Lijiang

Do Lijiang dotarliśmy wieczorem. Zaczęliśmy jechać w kierunku centrum. Liczyliśmy, że tam łatwo znajdziemy jakiś nocleg. Im bliżej starego miasta byliśmy, tym spotykaliśmy więcej straganów z jedzeniem i pamiątkami. Niestety hostele blisko centrum okazały się poza naszym zasięgiem finansowym, dlatego postanowiliśmy przedostać się uliczkami starego miasta na jego obrzeża, by tam poszukać tańszego noclegu.

Jak się później okazało popełniliśmy błąd. Wyobrażacie sobie Krupówki w Zakopanem lub Długą w Gdańsku wieczorną porą w trakcie sezonu. A teraz pomnóżcie to przez 100. Dla Chińczyków Lijiang jest ulubionym miejscem turystycznym. Także zjeżdżają tam turyści z wielu prowincji. Zagranicznych podróżnych również jest wielu. A wieczór właśnie jest idealnym czasem na wyjście. Także delikatnie mówiąc jest tłoczno.

Lijiang jest też miastem mostów. Stara jego część zbudowana jest bowiem na sieci rzek i kanałów, które pełniły rolę między innymi kanalizacyjną. Mosty są kamienne, a uliczki tak wąskie, że samochody tam nie jeżdżą. Często pojawiają się jakieś schody i co jakiś czas wysokie krawężniki. Wzdłuż tych wąskich uliczek wplecione są stragany z jedzeniem, różnego rodzaju sklepiki, restauracje czy drogie hotele. Budynki stoją stłoczone jeden przy drugim, a przewody energetyczne i telekomunikacyjne kładzione są o zgrozo wzdłuż koryt ściekowych i kanałów. Dachy domów pokryte są dachówką charakterystyczną dla chińskich budynków, a zwieńczenia belek zdobią wyrzeźbione głowy zwierząt. Po trzęsieniu ziemi, które 20 lat temu nawiedziło te tereny, zaczęto odbudowywać budynki właśnie w starym stylu architektonicznym.

Walory tego miasta można by opisywać tak długo, jak długo zajęło nam przejście przez stare miasto. Niestety o wieczornym spacerze bez natknięcia się na innych turystów jak i spokojnym kontemplowaniu mistyki tego miejsca można zapomnieć. Późnym popołudniem stare miasto jest jedną wielką imprezownią, a ścieżki wypełniają się masami podróżnych chcących zobaczyć to miejsce. Może niektórym odpowiada przeciskanie się wśród gąszczu ludzi i posiłek wśród setek turystów. My po tym wyczerpującym dniu marzyliśmy jednak o spokojnym miejscu do spania. Niestety przyszło nam przedzierać się przez masy tłumów, dźwigając nasze obładowane rowery pod kamienne schody wąskich uliczek Lijiang. Ponieważ zajęci rozmową turyści rzadko zwracali uwagę na innych, często musieliśmy przystawać na jakiś czas, aby móc po chwili przejść kolejne kilka metrów. Ale i tak kilka osób idących ślepo przed siebie miało możliwość starcia z naszymi rumakami. Na szczęście nasze sakwy są miękkie, a my widząc co się święci przystawaliśmy. Nie mniej taka przechadzka z rowerami nie była dla nas miła. Tłok był taki, że nie miałem ochoty wyjmować nawet aparatu, by porobić kilka ujęć. O hałasie już nie wspomnę. Ciężko było mi usłyszeć Anię idącą za mną koło w koło. Imprezy z różną muzyką, krzyki handlarzy nawołujących do zakupów, jak i gwar powstający z rozmów, a raczej krzyków turystów, wyciszeniu więc nie sprzyjały. Po wydostaniu się z centrum marzyliśmy tylko o znalezieniu noclegu. Niestety musieliśmy jeszcze troszkę odjechać od centrum, aby nasz portfel nie ucierpiał za bardzo.

Do obrzeży centrum wróciliśmy kolejnego dnia. Było już po 9:00 więc turyści i wycieczki buszowały po mieście. Ania mając dość przeciskania się dnia poprzedniego przez stare miasto dała mi wolną rękę, abym zrobił kilka ujęć zanim wyjedziemy z miasta, a sama została z rowerami. I tak miałem okazję przespacerować się po starówce w mniejszym już tłoku. Zobaczyłem na własne oczy jak lokalni profesjonaliści wykonują sesje fotograficzne modelkom, jak wyglądają za dnia wąskie uliczki i mogłem usłyszeć szum przepływającej wody z pobliskich rzeczek.

