Namaste Indie!

Z racji zbliżającej się zimy i braku tańszych szlaków komunikacyjnych decydujemy się na przelot z Biszkeku do stolicy Indii. Jak się okazuje nie jesteśmy jedynymi rowerzystami w samolocie. Razem z nami w cieplejsze klimaty lecą także Francuzi, Camille i Andjali, którzy w Indiach chcą odwiedzić krewnych. Na lotnisku mamy więc czas na wspólne opowieści oraz wymianę odczuć po wizycie w Azji Centralnej. Samolot nie jest oblegany więc zaraz po rozlokowaniu się wszystkich pasażerów udaje nam się przesiąść na wygodniejsze miejsca z większą przestrzenią na nasze przydługawe nogi. Lot nie jest długi i gdy tylko zbliżamy się do Delhi, a nasz samolot zabiera się za obniżanie pułapu, po raz pierwszy doświadczamy czym tak naprawdę jest indyjski smog. Lecąc jeszcze na kilku tysiącach metrów pod naszymi stopami unosi się brązowo-czarny dywan. Kontrastuje on bardzo mocno z błękitnym niebem i słońcem nad naszymi głowami, które powoli chyli się już ku zachodowi. Jeszcze nie zdajemy sobie sprawy, że z ich widokiem przyjdzie nam się pożegnać nawet na kilka miesięcy, a wizyta w najbardziej zapylonym mieście świata, raczej nie będzie sprzyjać oglądaniu krajobrazów.

Muszę jednak w tym momencie dodać, że walka za smogiem w Nowym Delhi trwa już od jakiegoś czasu. Przeprowadzane są nawet akcje mające na celu zmniejszenie emisji spalin samochodowych i przydomowych ognisk. Niestety jest kilka czynników, które nie pozwalają zakończyć tego procesu sukcesem. Choćby taki, że Hindusi lubią obchodzić się ze swoim bogactwem. Dlatego też nawet jeżeli obowiązuje danego dnia, czas bez samochodu, podczas którego za parkingi w mieście płaci się kilkakrotnie więcej niż normalnie, to i tak Hindusi pojadą autem, zamiast użyć metra. Jeżeli w rodzinie jest kilka samochodów i wszyscy jadą w tym samym kierunku, to nie pojadą oni tym samym autem. Każde będzie jechało swoim, chcąc pokazać swój status. Z kolei gdy przeprowadzana jest akcja pod tytułem zakaz wjazdu samochodem do miasta, a wszyscy poruszać się powinni metrem lub autobusami, które na ten okres specjalnie zostały wypożyczone ze szkół, to i tak nie rozwiązuje to problemu. Do zakazu wjazdu dodawane są bowiem coraz to nowe wyjątki. Nie dotyczy on polityków, sędziów, służb medycznych, kobiet w ciąży, motorków, riksz i kilku innych, których już nawet nie jestem w stanie spamiętać. Do tego wszystkiego dochodzi mała ilość policjantów, którzy mogliby to wszystko kontrolować, o łapówkach już nie wspominając. Wszystkie te akcje z wielu względów skazane są więc na niepowodzenie. Nie zmieni się to za szybko, zwłaszcza jeżeli korupcja i brak chęci oddania własnych przywilejów przez elity nie będzie się zmniejszać. Pojedynczym osobom ciężko jest coś zmienić w Indiach. Wszędzie są układy, wiele osób kupuje też prawo jazdy, certyfikaty czy nawet zmienia swój akt urodzenia, po to by mieć dodatkowy rok szansy na dostanie się na jakieś studia. A jeżeli już ktoś wyjedzie za granicę studiować i pełen energii oraz chęci zrobienia zmian wróci do swojego ojczystego kraju, wiele firm nie uzna jego dyplomu i doświadczenia. Osoba ta wyjdzie na tym gorzej, aniżeli uczyłaby się w hinduskiej szkole.

Takich kwiatków jest znacznie więcej. I część osób czy firm stara się je obejść. Przykładem jest choćby zakup przez obcokrajowca karty SIM z którym przychodzi nam się zmierzyć tuż po opuszczeniu samolotu. Niby banalna sprawa, ale poziom biurokracji w Indiach jest, jak się okazuje, spory. My sprawę załatwiamy stosunkowo szybko. Jednak jak się później dowiedzieliśmy, nie do końca legalnie. W stoisku operatora telefonicznego żądają od nas tylko paszportu, oraz zdjęcia. Po wypełnieniu wniosku dostajemy kartę, która będzie aktywna za 2-3 godziny. Prawnie oprócz paszportu trzeba przedłożyć również dokument kogoś, kto mieszka na terenie miasta w którym wyrabia się kartę SIM. Osoba ta musi podać swój numer z dowodu, coś ala nasz pesel oraz potwierdzić, że nas zna lub, że aktualnie u niej przebywamy. W praktyce jednak część firm znających ten problem podstawia osoby z „ulicy” i dzięki temu kupiona karta SIM po kilku akceptacjach działa już po 2-3 godzinach, zamiast po kilku, czy nawet, jak to ma miejsce w małych miejscowościach, kilkunastu dniach.

