Palmowy kraj

Chyba każdy, kto był w Malezji zwrócił uwagę na ilość rosnących tam palm. Temat ten jest często poruszany w mediach, bo nie ukrywajmy zjawisko pojawiania się coraz większej liczby plantacji palm jest dość kontrowersyjny. Nie dziwią nas również statystyki mówiące o tym, że Malezja jest drugim po Indonezji producentem oleju palmowego na świecie. Około 40% powierzchni zielonych tego kraju to właśnie plantacje. Nie rozumiałem tego zjawiska, dopóki nie doczytałem o sposobach pozyskiwania różnych olei. Wyobraźcie sobie, że aby pozyskać jedną tonę oleju rzepakowego potrzebne jest około jednego hektara ziemi. Natomiast dla oleju pozyskiwanego z palm wystarczy zaledwie 0,23 hektara. A to ogromna różnica dla kraju, który dopiero się rozwija. Malezja przez wiele lat “stawiała” kolejne kroki ku zwiększeniu eksportu tego surowca. W związku z tym wycinane były lasy pierwotne, tylko po ty, by zwiększyć areał kolejnych plantacji. Myślałem, że to już przeszłość i obecnie kraj ten nie niszczy swoich naturalnych lasów. Niestety byłem w błędzie. Sami byliśmy świadkami zamknięcia jednej z głównych dróg, tylko dlatego, że akurat trwała wycinka pod kolejne plantacje. Jak długo to jeszcze będzie trwało? Nie mam pojęcia. Podobno rząd walczy z problemem. Czas pokaże czy skutecznie. Na chwilę obecną tereny plantacji są oznakowane niczym poligon wojskowy. Najbardziej widoczne są zakazy wstępu dla zwierząt obarczone wysoką karą dla ich właścicieli, a w niektórych przypadkach nawet odstrzałem.

W Malezji głównie śpimy pod namiotem. Czasami zdarzają się noclegi u ludzi za pośrednictwem Warmshowers czy Couchsurfingu. Wtedy  mamy okazję wziąć porządny prysznic i porozmawiać więcej o kraju i kulturze. Nie jest jednak tak, że na tych portalach zawsze znajduje się osoby słowne i godne zaufania. Właśnie w Malezji przytrafia nam się pierwsza sytuacja, gdy pomimo wcześniejszego kilkukrotnego kontaktu gospodarz w dniu naszego przybycia, wyjeżdża z miasta i nie odpisuje na nasze wiadomości. Pech chce, że ma to miejsce w dużym mieście z którego wyjazd wieczorem nie wchodzi już w grę. Dodatkowo nie cieszy się ono dobrą opinią, jako przygraniczne. Na takie sytuacje trzeba więc być odpornym i nie załamywać rąk, tylko szukać rozwiązania. Nam udaje się znaleźć nocleg w hostelu w samym centrum miasta. Rankiem więc jesteśmy szybko gotowi do dalszej drogi i przekraczana kolejnej granicy. Tym, z czym niewątpliwie będą nam się kojarzyły miasta malezyjskie, są zdecydowanie straże pożarne. Jeszcze w Tajlandii dostaliśmy informację od innego rowerzysty, że to właśnie w tych miejscach udawało mu się często znajdować noclegi. Tak więc poszliśmy w jego ślady i kilka razy mieliśmy możliwość rozbicia namiotu na terenie „bomby” (straż pożarna w języku malezyjskim to bomba), co bardzo ułatwiało nam sprawę, szczególnie w większych miastach.

Ostatnie dni w Malezji to też spotkanie z sympatyczną rowerzystką Fredriką ze Szwecji, która podobnie jak my swoją podróż rozpoczęła w 2015 roku. Nasze szlaki dopiero teraz się skrzyżowały, kto wie może będzie jeszcze okazja, bo podobnie jak my wybiera się ona do Singapuru, skąd planuje przedostać się na nowy kontynent. Więcej o jej przygodach pod adresem: www.thebikeramble.com

Dodatkowo muszę kolejny już raz zabawić się w Maggajwera i prowizorycznie naprawić pęknięty bagażnik. Pech chciał, że podczas ulewnego deszczu nie zauważyłem pewnej kałuży, która okazała się jedną z głębszych, co przy moim obciążonym rowerze skończyło się kolejnym pęknięciem. Na szczęście do Singapuru już nie mamy daleko, a tam liczę na znalezienie nowego sprzętu.

Nasz ostatni dzień w Malezji to tak naprawdę wyłącznie dojazd do granicy z Singapurem. Choć dzieli nas zaledwie kilka kilometrów, pokonanie końcówki trasy zajmuje nam masę czasu. Niestety trafiamy na poranny szczyt. Fala motorków z Malezyjczykami na pokładzie szturmuje granicę, by dostać się do pracy w Singapurze. Zarobki w tym kraju są dużo wyższe, aniżeli w Malezji. Most stanowiący granicę pomiędzy państwami jest więc zakorkowany. Stoimy zatem w korku razem z innymi, a żar leje się z nieba. Uff jak gorąco. Jeszcze tylko 200 metrów, jeszcze 100, 50 … . Jesteśmy w cieniu! Ostatnie 50 metrów posuwamy się mozolnie, ale jednak bez słońca na karku. Jeszcze tylko musimy wypełnić odpowiednie formularze dla obcokrajowców i jesteśmy w Singapurze. Co tam zastaniemy? O tym już w kolejnym poście.

[Maj 2016]


PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

 

Szymon

Rower, góry i lampiony – to jego świat u boku żony!

Dodaj komentarz