Pierwsze dni w Malezji

Jesteśmy. Tym razem mamy wizę na 90 dni, więc nie musimy się spieszyć. Podekscytowani nowym krajem przyglądamy się wszystkiemu co nas otacza. Zatrzymujemy się na pobliskiej stacji benzynowej w poszukiwaniu bankomatu. Po stronie tajlandzkiej w banku nie mieli za wiele malezyjskiej gotówki. To co wypłaciliśmy wystarczy nam może na jeden dzień. Boimy się też, że na wschodnim wybrzeżu, którym to zamierzamy się przemieszczać, nie będzie zbyt wiele miejsc do jej pobrania, dlatego bankomat, to nasz aktualny cel. Kiedy fundusze są już w naszej sakwie, ruszamy dalej. Pierwsze wrażenia z nowego kraju są całkiem miłe, bo nie często zdarzało nam się, aby bankomat nie pobierał opłat i nie było żadnego problemu z wybraniem gotówki. Plus dla Malezji. Kolejny, tym razem dłuższy postój robimy, gdy docieramy do supermarketu.  Jako, że temperatura rośnie w zastraszającym tempie, chowamy się w cieniu i na zmianę, jedno z nas przegląda półki sklepowe, podczas gdy drugie pilnuje rowerów. Czyli rozpoczynamy naukę nowego kraju. Na pierwszy ogień idzie przelicznik walut i poszukanie produktów, które nie nadszarpną naszego budżetu.

Ustawiam się w kolejce do kasy. Przede mną stoi Malezyjczyk w średnim wieku. Mężczyzna zagaduje mnie, skąd jesteśmy i jak się nam podróżuje po jego kraju. Tłumaczę więc, że nie mogę jeszcze za dużo o tym powiedzieć, bo zaledwie trzy godziny temu przekroczyliśmy granicę. Korzystając z okazji, pytam nieznajomego o podstawowe zwroty w jego języku. Po chwili wiem już jak powiedzieć „dzień dobry” i „dziękuję”. Rozmowa toczy się, aż do momentu, gdy pani przy kasie zaczyna skanować nasze zakupy. Sprzedawczyni mówi coś do nas, niestety dwa słowa, których co dopiero się nauczyłem, nie wystarczą, aby się porozumieć, a pani niestety po angielsku nie rozumie. Z pomocą przychodzi poznany wcześniej Malezyjczyk, który to miał już wychodzić ze sklepu. Tłumaczy, że chodzi tylko o kartę na punkty, której oczywiście nie posiadam. Gdy chcę płacić, ponownie kobieta stara mi się coś wytłumaczyć, ale ja tylko patrzę na nią z wielkim znakiem zapytania na twarzy. W tym samym momencie mężczyzna podchodzi, aby się ze mną pożegnać i tłumaczy przy okazji, że wszystko jest ok, a nasze zakupy są już zapłacone.

– Ale jak to, skoro nawet nie zdążyłem portfela otworzyć?  – dopytuję skołowany.

– Zapłaciłem już za was kartą – odpowiada Malezyjczyk – abyście mieli dobre skojarzenia z moim krajem.

Próbuję jeszcze oddać mu pieniądze, ale bezskutecznie. Dziękuję mu więc serdecznie i ze zdziwieniem na twarzy wracam do czekającej przy rowerach Ani. Kiedy opowiadam jej o wszystkim, jest również pozytywnie zaskoczona.

Zbliża się południe, temperatura nadal rośnie. Podobnie jak w Birmie upał daje już we znaki, a my nie należymy do osób dobrze znoszących taką pogodę. Kiedy robi się nieco chłodniej, ruszamy dalej. Decydujemy, że ominiemy duże miejscowości i poszukamy miejsca na nocleg gdzieś po drodze.  Pedałujemy aż do zachodu słońca, rozglądając się jednocześnie na boki i przyglądając lokalnym zwyczajom. Jako dobre miejsce na rozbicie namiotu wydaje nam się posterunek policji. Oprócz kilku samochodów i budynków administracyjnych są jeszcze garaże i spora ilość trawników, czyli wymarzone miejsce pod nasz namiot.

