Jezioro Toba

Każdego dnia coraz bardziej wsiąkamy w klimat Sumatry. Jest dokładnie tak jak lubimy. Nie tłoczno, mało turystycznie, a z drugiej strony bardzo egzotycznie. Lubimy budzić się o poranku i słyszeć odgłosy dobiegające z okolicznych wsi. W ciągu dnia podziwiamy lokalne zwyczaje, mijając małe miasteczka, a wieczorami poszukujemy dobrego miejsca na nasz mały domek. Można powiedzieć, że mamy już pewną rutynę. Chyba każdy tak ma, czy to w życiu, nazwijmy je stacjonarnym, czy też takim jaki my akurat wiedziemy, czyli w podróży.

Im bliżej jednak jesteśmy naszego celu, czyli Jeziora Toba, zaczynamy odczuwać wzmożony ruch. Teren robi się pofalowany, rozpoczynamy wspinaczkę i coraz bardziej odczuwamy lejący się w południe żar z nieba. Kiedy docieramy do Siborongborong, okazuje się, że jest to całkiem sporawe miasteczko i możemy w nim nawet uzupełnić nasze zapasy. Po dobrym obiedzie jedziemy dalej, kiedy naszym oczom ukazuje się ogromne jezioro. Już pierwszy widok na tego kolosa, robi spore wrażenie. Szkoda, że akurat pogoda postanowiła się na nas obrazić i leje jak z cebra. Jezioro Toba ma bowiem wyjątkowy jak na Sumatrę klimat, bo jest położone kilometr nad poziomem morza, co sprawia, że jest dużo chłodniej niż w pozostałych częściach wyspy. Najciekawsze jest jednak to, że jezioro jest pozostałością po wybuchu superwulkanu jakieś 75 tys. lat temu. Uważa się, że potężna eksplozja miała wpływ na zmiany klimatyczne na całej kuli ziemskiej. Jest to też największe jezioro w Azji Południowo-Wschodniej, długie na 100 km i szerokie na 30 km. Okolice jeziora zachwycają dzikimi, surowymi krajobrazami, które raczej mogłyby się kojarzyć z Europą, a nie tropikalną Azją. Dowiadujemy się też, że okolice Toba zamieszkuje lud Batak. Tworzą oni jedną z nielicznych w Indonezji grup chrześcijan. W sumie na terenach Północnej Sumatry, po której się teraz poruszamy, napotykamy sporą ilość kościołów, których posesje nie raz stają się dla nas schronieniem na noc. Pierwotnie Batakowie wyznawali religię animistyczną i praktykowali kanibalizm. Na szczęście z tego ostatniego już zrezygnowali, ale wciąż w okolicach Jeziora Toba spotkać można szamanów komunikujących się z duchami i czytającymi przyszłość z gwiazd.

Naszym planem jest odwiedzenie wyspy Samosir, która znajduje się na samym środku jeziora Toba. Ta „wyspa w wyspie” to całkiem pokaźny kawałek lądu, porównywalny rozmiarami do całego Singapuru. Aby na nią dotrzeć, bierzemy prom z miejscowości Parapat. Chyba jesteśmy poza sezonem, bo jakaś taka opustoszała ta wyspa. Na początek udajemy się do miejscowości bardzo lubianej przez backpacersów o wdzięcznej nazwie Tuk-Tuk. Mamy w planach zjeść coś typowo europejskiego. W końcu udaje nam się trafić na jakąś otwartą knajpkę, w której pani zgadza się zrobić domową pizzę. Po kilku tygodniach jedzenia tylko lokalnych potraw, smakuje ona wyśmienicie. Szkoda tylko, że ceny na wyspie są faktycznie przekalkulowane pod turystów. Postanawiamy wyjechać poza miasteczko i tam poczuć klimat wyspy, a przy okazji poszukać miejsca na nocleg. I to okazuje się strzałem w dziesiątkę. Naszym oczom ukazuje się niesamowita zieleń pól, co jakiś czas przeplatająca się z ciekawą architekturą. Spotkać tu można przestronne drewniane domy na palach, których dachy kształtem przypominają żagle. Niegdyś kryte były one strzechą, dziś już niestety praktyczną blachą falistą. Najstarsze z domów pokryte są jeszcze pięknymi rzeźbieniami w kolorach czarno-biało-czerwonych. Co jakiś czas natrafiamy też na grobowce. Te małe miniaturki domków zdobią wzgórza, pola, brzeg jeziora czy nawet podwórka przy domach. Jedne są kolorowe inne już nadszarpnięte zębem czasu. Wszystko to tworzy niepowtarzalny klimat, który to mamy szczęście poczuć.

