłopakami. Zhan wszystkich swoich znajomych, przyjaciół, a właściwie czasami i nieznajomych określał słówkiem братка (czyt. bratka), co po rosyjsku oznacza po prostu kolega.

Jeziora Kolsai często odwiedzane są przez Kazachów. Jak się okazało братка Zhana też wybrał się na weekend właśnie w te tereny. Problem w tym, że weekend się kończył, więc większość lokalnych turystów wracała już do domu. Tak też było i w jego przypadku. My mieliśmy to szczęście, że chłopaki wzięli dodatkowe 3 dni urlopu, więc nie musieliśmy tak szybko wracać. To, że pojawiliśmy się tam pod koniec długiego weekendu ma też swoje plusy. Powinno być zdecydowanie mniej osób następnego dnia na szlaku. Żółwim tempem szliśmy wzdłuż pierwszego jeziora. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, a chłopaki robili coraz częstsze przerwy. Tempo było coraz wolniejsze, co miało też swoje dobre strony bo spokojnie mogłem fotografować na szlaku. Raz po raz slalomem omijaliśmy końskie odchody. Zwierzęta te są bowiem używane tu do transportu bagaży lub osób do wyżej położonych jezior. Zbliżał się wieczór, a my pożegnaliśmy pierwsze jezioro i przeszliśmy może z jeden kilometr, gdy spotkaliśmy znajomego Zhana. Niestety zbierał się on do powrotu do domu. Wszystko miał już spakowane, plecak na barkach, a my dopiero do niego dotarliśmy. Porozmawialiśmy chwilę, podzielił się z nami wskazówkami co do miejsca jego obozowiska i trzeba było się żegnać, bo chciał zejść do parkingu jeszcze przed zmrokiem. Długo się nie zastanawiając zostaliśmy na miejscu wskazanym przez браткe Zhana. Nocleg tuż nad rzeką, jeszcze tlące się ognisko i trawa pod namioty wydeptana – to nam wystarczało. Ku naszemu zdziwieniu mieliśmy towarzysza. Był nim lokalny pies, który jak się dowiedzieliśmy warował przy koledze Zhana od kilku dni. Chyba przywiązał się do tego miejsca, bo nie chciał z nim wracać. Gdy namioty były już rozłożone, a kolacja wylądowała w naszych brzuchach, Zhan i Jeomi postanowili zrobić sobie nocny spacer do pierwszego jeziora. Ja też miałem ochotę się przejść, ale moja żonka bała się zostać sama, to postanowiłem dotrzymać jej towarzystwa. Może i dobrze zrobiłem, bo jutro czeka nas ciężki dzień, więc lepiej się wyspać. Jak się później dowiedzieliśmy chłopacy zeszli aż do samochodu. Jeomi miał nadzieję na znalezienie sklepu ze swoim ulubionym napojem. Niestety wrócił z pustymi rękoma, bo wszystko było pozamykane. Jako, że pojawili się około pierwszej w nocy, dopiero wtedy położyli się spać. Tak jak myśleliśmy, wczesne wstanie następnego dnia nie wchodziło w grę. My byliśmy już dawno na nogach, a chłopacy w najlepsze jeszcze spali. Około 10 przyszedł do nas jakiś lokalny Kazach i zaczął mnie dopytywać czemu rozpaliliśmy ogień na terenie parku, tak blisko drzew. Zacząłem się tłumaczyć po polsku, bo angielskiego pan nie znał, że już ogień był tutaj gdy przyszliśmy. Trochę mi było głupio, bo przecież dobrze wiem, że w parkach rozpalać ognisk nie wolno, jednak znajomy Zhana i on sam jeszcze wczoraj zapewniali, że u nich to można i robią tak już wiele lat. Niestety jegomość chyba tylko częściowo mnie zrozumiał. Postanowiłem więc obudzić Zhana, aby wytłumaczył nowo przybyłemu całą sytuację. Zanim Zhan wygramolił się z namiotu zagasiłem ognisko wodą z rzeki. Po krótkiej rozmowie, mężczyzna odszedł. Okazało się, że miejscowy był strażnikiem parku i szedł właśnie z grupką turystów na koniach w górę do drugiego