Księżycowy Korytarz Wachański

Korytarz Wachański, który chcę dziś przybliżyć, ma być naszą wisienką na torcie w całym Pamirze. Czytając różne relacje, właśnie ta część wielu rowerzystom najbardziej przypadła do gustu. Nic więc dziwnego, że i my ostrzymy sobie zęby na ten odcinek trasy i nie możemy się doczekać, aby w końcu go ujrzeć. Czy okaże się on najciekawszym odcinkiem naszej rowerowej trasy w Tadżykistanie? To dopiero będzie można stwierdzić po wyjechaniu z tego kraju.

Ale czym jest w ogóle ten Korytarz Wachański? Nazwa ta wzięła się od rzeki Wachan, która płynie przez tereny obecnego Afganistanu, które niegdyś były swoistym buforem pomiędzy rosyjskim Tadżykistanem, a angielskimi w tamtych czasach Indiami. To w 1895 roku wytyczony został szeroki na kilkadziesiąt kilometrów pas gór, mający stanowić barierę pomiędzy wspomnianymi mocarstwami. Mimo, że od tamtych czasów wiele się zmieniło, to granica ta nie została później zmieniona i jest nią do dziś. I to właśnie wzdłuż niej chcemy przejechać na naszych jednośladach. Niektórzy z Was przeczytawszy słowo Afganistan pomyślą zapewne o setkach Talibów i terrorystach. I chociaż sam Afganistan do bezpiecznych nie należy, nie przeczę, to Korytarz Wachański uznawany jest za jedno z najbezpieczniejszych miejsc w całym kraju. Brak tam też jakichkolwiek surowców, fabryk czy czegokolwiek co miałoby jakąkolwiek wartość. Natomiast ludzie mieszkający na tych terenach muszą wykazać się odpornością na wysokie skoki temperatur i radzić sobie w surowym klimacie tego kraju, nie mając nawet normalnych dróg dojazdowych.

No dobrze, ja tu gadu gadu o Wachanie, ale trzeba tam przecież jeszcze dojechać. A szutrowo-piaskowa droga, która raz po raz raczy nas swoimi garbami, nie daje za wygraną. Tyłek podskakuje w rytm skrzeczącego amortyzatora, woda w butelkach przelewa się z kąta w kat, a wiatr smagający nasze twarze, świszczy przeciągle dodając kolejne dźwięki. To właśnie w takim rytmie przejeżdżamy pierwsze kilometry prowadzące do Przełęczy Kargusz. Posiłek zjadamy ze sporym opóźnieniem. Ponowne problemy z tłoczkiem pompki w naszej kuchence, próbującego powiedzieć nam, że on już wysiada, nie pozwalają nam spokojnie rozkoszować się widokami. A te zmieniają się z każdym kilometrem. Początkowe piaszczyste, płaskie tereny, zastępowane są wraz z kolejnymi kilometrami coraz to nowymi pagórkami. Te zaś po chwili znikają, a ich miejsce zajmują skały i kamienista droga, nie pozwalająca się rozpędzić. Gdy już wdrapujemy się na kolejny z serii pagórek, naszym oczom ukazuje się jezioro. Aż chciałoby się w nim wykąpać, napić wody lub odpocząć na dłużej. Niestety nie wszystko jest takie proste. Lodowata woda od razu odebrałaby przyjemność z kąpieli, a jej słonawy smak nie pozwoliłby uzupełnić zapasów płynów, zaś perspektywa odpoczynku zagłuszana jest przez zdrowy rozsadek, mówiący, że ilość wody pitnej, którą posiadamy nie wystarczy na długo. Nie pozostaje więc nic innego jak dalej pedałować pod wiatr, który nic nie robi sobie z naszych narzekań. Na szczęście noc przynosi ukojenie zmęczonemu ciału, a niebo odkrywa swoje nowe oblicze. Gwiazdy wydają się niczym na wyciągniecie reki, a droga mleczna jest tak wyraźna jak nigdy wcześniej. To właśnie wysokość sprawia, że niebo tak fantastycznie współgra z otaczającymi je majestatycznymi górami. Cisza, spokój i brak jakichkolwiek sztucznych świateł potęgują wrażenia bliskości z naturą. I pomimo wcześniejszego wysiłku, teraz czujemy się wyśmienicie.