No dobrze, troszkę nakreśliłem obraz problemów, które bombardują przyjeżdżającego na dzień dobry, ale muszę przecież wrócić i opisać jak to jest w naszym przypadku. Otóż, gdy już wylądowaliśmy i w hali przylotów składamy nasze rowery obserwowani bacznie jesteśmy przez kilku Hindusów. To taki przedsmak tego, co za chwilę nas czeka. W końcu opuszczamy lotnisko. Od razu uderza w nas gorąco i niesamowita gama mieszających się ze sobą zapachów. Wszędzie jest gwarno i kolorowo. Do mieszkania naszych hostów mamy ponad 20 kilometrów. Ruch lewostronny, wieczór, godziny szczytu i jeden wielki korek. Do tego pełno objazdów na bocznych drogach, którymi musimy się poruszać, jako, że na drogę szybkiego ruchu nie mamy odwagi się pchać. Teraz już wiemy czemu obcokrajowcom odradza się wynajęcie samochodu w Indiach. Wszystkim bez doświadczenia w jeździe po hinduskich ulicach, ciężko się jeździ w kraju, gdzie nie respektuje się przepisów. Czerwone? Tylko wtedy gdy policjant cię zatrzyma. Kierunkowskaz? Jego nie trzeba mieć! Machnięcie ręką na zmianę kierunku da zdecydowanie lepszy efekt. Kierowcy nawet lewych lusterek nie używają, jeżeli oczywiście je w ogóle posiadają, bo to też do rzadkości należy. Składają je, aby ktoś inny ich im nie urwał. Jazda pod prąd? Normalka, przecież policja też tak robi. Światła mijania i stopu? Jeżeli komuś działają, to dobrze. Bez nich też da się objeść. Jedyną częścią pojazdu, która działa zawsze, ale to zawsze, jest klakson. Można powiedzieć, że jest on prawą ręką kierowcy i bez niej nie można jechać. Osoby, które nie przywykły do trąbienia z każdej strony, lepiej niech wezmą transport publiczny. I piszę poważnie. Takiego trąbienia jak w Indiach nie spotkaliśmy w żadnym  innym kraju. Wrażliwym polecam nawet zatyczki do uszu, gdyż hałas ten wręcz nie ustępuje, a samochody ciężarowe prześcigają się nawet w nietypowych melodiach sygnału dźwiękowego.

To dziwne, ale chyba wsiąknęliśmy już w Azję, bo pedałujemy żwawo i pomimo tych wszystkich niuansów drogowych, czujemy się bezpieczniej niż w Biszkeku. Oswajamy się z klaksonami, często nie zwracając na nie uwagi, uważamy na święte krowy i ciężarowe auta i suniemy do przodu jak w jakimś transie, czy może powinienem napisać jak w filmie akcji w który ktoś włączył przycisk przyspiesz. Oczywiście i tu mijani jesteśmy na centymetry, ale nauczeni doświadczeniem w jednym kawałku w końcu docieramy do naszych hostów.

