Łodzią przez Birmę

Jak tylko zatrucie ustąpiło postanawiamy ruszyć w dalszą drogę. Mamy szczęście, bo płaski teren nie daje nam mocno w kość. I dobrze, bo czuję się jeszcze słaby po chorobie, a temperatura waha się w Birmie na poziomie rekordowych, polskich upałów.

Wraz z przekroczeniem granicy pomiędzy Indiami, a Birmą, ponownie musimy przywyknąć do ruchu prawostronnego. Co ciekawe, we wszystkich krajach sąsiadujących z Birmą jeździ się po lewej stronie. Stąd też rodzi się nie lada problem. Skąd bowiem ściągnąć używane samochody? Tych z kierownicą po właściwej stronie jest bardzo mało. Większość osób używa więc aut z kierownicą po prawej stronie, a to powoduje spore problemy przy wyprzedzaniu. Aut na szczęście nie jest wcale tak dużo, przynajmniej tu, gdzie zaczynamy przygodę z Birmą. Dominują za to motory i skutery. Nie jest ich może tak dużo jak w Wietnamie, ale grają kluczową rolę w ruchu ulicznym. Uważać musimy również na pijanych kierowców tychże jednośladów. Jeden z nich o mało nie potrącił Ani, wjeżdżając rozpędzonym na wąski, jednopasmowy i do tego drewniany most. Przewrócił się z hukiem, gdy koło jego skutera wpadło w przerwę pomiędzy deskami. Skuter rozbity. Wszystko wyglądało bardzo groźnie, na szczęście kierowca wstał prawie o własnych siłach. Gdy próbowałem dopytać, czy nic mu nie jest, jedna z osób postukała tylko dwoma palcami w szyję, dając mi do zrozumienia, że delikwent jest w stanie wskazującym i że wszystko będzie dobrze. Nie wiedziałem, że gest ten jest znany również w Azji. Już jestem ciekawy co przyniosą kolejne kilometry. A te na początek raczą nas nieciekawymi obrazami. Zniszczenia po powodzi, która przeszła na tych terenach pół roku temu, są nadal widoczne. Mimo, że życie wróciło już do normy, nadal widać wymyte koryta rzek, uszkodzone mosty i elementy domów, które zostały zmyte przez wodę. Największą grozę budzą jednak tabliczki, umieszczone tuż przy wjeździe do takiej wsi, a na nich napis z ilością poszkodowanych i zabitych.

Gdy docieramy do rozwidlenia dróg, stajemy przed dylematem, który wariant podróży wybrać. A jest ich kilka. Możemy na przykład jechać dalej główną, wyboistą i pełną pyłu drogą, aż do miejscowości Munywa. Kolejny wariant to mniej uczęszczana, asfaltowa droga, która wiedzie przez wysokie wzniesienia i nadrabia sporo kilometrów. Lub też możemy skorzystać z łodzi i spłynąć z miejscowości Kalewa aż do Munywa w dół rzeki, omijając przez to najcięższy odcinek. Zważywszy na moje osłabienie wybór okazuje się wcale nie taki ciężki. Ruszamy w kierunku Kalewy, by spłynąć łodzią w dół rzeki i przy okazji zapoznać się nieco z ruchem rzecznym, który w Birmie jest mocno rozwinięty

Żeby nie było za łatwo, tuż przed samą miejscowością urywa się linka od zmiany biegów w Ani rowerze. Jest to niestety tylna  linka, więc decyduję się na jej wymianę, mimo, że do celu zostało zaledwie kilka kilometrów. Jest prawie południe. Słońce grzeje tak, że nie marzymy o niczym innym jak o cieniu. Szukamy więc miejsca, aby się gdzieś schować. Z wyciągniętymi językami docieramy do małej, lokalnej restauracji, która to jest jednocześnie domem mieszkalnym dla kilkupokoleniowej rodziny. Jedzenia nie ma, bo w tym upale chyba nikt o nim nie myśli, a może jest coś, czego w Birmie jeszcze nie poznaliśmy. Nie zaprzątamy jednak sobie tym teraz głowy. Znajdujemy tu bowiem wszystko, co nam w danym momencie jest potrzebne. Cień i zimny, słodzony napój z lodówki. Nie ważne, że takiej azjatyckiej, czyli z pojemnika z lodem. Przyzwyczailiśmy się do tego, a napój o temperaturze 15 stopni Celsjusza uważamy już za zimny. Gdy linka jest wymieniona, możemy jechać dalej.

