Z wizytą w Nara

Opuszczając Osakę tak naprawdę nie wiedzieliśmy w którym kierunku się udać. O Nara nie wiedzieliśmy za wiele. Może poza faktem, że otoczona jest praktycznie z każdej strony przez pasma górskie. Ograniczony Internet nie ułatwiał poznania jej walorów. W mojej głowie kotłowały się pytania, czy warto wspinać się tylko po to, by zobaczyć to miasteczko. Ostatecznie jednak mój mężuś podjął decyzję za mnie – jedziemy!

Droga nie była, aż tak stroma jak się obawiałam, ale ulewny deszcz nie ułatwiał zadania. Ja wiem, że nie powinnam narzekać, bo przy braku bieżącej wody taki prysznic powinien tylko cieszyć, ale jakoś wtedy nie było mi do śmiechu. Do tego kierując się znakami wskazującymi centrum miasta wpakowaliśmy się na drogę szybkiego ruchu, na której nas nie powinno być. Na szczęście udało nam się pokonać cztery pasy i zjechaliśmy w jakąś boczną uliczkę. Wjeżdżając do Nary nawet nie wiedzieliśmy czego mamy w tym mieście szukać. Dlatego centrum z pobliskim parkiem wydawało nam się miejscem do którego powinniśmy skierować nasze pierwsze kroki. W informacji turystycznej dopytaliśmy o ciekawe zakątki i o miejsce pod namiot. Pani poinformowała nas, że najbliższy camping jest jakieś 35 kilometrów od Nary, a w miejskich parkach namiotów stawiać nie można ze względu na największą atrakcję tego miasta, czyli swobodnie biegające daniele. Miny nam trochę zrzedły, gdy to usłyszeliśmy, no ale pomyśleliśmy, że sami sprawdzimy, czy faktycznie jest taki problem z tym namiotem. Niestety okazało się, że pani miała rację. I gdy tak zastanawialiśmy się co by tu zrobić, nagle pojawił się obok nas pewien pan zaciekawiony naszymi obładowanymi rowerami. Po krótkiej rozmowie zostaliśmy zaproszeni do domu Davida, który mieszka w górskim terenie 20 kilometrów od Nary. Cieszyliśmy się z Szymonem, że kolejny raz los zesłał na naszą drogę dobrą osobę i problem noclegu sam się rozwiązał.

U Davida spędziliśmy w sumie ponad tydzień. W tym czasie zaprzyjaźniliśmy się z nim i jego rodziną. David, który pochodzi ze Stanów Zjednoczonych w młodości również sporo jeździł rowerem. Przejechał Stany z zachodu na wschód. Mieliśmy zatem sporo wspólnych tematów. David pokazał nam okolice, zaznajomił nas z procesem produkcji herbaty i zabrał do swoich znajomych, gdzie mieliśmy okazję zobaczyć tradycyjny Japoński dom. Zaprosił nas również do swojej pracowni, w której powstają niesamowite rękodzieła. Zresztą sami zobaczcie jego prace: nanbanceramics.wordpress.com. Yukiko, jego żona dbała, abyśmy przypadkiem nie zgłodnieli. Przygotowała dla nas między innymi tradycyjne okonomiyaki, czy też przepyszne sushi. Zabraliśmy się również z nią samochodem do Nary, aby na spokojnie bez rowerów pozwiedzać miasto. Ten czas, który u nich spędziliśmy pozwolił nam również choć odrobinę przemyśleć co dalej, w którą stronę się udać. To też wtedy zapadła decyzja, że zmieniamy nasz dotychczasowy plan i chcemy jeszcze trochę pojeździć po Azji. Przy okazji przeczekaliśmy też kilka ulewnych dni i przyznam szczerze, że nawet nie chcę pomyśleć jak bym wyglądała i czuła się, gdybym musiała w tym deszczu pedałować. David dziękujemy!