jeziora. Ognisk teoretycznie nie wolno palić na terenie parku. Zakaz ten jest jednak nagminnie łamany przez wiele osób, a wielu miejscach są przygotowane miejsca na ognisko. Strażnik doskonale wiedział, że takie sytuacje mają miejsce, ale miał nadzieję, że załapie się na jakieś fajeczki, czy też procentowe trunki. Niestety tym razem musiał obejść się smakiem, ale dzięki zdolnościom konwersacyjnym Zhana, obeszło się bez jakichkolwiek konsekwencji. Fakt pojawienia się strażnika podziałał na wszystkich mobilizująco i po zjedzeniu śniadania ruszyliśmy w drogę. Kolega pies chyba odzyskał siły, albo tak nas polubił, że postanowił pójść z nami. Strome podejście po śliskiej ścieżce, która miejscami była rozdeptana przez konie. Do tego spływająca woda, która rozmiękczyła teren, przez co pojawiały się raz po raz odcinki bagniste. Wszystko to spowodowało, że nasze tempo do rekordowych nie należało i do drugiego jeziora dotarliśmy po południu. Po drodze mijaliśmy wracającego strażnika z dwójką turystów. Po naradzie zdecydowaliśmy się odpuścić forsowny marsz w kierunku trzeciego jeziora i odpocząć tutaj zwłaszcza, że byliśmy jedynymi turystami, którzy mieli nocować przy jeziorze. Miejscówka super. Tuż przy brzegu na równiutkiej trawce. Dwa miejsca na ognisko. Obok nas strumyk spływający z gór. A wokół żywej duszy. No może poza towarzyszem psem, który bardzo się do nas przywiązał. Cisza, spokój i plusk ryb w wodzie i góry, majestatycznie odbijające się w tafli jeziora. Rozłożyliśmy namioty, pospacerowaliśmy sobie po okolicy i poszukaliśmy trochę drewna na ognisko. Niestety drewno w najbliższej okolicy zostało wyczyszczone do ostatniego kawałka. To które znaleźliśmy, było strasznie mokre. Chłopaki mimo to uparli się na rozpalenie ognia. Pechowo dla nich mokre drewno za nic w świecie nie chciało się palić. Skończyło się na gotowaniu jedzenia na naszym palniku. Z uwagi na wilgoć i niską temperaturę panującą już na tej wysokości wszyscy szybko zaszyli się w swoich namiotach. Umówiliśmy się tylko na nocne zdjęcia około północy. Chętnych do wyjścia w tej pogodzie jednak za wielu nie było. Skończyło się więc na kilku nocnych fotach. Noc dała się za to we znaki prawie wszystkim. Chłopaki budzili się kilka razy w nocy. Nawet obłożyli folią swój namiot, aby wiatr nie przeszywał tropiku. Ja nie odstawałem za bardzo od nich. Miałem również problemy ze snem. Wtedy to zrozumiałem, że nowy śpiwór przed wjazdem w wyższe góry będzie koniecznością. Ania za to kimała w swoim śpiworze jak suseł. Ciężka noc spowodowała, że wszyscy dłużej pospali. Nikomu nie chciało się wyjść z ciepłego śpiwora w ten chłodny poranek i nawet pojawienie się pierwszych promieni słońca nie zachęcało do wychylania głowy zza namiotu. Najbardziej wyspanej Ani udało się w końcu wyrzucić mnie z namiotu by pomóc jej w przygotowaniu śniadania. Szybko się dobudziłem na zewnątrz, bo temperatura dawała się we znaki. Dopiero po ugotowaniu herbaty i jedzenia chłopacy powoli zaczęli wychodzić z namiotów, a dochodziła już 10 rano. O planach Zhana na ranny wypad nad trzecie jezioro mogliśmy zapomnieć. Nam to jednak nie przeszkadzało. Cieszyliśmy się odpoczynkiem w miejscu, którego nie planowaliśmy odwiedzić, a które okazało się niesamowicie urokliwym zakątkiem. Na rowerach na pewno byśmy tutaj nie przyjechali, ponieważ stracilibyśmy za dużo czasu. A tak dzięki chłopakom mogliśmy choć przez chwilę nacieszyć się tym miejscem.