Choć Kalewa, czyli miejscowość, skąd wypływa nasza łódź, jest niewielka i nie ma w niej zbyt wielu ulic, to i tak udaje nam się zgubić. Docieramy nie na tę przystań co trzeba. Tu operują tylko łódki rybackie i nikt o takiej do Munywa nawet nie słyszał. W ciągle jeszcze piekącym słońcu zawracamy w poszukiwaniu dobrego miejsca. Na szczęście w końcu docieramy do celu. Miejscowi na migi pokazują nam, gdzie możemy kupić bilet. Musimy czekać, bo nie ma nikogo, kto mówiłby po angielsku. Po 15 minutach przychodzi kobieta, która w sposób komunikatywny operuje tym językiem. Może o płynnej rozmowie nie ma mowy, ale udaje nam się jakoś dogadać. Niestety nie dowiadujemy się dlaczego nasz bilet jest trzy razy droższy aniżeli ten dla Birmańczyków. Zamiast 6000K musimy zapłacić 18000K za osobę! Takie sytuacje są dość powszechne w Birmie. Turyści muszą płacić więcej. Ba, są to oficjalne wytyczne, mające swoje korzenie w ustanowionym prawie. Nie ma więc mowy o obniżce ceny. Nieco przybity dopytuję jeszcze tylko o miejsce i godzinę wypłynięcia. Pani wskazuje palcem na przystań i podaje czas. O 17:00 startujemy. Mamy zatem jeszcze kilka godzin na odpoczynek. Czy jednak wypłynie o czasie? O tym przekonamy się za jakiś czas.

Ku naszemu ogromnemu zdziwieniu łódź podpływa już 10 min przed wyznaczonym terminem! Niemożliwe, czyżby czas w Birmie jednak był w cenie? Razem z miejscowymi wchodzimy po trapie. Wszyscy pchają się do środka. Ciężko jest więc wrócić po kolejne sakwy, które to musieliśmy odczepić od rowerów. Natłok nie mija nawet po 5 minutach, a dodatkowo obsługa łódki coś próbuje nam powiedzieć w niezrozumiałym dla nas języku. Domyślamy się tylko, że chcą nas pogonić. Niestety muszą uzbroić się w cierpliwość. Trap jest jeden, a pasażerów wielu. Po kilku minutach, gdy większość osób już wsiadła, zabieram się za przenoszenie naszych rumaków i dobytku. Uff, w końcu wszystko ląduje na łodzi. Zlany potem zajmuję miejsce przy żonce. Mało miejsca na nasze przydługawe nogi i cała masa śmieci walających się na ziemi. Całe szczęście jest dach, który chroni przed palącym jeszcze słońcem. Co prawda ta blaszana puszka nagrzewa się strasznie szybko, ale jest nadzieja, że jak ruszymy będzie lepiej. I tak też jest. Podmuch wiatru zaczyna chłodzić nasze głowy. Płyniemy tak przez godzinę, podczas której raczeni jesteśmy przez naszych współtowarzyszy podróży gryzącym dymem papierosowym. Inni z kolei posilają się tym co udało im się kupić w Kalewie lub od obecnych na łodzi handlarzy. Soczek wypity, pach- kartonik ląduje w rzece. Ciastka zjedzone, pach – opakowanie do wody. Wymieniać mógłbym tak w nieskończoność. Niestety rzeka, którą właśnie płyniemy, wygląda jak jeden wielki śmietnik.