Źródło: http://www.chinaspree.com
Plan starego miasta w Lijiang. Źródło: http://www.chinaspree.com

Czy warto więc wybrać się do Lijiang? Trudne pytanie. Jeżeli ktoś lubi imprezy i nie męczy go tłok turystów na ulicach, to jak najbardziej Lijiang jest dla niego. Jeżeli natomiast ktoś chce się wyciszyć, poznać dobrze kulturę i lubi spacerować prawie sam po mieście, to odradzam przyjazd. No chyba, że jest się rannym ptaszkiem i wstaje przed wschodem słońca, kiedy inni dopiero kładą się spać. Wtedy jest szansa na rozkoszowanie się spokojem, jednak trzeba się liczyć z tym, że większość miejsc będzie pozamykana. Można też przyjść na starówkę w czasie deszczu. Wtedy również jest mniejszy tłok. Także na to pytanie każdy już musi odpowiedzieć sobie sam. My w drodze do Lijiang spotkaliśmy się z różnymi opiniami na temat tego miejsca ze strony innych rowerzystów. Sami zdecydowaliśmy się jechać i nie żałujemy, choć zapewne nie zaliczymy tego miejsca puli ulubionych.

Na zakończenie kilka zdjęć z rannego spaceru po części starego miasta. Tak na zachętę do odwiedzenia tego miejsca.


 

PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

Szymon

Rower, góry i lampiony – to jego świat u boku żony!

5 myśli na temat “Lijiang

  1. Kilka pytań do Szymona:
    – Jak ty zniosłeś ponad 100 dni jazdy na niewysiedzianym siodle Brooks? Mi ugniecenie swojego skórzanego siodła zajęło trzy miesiące pełne bółu i cierpienia a ty cierpisz z dala od wszelkich mazideł na … siodło.
    – Czy macie jakieś zabezpieczenie na wypadek kradzieży rowerów albo sprzętu? Nie boicie się tego?
    – Czytając o waszej drodze do Lijiang i znając twoje zamilowanie do znajdowania skrótów wlokących się całymi kilometrami zastanawiam się czy bardzo Ania ci potem głowę suszyła?
    – Ile waży twój rower załadowany ekwipunkiem wyprawowym i sakwami?

    Do Ani:
    Moja teściowa stwierdziła, że Ty musisz być albo bardzo cierpliwa albo niesamowicie zakochana, skoro dajesz się wyciągnąć na taką długą podróż w tak dziwne rejony. Próbowałem jej wytłumaczyć, że to był też twój pomysł a ona na to, że „To niemozliwe, bo żadna kobieta nie wpadnie na coś takiego. To musiał Szymon wymyślić.”

    Tak czy inaczej podziwiam wasz upór i chłonę wszystkie fotografie i opisy. Jak to możliwe, że Azja na waszych fotkach jest tak obłędnie kolorowa?

    1. Pornek,
      – Pierwszy tydzień był ciężki. Nawet rowerowy pampers nie pomagał, ale z czasem siodło się dopasowało i rozciągnęło. Na tyle mocno, że już 2 razy podkręcałem naciąg. A moje 4 litery już tak nie bolą. I dobrze, bo szkoda byłoby za szybko wracać z podróży;)
      – Zabezpieczeń mamy jak się okazuje za dużo. Dwie długie metalowe linki o przekroju 10mm połączone z dwoma u-lokami. Niestety dużo to waży. Także rozważamy wysyłkę części zabezpieczeń do domu. Aby ustrzec się przed kradzieżą sprzętu to po prostu staramy się nie spuszczać go z oka. Zawsze jedna osoba idzie coś załatwić/kupić, a druga zostaje przy rowerach. Wszystkie sakwy zabieramy do namiotu, a rowery spinamy na zewnątrz. Specjalnie kupiliśmy większy namiot, aby wszystkie rzeczy się zmieściły i nie było obawy o ich kradzież. Oczywiście znowu zwiększyliśmy poprzez to całkowitą wagę, ale trudno.
      – Po Lijiang nie było tak źle. Ania zaoferowana przygodą z Policją nie wspominała za dużo o nadrobieniu kilometrów także głowy mi nie suszyła. Co innego podczas trekkingu, który dopiero opiszemy. Napiszę tylko, że na rajdach na orientację gdzie nie mam plecaka tak się jeszcze nie przedzierałem co teraz. Mi się bardzo podobało. Ania niestety była innego zdania. Musisz jednak cierpliwie poczekać na post z tego trekkingu. Myślę jednak, że foty Ci się spodobają.
      – Rower ze sprzętem niestety waży zdecydowanie za dużo. Napiszę tylko, że od początku Laosu, gdy Ania dała mi swoje najcięższe rzeczy to wożę na bagażnikach ok 60 kg. Także łącznie zestaw podróżny przekracza 80 kg. To tak jakbyś ciągnął przyczepkę ze swoją żoną i synem. Chociaż znając Twoje upodobania do obniżania wagi roweru musiałbyś jeszcze córkę dodać;)
      W chwili obecnej myślę nad wysłaniem do domu części rzeczy. Ale to i tak obniży wagę tylko o ok 10kg. Zawsze jednak to coś.
      Pozdrawiam