Wymarsz w dół opóźnił się jeszcze trochę, bo Joemi i Zhan postanowili wziąć kąpiel! Ja nie miałem tyle odwagi, aby zanurzyć się w lodowatej wodzie górskiego jeziora. Temperatura dochodziła w okolice 10 stopni Celsjusza, więc ich kąpiel wyglądała podobnie jak moja przygoda z Bajkałem. Tak zwane wejście, zanurzenie i wyjście. Więcej czasu trwały próby wejścia niż sama kąpiel. Chyba każdy, kto próbował kąpać się w zimnych wodach, wie co to znaczy.

Około 16:00 byliśmy już na dole. Nasz kompan – pies znalazł sobie nowych kumpli. Postanowił zaprzyjaźnić się z turystami, którzy dopiero rozpoczynali trekking. Także może ktoś z Was kiedyś wybierze się w okolice jezior Kolsai i spotka tam tego czworonożnego strażnika tych terenów.

[Wrzesień 2015]


PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

Szymon

Rower, góry i lampiony – to jego świat u boku żony!

6 myśli na temat “Jeziora Kolsai

  1. Kochani Wasze opisy i zdjęcia są wspaniałe, po powrocie jak wydacie książkę, to kupię ją i będzie ona prezentem dla osób, które obdaruje ( znam takie, które wiele czytają, jak ja). Ciocia Magda czyta o Was, każdemu polecam stronę.
    Przesyłam pozdrowienia i życzenia noworoczne, zdrówka i wielu przyjaznych i otwartych osób na Waszej drodze.
    Ciocia Ala

    1. Ciociu, jesteś jedną z najgorliwszych czyletnicznek naszego bloga. Bardzo motywują nas Twoje komentarze. Dziękujemy za nie. Pozdrawiamy gorąco

  2. Nie, no ja wysiadam, jak tam jest pięknie.
    Ten pies to oczywiście tajny agent służb wywiadu monitorujący obcokrajowców. Charakteryzacja na psa zajmuje mu pewnie kupę czasu.

    1. Coś w tym musi być. Gdy pojawił się strażnik, pies zniknął na godzinkę. Pewnie w krzakach dostał dalsze wytyczne. Kto wie jakie materiały o nas zebrał.

  3. Dziś na Was trafiłam 🙂 świetny blog! A jeszcze fajniej, że opisujecie Kazachstan – jedziemy tam w sierpniu. Jeziora Kolsai mamy w planie i stąd też pytanie do Was: da radę dojść do trzeciego jeziora i wrócić z powrotem do pierwszego w ciągu jednego dnia?

    1. Cześć. Da się, ale trzeba się sprężać. Bo to niestety 15km marszu i 950m do góry w jedną stronę. Do tego 15km w dół z małym wzniesieniem po drodze. Także łączna wspinaczka troszkę powyżej 1000m. Proponuję zdecydować przy drugim jeziorze. Wtedy będziecie mogli oszacować siły na zamiary i będziecie wiedzieli jaka jest pogoda oraz jak wygląda szlak.
      Bo jeżeli będzie mokro, to szlak może być błotnisty, więc szybko się nie pójdzie. Trzymam kciuki za ładną pogodę. Pozdrówcie proszę Kazachstan od nas!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.