Z uwagi na naszą słabą tolerancję na dym nikotynowy przenosimy się na górę łodzi. Jest już po 18:00. Słońce nie pali więc tak mocno. Tu na górze jest też silniejszy wiatr, ale nam to nie przeszkadza. Możemy tu spokojnie podziwiać życie na wodzie. A jest ono zdecydowanie intensywne. Choćby ze względu na fakt, że rzek używa się tu jako głównych szlaków komunikacyjnych. Przez to ruch na wodach jest spory. Oprócz łodzi pasażerskich są także transportowe i rybackie. Na brzegu zaś płynie normalne życie. Kobiety piorą ubrania, mężczyźni łowią ryby, a dzieciaki kąpią się i popisują, skacząc do wody. Zwieńczeniem tych wszystkich obrazów jest niesamowity spektakl zachodzącego słońca nad rzeką Chindwin. I moglibyśmy tak pewnie siedzieć i podziwiać to jeszcze przez długi czas, gdyby nie kontrola biletów. Po ich okazaniu mężczyzna gestykuluje w sposób dający nam do zrozumienia, że chce od nas więcej pieniędzy. Po ruchach jego rąk orientuję się, że chodzi o rowery, ale udaję niewiedzę i po angielsku odpowiadam, że nie wiem o co chodzi. Idę więc z nim do kapitana, który po angielsku to tylko kilka słów umie. Nauczył się ich prawdopodobnie, podczas rozmów z innymi turystami. Padają więc słowa „bicycle”, „money” i „five thousand”. Zaczynam więc grzecznie tłumaczyć, że zapłaciłem trzy razy więcej aniżeli każdy inny pasażer na tej łodzi (jesteśmy jedynymi obcokrajowcami), więc nie chcę już płacić za rower. Że to drogo i ja z Polski jestem, a nie z USA czy Niemiec. Po kilkukrotnym powtórzeniu, pokazaniu biletu z ceną i mojej gestykulacji, mężczyzna odpuszcza, kiwając tylko głową i śmiejąc się jednocześnie mówi ok, ok. Podajemy sobie ręce na znak porozumienia i odchodzę do Ani, by podziwiać kończący się już spektakl zachodzącego słońca.

Noc mija nadzwyczaj spokojnie. Bardzo dużo osób znika pod pokładem, chcąc uciec od chłodu i wiatru. My natomiast rozkładamy na dachu nasze karimaty, przykrywamy śpiworami i zasypiamy dość twardo, zważywszy na otaczające nas warunki. Przed 5 rano dobijamy do Munywa. Miasto śpi jeszcze twardym snem. Żadne hałasy dobiegające z nabrzeża nie są w stanie go jeszcze zbudzić. Nauczeni wcześniejszymi przebojami podczas wchodzenia na łódź, tym razem grzecznie czekamy, aż wszyscy pasażerowie wysiądą i dopiero wtedy zabieramy się za przenoszenie naszych bagaży. Jako, że rzeka leży sporo niżej niż samo miasto, musimy zrobić sporo kursów po schodach z naszymi sakwami. Po 30 minutach zziajani odpoczywamy na nabrzeżu i przyglądamy się tragarzom noszącym wielkie bagaże. Największe jednak wrażenie robią na nas mężczyzna wnoszący skuter i kobieta z wielką skrzynią na głowie.

Można powiedzieć, że cel osiągnięty, a sam nocleg na łodzi zaoszczędził nam nieco nerwów i funduszy. Pewnie zastanawiacie się czemu nerwów? O tym napiszemy jednak nieco później. Tymczasem dookoła nas miasto budzi się leniwie ze snu. Siadamy więc w lokalnej herbaciarni i zamawiamy śniadanie. Typowa birmańska herbata z mlekiem skondensowanym stawia nas na nogi. Do tego jeszcze świeże, słodkie bułeczki i niczego nam do szczęścia już nie potrzeba. Kręcimy się jeszcze nieco po mieście, by ostatecznie udać się w kierunku Bagan. Ale o tym już w kolejnym wpisie.

[Marzec 2016]


PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

Szymon

Rower, góry i lampiony – to jego świat u boku żony!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.