NARA

Samo miasteczko Nara jest bardzo urokliwe. W 710 roku było pierwszą stałą stolicą Japonii. Niestety z tego okresu zachowało się niewiele. Pozostały starodawne świątynie buddyjskie i shintoistyczne, które odnaleźliśmy na terenie wielkiego parku pełnego stawów, drzew i ścieżek wijących się pomiędzy kamiennymi latarniami. Jednak Nara znana jest niewątpliwie jeszcze z innej atrakcji, którą są oswojone daniele, według shintoizmu posłańcy bogów, podchodzące do ludzi i proszące o jedzenie. Na terenie parku jest ich ogromna ilość. Szacuje się, że jest ich obecnie około 1,2 tysiąca. Zdają się one nie mieć umiaru ani w lenistwie, ani w jedzeniu, a ich ulubione ciasteczka (shika senbei) można kupić na stoiskach z pamiątkami. Sama przyznam się, że zwierzaki te tak mnie pochłonęły, że nawet nie zauważyłam, a minęła dobra godzina, po której mój mąż mając dość siedzenia w cieniu z wszystkimi naszymi bagażami, stwierdził, że warto by było pójść zobaczyć co jeszcze ciekawego jest w tej Narze. Udaliśmy się więc do najważniejszego zabytku Nary, czyli buddyjskiej świątyni Todaiji, będącej największym budynkiem sakralnym na świecie. Do 1988 roku była w ogóle największym budynkiem drewnianym na świecie, ale straciła ten tytuł co ciekawe, na rzecz również japońskiego cyprysowego stadionu baseballowego z prefektury Akita. Budowla powstała w VII wieku, ale w wyniku działań wojennych spłonęła w XVI wieku. Odbudowano ją na początku XVIII wieku starając się zachować oryginalny wygląd, niemniej jednak zmniejszono ją o 1/3. Za bilet wstępu zapłaciliśmy około 500 Jenów. Z biletu wyczytaliśmy, że dokładne wymiary budowli to: wysokość 48,74 m, długość 57,01 m, szerokość 50,48 m. W środku znajduje się niemal 15-metrowa statua Wielkiego Buddy wykonana w całości z brązu i jest ona uważana za największy na świecie obiekt tego typu. W środku świątyni chcąc uzyskać oświecenia można spróbować przecisnąć się przez otwór w jednym z drewnianych filarów. Z uwagi na kolejki i niewielkie rozmiary tego otworu, nie skorzystaliśmy z tej wątpliwej atrakcji. Za to naszą uwagę przykuł posąg Pindola, który to odziany w czerwoną czapeczkę siedzi po turecku tuż przy wejściu do świątyni. Według ogólnych wierzeń, gdy dotknie się wystającej spod szaty i porządnie wytartej prawdopodobnie stopy bóstwa, a następnie potrze obolałe, czy chore miejsce dozna się uzdrowienia. Piszę prawdopodobnie, bo przyznam szczerze, że trzeba się wysilić, aby wyobraźnia nie poszybowała za daleko i zamiast stopy nie wyobrazić sobie czegoś innego. Idąc za tłumem i my nie odmówiliśmy sobie tej rzekomej atrakcji. Niemniej jednak, chyba Pindola chwilowo miał zanik mocy, albo my potarliśmy coś niewłaściwie, bo jak kolana bolały, tak bolą nadal.

Nara oferuje jednak więcej atrakcji. W parku rozsianych jest siedem innych przepięknych drewnianych świątyń i wiele innych o mniejszym znaczeniu, stojących w miejscach o magicznej atmosferze. Warto też zgubić się w wąskich uliczkach starego miasta, by poczuć jego klimat i pozwiedzać maleńkie, w większości darmowe muzea. Na zwiedzanie Nary dobrze jest przeznaczyć choćby dwa dni, by móc spokojnie delektować się atmosferą i obejrzeć wszystkie miejsca godne uwagi.

PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

Ania

Czerpie z życia pełnymi garściami, świat poznaje wielkimi krokami. Rowerem odkrywa światy nieznane, czasami mąż ma z nią „przechlapane”…

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.