Kolejny dzień to ponowna walka z przełęczą. I pomimo, że nie jest ona najwyższą na jaką się wspinaliśmy, to te 4344 m.n.p.m. sprawiają jednak, że zapamiętamy je do końca życia. Gdyby nie wiatr, byłyby jeszcze szanse na miłe wspomnienia z podjazdu, jednakże to właśnie on staje się tego dnia głównym bohaterem. Nie chcąc odpuścić, koniecznie pragnie skubany grać pierwsze skrzypce w mojej opowieści. Nie będę go jednak stawiał na piedestale i wspomnę tylko, że sporą cześć drogi musimy prowadzić  nasze rowery ze względu na jego kapryśne podmuchy. Dalsza część drogi wiedzie już w sumie z górki. Powoli zjeżdżamy wymijając leżące leniwie na drodze kamienie i staramy się nie ugrząźć w skupiskach sypkiego pyłu. I choć droga nie rozpieszcza rozkoszujemy się widokami i cieszymy chwilą, dziękując jednocześnie, że nie musimy podjeżdżać w drugą stronę. W oddali widać już jednostkę wojskową. To znak że wjeżdżamy w teren graniczący z Afganistanem i docieramy do Wachanu. Wiele starych, zrujnowanych budynków jednostki lata świetności ma już dawno za sobą. Wokół nie ma żadnych gospodarstw. Nic. Docieramy do szlabanu. Żołnierze sprawdzają nasze wizy i pozwolenia. Dzięki nam mają chwile rozrywki w trakcie swojej warty. Wypytują skąd przyjechaliśmy, choć dobrze wiedza, że wszystko jest w paszportach. Ale to nic. Zawsze jakieś urozmaicenie. Oglądają rowery, choć tym razem to my dobrze wiemy, że w sezonie przejeżdżają ich tu setki. Ale dziś pustka, wczoraj spotkali dwójkę rowerzystów jadących w przeciwnym kierunku, dziś jesteśmy jedynymi osobami mającymi tę kontrolę. Gdy mówimy już sobie daswidania (ros. do widzenia) i przejeżdżamy kawałek drogi, mija nas pierwszy ciężarowy samochód tego dnia. To żołnierze wracający z patrolu do jednostki. Przejeżdżają w sprinterskim tempie pozostawiając za sobą tumany kurzu i swąd spalin wydobywających się z 30 letniego, rosyjskiego kamaza. Gdy słońce leniwie chowa się już za widnokrąg, zaczynamy szukać noclegu. Niestety mamy z tym nie lada problem. I nie dlatego, że miejsca jest mało. Problemem jest bohater dzisiejszego dnia, czyli wiatr, który nie pozwala na rozbicie się na prostej, odkrytej nawierzchni. Ukrywamy się więc za skałą, na piaszczystym zboczu, a naciągi namiotu obkładamy sporą ilością ciężkich kamieni, mówiąc niechcianemu towarzyszowi dobranoc.

Rankiem, po otwarciu namiotu, dostrzegamy w oddali na drugim brzegu rzeki, już po stronie Afganistanu, karawanę z prawdziwego zdarzenia. Dodam szybko, że wspomniana rzeka nazywa się Pamir i jest jednocześnie granicą z między państwami. Objuczone wielbłądy i konie wraz z ich właścicielami suną wolnym tempem traktem po drugiej stronie rzeki. My mamy szeroką na jednego kamaza drogę, podczas gdy im musi wystarczyć wąska ścieżyna. Choć przyznam szczerze, że nawet mimo tej różnicy w nawierzchni nasze tempo poruszania się jest podobne. Zanim ich doganiamy po lekko przydługawym śniadaniu, mija trochę czasu. Oni z kolei zrównują się z nami w trakcie naszego obiadu. Można powiedzieć, że się mijaliśmy na drodze, tylko każdy po swojej stronie rzeki. Machamy do siebie nawzajem i oglądamy z daleka. Takie małe i jednocześnie miłe gesty osób, które nie mogą się w inny sposób porozumieć i spotkać, a jednocześnie podążają w tym samym kierunku. Każde z nas było ciekawe drugiego. W tej części Wachanu na ponad 3 tysiącach metrów nie uświadczy się zbyt wielu osób. Oprócz jednostki wojskowej w której przebywa jak na zesłaniu około 50 osób, jest tutaj niewiele stałych mieszkańców. My mieliśmy okazję widzieć może z trzy domy, które mogły być zamieszkałe. Pozostałe to opuszczone zniszczone budynki, które pełnią latem rolę zagród, lub dalej popadają w ruinę. Za 50 lat za wiele z nich zapewne nie zostanie. Dziś są jeszcze niemymi świadkami wzmożonego życia w Wachanie. Po drodze spotkać można jeszcze zniszczone betonowe stanowiska strażnicze. Krajobraz uzupełniają także małe schronienia, coś na kształt bunkrów. Znajdują się one głównie po afgańskiej stronie. Prawdopodobnie są miejscami na nocleg dla podróżnych przemierzających szlak wzdłuż rzeki Pamir. Widać też, że szlak ten jest mimo wszystko używany. W wielu miejscach po stronie Afganistanu widzimy też nowe mosty, wybudowane zapewne za fundusze państw zaprzyjaźnionych. Świadczyć o tym mogą choćby tablice informacyjne, takie jakie pojawiają się przy naszych obiektach współfinansowanych z funduszy Unii Europejskiej. Niestety sokolego wzroku nie mam i nie jestem w stanie odczytać nawet jednej literki. Mogę tylko domyślać się co na nich jest napisane.