– Próbujemy! – mówię do żonki.

Niestety główny budynek zamknięty na kłódkę. Szukam więc kogoś, kto mógłby nam pomóc. Po pięciu minutach trafiam na dozorcę, który mieszka w jednym z budynków administracyjnych. Staram się mu wytłumaczyć o co mi chodzi. Kiedy angielski zawodzi, gestykuluję w najlepszym znanym mi języku, czyli migowym. Mężczyzna chyba łapie o co chodzi i próbuje tłumaczyć łamaną angielszczyzną, że szef musi pozwolić. Ma on pojawić się lada moment. Czekamy więc troszkę. Ściemnia się. Ale w końcu podjeżdża służbowe auto z którego wychodzi dobrze zbudowany mundurowy. Jego angielski jest już dużo lepszy. Niestety tym razem spotykamy się z odmową. Pytamy więc, gdzie możemy znaleźć bezpieczne miejsce. Standardowo wskazuje na miasto i hotel. Dopytuję o pole namiotowe? Sugeruje więc, abyśmy poszukali czegoś na wybrzeżu. Cóż, nie pozostaje nam nic innego jak pedałować jeszcze kolejnych 20 km. Zakładamy czołówki na głowę, lampki na tył roweru i ruszamy czym prędzej z nadzieją, że tam coś znajdziemy. Zmęczeni docieramy w końcu do wybrzeża. Jest już kompletnie ciemno, mimo to stoi jeszcze kilka samochodów. W oko wpada nam drewniany podest z daszkiem, podobny do tych, na których to rozbijaliśmy się w Korei Południowej. Zastanawiamy się jednak, czy i w tym kraju możemy go użyć? Nie ma nikogo, aby się o to dopytać mimo, że domy w okolicy są. Wszystko wygląda na wymarłe. Decydujemy się szukać czegoś innego. Spaceruję więc wzdłuż brzegu wytężając wzrok. Albo piasek i blisko morza, albo płoty i lokalne domki. Natrafiam na pewien nieużytek. Tu się rozbijemy myślę sobie. Idę jeszcze do sąsiadów tej działki, aby spytać czy nie widzą problemu. Niestety i tu nikogo nie zastaję, albo nikt mi nie chce otworzyć, co wnioskuję, po włączonym świetle i telewizorze.

– Rozbijamy się – mówię do Ani.

Rozkładamy tylko samą moskitierę i ustawiamy tak, aby jak najwięcej wiatru docierało do naszego namiotu. Mimo późnej godziny jest nadal parno i duszno. Kiedy , około 5:00 nad ranem, sprawdzam temperaturę, jest już 26 stopni Celsjusza. Na szczęście po wyjściu z namiotu czujemy lekki wiatr, który powoduje, że jest całkiem przyjemnie i rześko. W tych okolicznościach, nie mogąc już i tak spać dłużej, podziwiamy przepiękny wschód słońca i spacerujemy po plaży. Ania jak zwykle zbiera muszle. Zastanawiam się tylko, kto je będzie woził. Kiedy zadaję jej to pytanie, w odpowiedzi dostaję tylko ten jej słodki uśmieszek i zalotne spojrzenie. Wiem już wszystko. Chyba pora się przepakować, bo jeszcze kilka takich noclegów i pół sakwy będę miał w muszlach!

Wracając do głównej drogi, mijamy podest, na którym wczoraj chcieliśmy się rozbić. Okazuje się, że miejscowi używają go jako miejsca do modlitwy. Dobrze, że wczoraj nie rozłożyliśmy się tam z całym naszym majdanem.

Niestety większość plaż na wschodnim wybrzeżu jest bardzo zanieczyszczonych. Wszędzie walają się puszki, butelki i plastiki. Niech nie zmylą Was foldery reklamowe, czy zdjęcia w Internecie. Rzeczywistość jest nieco inna. Fotografie pięknych plaż zrobione zostały w prywatnych kurortach z własnym dostępem do Morza Południowo-Chińskiego. Właśnie te miejsca opanowane są w sezonie przez bogatych Malezyjczyków. Poza sezonem, a my właśnie w takim okresie jesteśmy, wiele restauracji czy hoteli, których czasy świetności już dawno minęły, jest pozamykanych. Również na plażach są pustki. Jeżeli ktoś się pojawia, to przeważnie są to rybacy, lub osoby, które o wschodzie słońca szukają muszli wyrzuconych na brzeg morza.