Kiedy nasz czas na wyspie dobiega końca, musimy podjąć decyzję dokąd dalej jechać. Planem był powrót wybrzeżem na południe w kierunku Jawy. Niestety nasi towarzysze Martina i Martin muszą odwiedzić większe miasto, aby tam przedłużyć swoje wizy. My natomiast wiemy, że Północna Sumatra nas tak pochłonęła, że powrót na południe, ponownie przez góry, może zająć sporo czasu, który niestety tym razem mamy ograniczony, przez czekający nas, zarezerwowany z wyprzedzeniem lot do kolejnego kraju. Decydujemy się więc udać ze Słowakami do Medan, największego miasta tego regionu  i stamtąd w jakiś sposób przedostać się na kolejną wyspę Indonezji.

W drodze do Medan standardowo już psuje się rower Martina i musimy przymusowo się zatrzymać. Kiedy chłopacy zajęci są naprawą, moją uwagę przykuwają ustawione w rządku po drugiej stronie ulicy klatki, ewidentnie wypełniane żywymi zwierzętami. Razem z Martiną podchodzimy bliżej i ze zdumieniem odkrywamy, że więźniami są na wpół żywe nietoperze! I wcale nie mamy tu do czynienia z żadnym zoo, czy wystawą zwierząt. Mieszkający obok chłopak tłumaczy nam, a wręcz z ogromną powagą pyta, czy my też jemy nietoperze i czy może nie mamy ochoty na jednego. Grzecznie dziękujemy za propozycję i z mieszanymi uczuciami wracamy do chłopaków.

Miasto Medan do najładniejszych nie należy. Typowy azjatycki zgiełk i  harmider. Ruch na ulicach taki, że o mało nie dochodzi do wypadku z naszym udziałem, kiedy jeden z tuk-tuków zajeżdża nam z impetem drogę. Na szczęście cała sytuacja kończy się tylko na nerwach. Jako, że zjechaliśmy z gór ponownie jest gorąco i duszno. Nocujemy w pomieszczeniach gospodarczych cukierni należącej do naszego Couchsurfingowego hosta. Kolejnego dnia zwiedzamy miasto, załatwiamy formalności i korzystamy z dobrego Internetu. Nasi towarzysze mają problem z załatwieniem wiz w Medan i przekładają to na Yogyakartę na Jawie. My w międzyczasie porównujemy ceny promów, autobusów, samolotów i ku naszemu zaskoczeniu najkorzystniej zarówno finansowo, jak i czasowo wychodzi nam lot lokalną linią lotniczą do kolejnego naszego celu, którym jest wyspa Jawa. Z bólem serca ponownie musimy stanąć przed wizją ograniczonego bagażu i pakowania rowerów. Na szczęście wszystko przebiega gładko i po kilku godzinach jesteśmy już na drugiej wyspie. Ale o tym w kolejnym poście.

[Maj 2016]


PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

Ania

Czerpie z życia pełnymi garściami, świat poznaje wielkimi krokami. Rowerem odkrywa światy nieznane, czasami mąż ma z nią „przechlapane”…

4 myśli na temat “Jezioro Toba

  1. ależ klimat! 😉
    cholera, patrząc po Waszych fotach szalenie żałuję, że przeskoczyliśmy cały ten archipelag rozmaitości rozpięty między australią a tajlandią. 😉

  2. Andrzej, ale ile jeszcze przed Wami! Z pewnością jeszcze te rejony odwiedzicie 🙂 Indonezja daje tyle możliwości. Praktycznie każda wyspa ma coś innego do zaoferowania. My zahaczyliśmy zaledwie o jej ułamek. Ale czując niedosyt, zawsze jest okazja, aby tam wrócić 🙂

  3. Perełki nie zdjęcia, bo uchwycone momenty są niezwykłe. Wyprawa życia, jedna z piękniejszych, choć klimat zabójczy,
    Serdecznie pozdrawiam

    1. Dziękujemy! To prawda, takie momenty, które mamy czasami okazję obserwować tylko raz w życiu, są niezwykłe i cieszymy się niesamowicie, jak niekiedy uda nam się je uwiecznić. My też ciepło pozdrawiamy! 🙂

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.