    2. O tej podróży oboje marzyliśmy już od dawna. Tylko ciężko było podjąć decyzję o zostawieniu wszystkiego i wyruszeniu w świat. Tak naprawdę to ja zaczęłam wspominać o wyjeździe, a Szymon bardzo szybko podłapał temat, a potem to już oboje dążyliśmy do jego realizacji.
      Dziękujemy za miłe słowa. Cieszymy się, że opisy i zdjęcia się Tobie podobają. Tu w Azji jest bardzo kolorowo, ale o tym możesz sam się przekonać. Spakuj żonę i dzieciaki i w drogę;) To my już czekamy na Was:)
      Pozdrawiamy całą Waszą rodzinę!

  2. @Szymon
    Myślę, że to nie Brooks się dopasował, tylko twój tyłek stracił czucie. Jedno z dwóch musiało odpuścić, aby dało się wysiedzieć. Waga 80kg na rower + bagaż to masakra! Myślisz o obniżeniu wagi o 10kg a tyle w tej chwili waży mój rower 🙂
    Kellys powinien ci dożywotnio zapewnić gwarancję na absolutnie wszystkie części rowerowe, bo ten twój rower to chyba ewenement na skalę światową. Chociaż pamętając o tym, jak nad wyrost wytrzymałe rzeczy lubisz (patrz legendarna szafka z akademola) to może to i nie dziwne.
    Co do bagażu, to czy nie łatwiej było by ci dokupić taką małą przyczepkę bagażową i ciagnąć ją za sobą? Są bardzo lekkie, wąskie i można je dodatkowo obwiesić sakwami.

    @Ania
    Nie kuś, bo pomysł spakowania i wyjechania rowerowego z rodziną chodzi po mojej głowie od dawna. Trekking w naszym wykonaniu (2 rowery + 2 dzieciaki w przyczepie) jak narazie osiąga zasięg „do Myślęcinka”. Po 30 minutach dzieciaki się nudzą. Chwilę potem Alicja narzeka na fakt, że na rowerze trzeba pedałować, co niezmiernie ją irytuje. Chociaż w Niemczech zrobiła 60km jednego dnia wogół jeziora z uśmiechem na twarzy.

    1. Zszedłeś już do 10kg i to nie z kolarką. Nieźle! to już jest lżejszy od mojego plecaka do trekkingu:P
      Fakt Kellys daje radę. Oby tak dalej.
      Przyczepka to byłaby dla mnie kolejna masa do ciągnięcia. Rower przy dużych prędkościach jest z nią niestabilny, a o dodatkowych problemach w podróżowaniu pociągiem, autobusem czy samolotem nie wspominając. Dla mnie przyczepka jest idealnym rozwiązaniem przy wypadach z dziećmi lub na jakieś ekstremalne ekspedycje, gdzie musisz przykładowo ciągnąć dodatkowo 30l wody. W innych przypadkach rower bez niej spokojnie daje radę.

      Jak już Alicja robi 60km z uśmiechem na twarzy, to spokojnie da radę na dłuższych wyprawach. Kwestia podejścia. Nie musicie robić nie wiadomo ile km dziennie. Z dzieciakami to wręcz nierealne. Zróbcie wypad. Przejedzcie z rana 10km. Następnie postój na placu zabaw na godzinkę. Później kolejne 10km i przerwa na ulubione lody dzieciaków. Kolejne 10km i obiad. Kolejna dyszka i przerwa na gorącą czekoladę. Później 10km przed snem. I tak 50km minie, a to i tak dobry wynik jak na jazdę z dzieciakami. Na więcej nawet bym się nie nastawiał. To właśnie dla nich ten wypad ma być najważniejszy. Mają się dobrze bawić i spędzić czas aktywnie razem z Wami. A Ty zmęczysz się bardziej niż Alicja. Wystarczy, że będziesz ciągnąc przyczepkę i wieźć sakwy z najcięższymi rzeczami.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.