Jadąc w tą cześć Wachanu należy liczyć się z samotnością i ciszą. Jednych ona może przerażać, innych wprowadzi w zadumę, a pozostałych ucieszy i spowoduje wybuch euforii. Dodajmy do tego surowy krajobraz, bez drzew, pastwisk czy innej bujnej roślinności, a otrzymamy krajobraz prawie księżycowy. Skaliste, pokryte białym puchem szczyty i gołe, poddające się erozji zbocza gór. To wszystko przypomina krajobraz wzięty niczym z Księżyca. Tylko kraterów brak, a szybkość męczenia się przy pokonywaniu kolejnych metrów świadczy o zdecydowanie większym przyciąganiu, aniżeli na tym satelicie. Dodatkowo piaszczyste drogi jeszcze bardziej upodabniają tę część Wachanu do Srebrnego Globu, a brak zasięgu telefonów, czy turkotu setek przejeżdżających maszyn świadczy, iż jesteśmy w miejscu niezwykłym. Oczywiście nie jest tak, że nie ma tam nikogo. Spotykamy kilka samochodów na tej trasie, a ciężarówki też się pojawiają. Nawet podczas przyrządzania jednego z posiłków zatrzymuje się obok nas podstarzała Łada Niva, z której wysiada sympatyczny Pamirczyk i pyta czy może w czymś pomóc. Przy okazji przygląda się naszej kuchence, po czym niespodziewanie wraca do auta przynosząc z niego bochenek chleba domowej roboty i odkraja sporą część dla nas. My w podzięce częstujemy gościa herbatą, którą właśnie przygotowaliśmy i zapraszamy na posiłek, który dopiero co przyrządzamy. Nasz gość spieszy się jednak, więc tylko rozmawiamy krótko przy czaju o życiu w Pamirze, o jego rodzinie i naszej podróży. O obecności ludzi w tej części świata świadczą jeszcze choćby fragmenty silników i innych części mechanicznych, które spotkać można na tej trasie.

Żaden z nas Neil Armstrong Srebrnego Globu, jednakże podziwiając w nocy gwieździste niebo i jadąc przez tą pustkę, czujemy się jak jacyś odkrywcy nieznanego lądu, którzy upajają się każdym momentem swojego triumfu. Ten stan trwa, aż do Langar, czyli pierwszej miejscowości w Wachanie. Wywiera ona na nas już zupełnie inne uczucia. Jakie? O tym przeczytać będzie mogli w kolejnym poście.

 [Październik 2015]

PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

Szymon

Rower, góry i lampiony – to jego świat u boku żony!

4 myśli na temat “Księżycowy Korytarz Wachański

    1. Andrzej,
      Tak mniej więcej:
      4000 m.n.p.m. i wyżej:
      dzień od -3 do +5 stopni Celsjusza
      noc od -10 do -7 w namiocie przy głowie. Poza namiotem mogło być mniej.
      3000-4000 m.n.p.m.
      dzień od 0 do 15 stopni Celsjusza
      noc od -10 do +5 w namiocie przy głowie. Poza namiotem mogło być mniej.
      2000-3000 m.n.p.m.
      dzień od 8 do 20 stopni Celsjusza
      noc od +5 do +15 w namiocie przy głowie. Poza namiotem mogło być mniej.
      Generalnie polecamy bardzo mocno Tadżykistan jesienią. Mało turystów, piękne kolory i znośnie temperatury w dzień. W nocy niestety bez ciepłego śpiwora się nie obędzie.

    1. Dzięki Łukasz. Staraliśmy się skorzystać jak tylko umieliśmy i nauczyć się wiele o otaczającym nas świecie. Wydaje nam się, że właśnie ta nauka była najcenniejsza. Pozdrawiamy gorąco

Dodaj komentarz