Kolejne dni mijają nam spokojnie. Oswajamy się z nową rzeczywistością w czym pomagają nam Pallavi, Paritosh i ich uroczy synek Prashast. Odwiedzamy też Stare Delhi i poznajemy nowe smaki, chłonąc przy okazji odmienną kulturę. Publiczne środki transportu w stolicy Indii są w miarę rozwinięte. Nowe metro zaskakuje nas zaraz po tym, gdy się zjawia na peronie. Można bowiem w nim znaleźć specjalny wagon, wyłącznie dla kobiet. W pozostałych z kolei są wyznaczone osobne miejsca dla płci pięknej. O autobusach tego powiedzieć nie mogę. Stare, pamiętające pewnie czasy moich narodzin, jeżdżą nieregularnie i często są przeładowane, ale mimo wszystko jeżdżą. Tylko w upalne dni może w nich być naprawdę gorąco. Podobno są jeszcze takie z klimatyzacją. Tych jednak nie testowaliśmy jako, że były dwukrotnie droższe. Oczywiście jak mowa o Indiach, to nie można zapomnieć o motorikszach, których w centrum jest naprawdę sporo. Na właścicieli tych szybkich trójkołowców trzeba jednak uważać. Podobnie jak w Bangkoku mają oni ustne umowy z właścicielami największych sklepów z pamiątkami i za każdego przywiezionego turystę dostają swoją dolę. Nas mają zawieźć do głównej informacji turystycznej w której to chcemy zasięgnąć pewnych informacji i otrzymać darmowe mapy miasta. Niestety i w tym obszarze interes się kręci. Zamiast do głównej placówki, zostajemy przywiezieni do biura turystycznego. Wkurzeni na siebie, że tak łatwo dajemy się znowu zwieść, postanawiamy przejść się pieszo. Ale pieszy, jak się okazuje, też jest łatwym celem. Schemat jest prawie zawsze ten sam. Wyprzedza nas inny pieszy. Po chwili odwraca się i zaczyna witać w Delhi. Mówi, że mamy uważać na kieszonkowców, naciągaczy i osoby próbujące wmówić nam, gdzie jest najlepszy targ czy bazar. Następnie pyta się czy może z nami troszkę się przejść i porozmawiać, gdyż chce podszkolić swój angielski. Pyta się skąd jesteśmy. Gdy pada odpowiedz, spodziewać się należy z jego strony słów typu „Poland is beautiful country”. Gdy dopytujemy, czy był i co takiego jest w naszym kraju pięknego, nie potrafi znaleźć odpowiedzi. Zapewne zapyta jeszcze, czy może nam w czymś pomóc, po czym zaproponuje wskazanie drogi do swojego znajomego, który ma sklep, biuro turystyczne, czy co tam jeszcze chcemy. Oczywiście wieść o tym czego szukamy roznosi się szybko, wystarczy, że wychodzimy z pierwszej domniemanej informacji turystycznej, a po chwili znajduje się kilkoro chętnych, którzy z miłą chęcią zaprowadzą nas do tej prawdziwej informacji. Po krótkiej zabawie rezygnujemy zarówno z informacji, jak i z pomocy wszystkich ochotników i udajemy się w bliżej nieznanym kierunku, by po prostu powłóczyć się po mieście.

Lądując w Indiach trzeba być także przygotowanym na pewien szok kulturowo-zmysłowy. Indie również ciężko zrozumieć i oswoić się z nimi. Są one wymagające, potrzeba dużo czasu, aby je ogarnąć. Najlepiej w nich zamieszkać nawet na kilka lat, a i to nie daje pewności, że będzie można je zrozumieć.  Zaskakują na każdym kroku i czasami po prostu ciężko racjonalnie wytłumaczyć niektóre zachowania Hindusów. To, że w Azji jest dużo śmieci wiedzieliśmy od dawna, ale to co zobaczyliśmy w samym Delhi wyszło poza naszą skalę. Indie to jednak nie tylko brud, syf czy ubóstwo. To także uczta smaków, świeże i tanie owoce oraz kolorowe stroje hindusów, które przyciągają wzrok z daleka. Dzięki rodzinie Pallavi łagodnie oswajamy się z nową rzeczywistością. Wieczory umilają nam wspólne rozmowy, podczas których dowiadujemy się więcej niż z niejednego przewodnika. Z planowanych dwóch dni w Delhi robi się ponad tydzień. Już nawet dwa psy naszych hostów przyzwyczaiły się do naszej obecności i wesoło merdają ogonami, gdy tylko wracamy do ich domu. Przyszedł jednak czas pożegnania. Musimy w końcu przekonać się jak to jest z tymi Indiami. Czy da się je polubić? Ruszamy! Kierunek Agra. Jednak więcej o tym w kolejnym wpisie.

[Grudzień 2015]

[gmw_single_location elements=”map” map_width=”100%” map_height=”450px” map_type=”ROADMAP” zoom_level=”7″]

PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

Szymon

Rower, góry i lampiony – to jego świat u boku żony!

6 myśli na temat “Namaste Indie!

  1. Nadganiacie z opisami, bardzo mnie to cieszy 🙂
    Na opisy przygód w Indiach czekałem chyba najbardziej. Następny ważny przystanek na który się doczekać nie mogę to opis pierwszego spotkania z kangurami, dziobakami i misiami koala, a wygląda na to że tam zmierzacie

    1. Czy CCIE także? Tego akurat nie wiem. Mój rozmówca był z innej branży, więc nie pytałem. Choć nie powiem, że nie jestem ciekaw czy tak ciężkie certyfikty można kupić w Indiach:D

      1. Zdziwiłbyś się Szymek, jak przebogate CV mają technicy z Indii, z którymi miałem okazję współpracować. Takiego portfolio certyfikatów mało kto w Polsce ma.

        … ale w większości te certy to pic na wodę, bo potem taki MCM czy MCA, jak się go zapyta o to jak postawić klaster Windows, zwykle pyta sie co to jest „klaster”, bo nie rozumie.

        1. Domyślam się 🙂 Na szczęście certy to nie wszystko i coraz więcej firm to rozumie oraz stara się sprawdzać rzetelnie wiedzę kandydata na nowe stanowisko.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.