Zauważyliśmy, że Malezyjczycy mało gotują w domu. Większość z nich jada w lokalnych, małych restauracjach. To właśnie tam spędzamy sporo czasu, zwłaszcza w okolicach południa. Lokalni uwielbiają ostre potrawy. Do każdego prawie dania dodawane jest chili w ilościach, które dla większości Europejczyków jest wręcz zabójcze. Język pali, gardła po chwili się nie czuje, a bez dużej ilości wody się nie obędzie. Ale taka właśnie jest lokalna kuchnia. W miejscach turystycznych lub w większych miastach na szczęście jest już dużo łatwiej znaleźć coś bez dodatku chili.

Po pierwszych dniach spędzonych w Malezji, możemy śmiało stwierdzić, że mieszkańcy tego kraju są przyjaźnie nastawieni do turystów. Wiele razy pozdrawiają nas, machając rękoma, czy uśmiechając się na nasz widok. Nie ma też większych problemów z komunikacją. Zawsze znajdzie się ktoś, kto kilka słów po angielsku potrafi powiedzieć, lub jest na tyle bystry, że zrozumie z naszych gestów o co nam chodzi. Tak właśnie było w przypadku, kiedy pękło nam mocowanie bagażnika w moim rowerze. Chłopaki z warsztatu, szybko zrozumieli co mam na myśli po gestach, które przed nimi wykonałem. Sprawnie pospawali uchwyt i mogłem jechać dalej.

W Malezji jesteśmy w kwietniu, a więc jest to pora sucha. Jest upalnie i duszno. Temperatury dochodzą nawet do 46 stopni, przez co zamykane są szkoły. Wodę pijemy litrami. Woziliśmy ze sobą często aż 6 butelek. Jednak to nie wystarcza na cały dzień. Na szczęście, wodę można uzupełniać w specjalnych automatach z filtrami. Za niewielką opłatą napełnić można kilka butelek. Trzeba tylko zwrócić uwagę, czy dany automat jest na pewno używany przez lokalną ludność, bo oni najlepiej wiedzą, kiedy ostatni raz wymieniany był filtr w tej maszynie. Dzięki tym automatom można sporo zaoszczędzić, a dodatkowo być eko, bo nie wyrzuca się tyle plastiku do śmieci.

Słyszeliśmy wiele opinii na temat wschodniego wybrzeża Malezji. Dominowały te, które mówiły, że jest wyjątkowo nudne. Żadnych większych miast, mogących wzbudzić zachwyt. Brak gór, czy herbacianych pól urozmaicających krajobraz. Nie ma też pięknych, piaszczystych plaż z którymi to kojarzona jest Malezja. Jednak mimo tej „nudy”, a może właśnie dzięki niej, my dostrzegamy wiele innych rzeczy. Wystarczy się tylko lepiej przyjrzeć.

 

[Kwiecień 2016]


PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

Szymon

Rower, góry i lampiony – to jego świat u boku żony!

10 myśli na temat “Pierwsze dni w Malezji

  1. Dziękuje za piękna lekturę.Życzę na trasie tak wspaniałych ludzi jak Malezyjczyk ze sklepu .
    Muszelki ok.aby Ania nie chciała zbierać kamyczków .
    Powodzenia i czekam na dalszy opis. Pozdrawiam.

    1. O tym nie pomyślałem. Faktycznie może być gorzej, bo kamienie są zdecydowanie cięższe. Wtedy to chyba musiałbym przyczepkę ciągnąć;)

    1. Cieszymy się Rafał, że zdjęcia się podobają. Fotki akurat są ze wschodów słońca. Właśnie te poranki dobrze wspominamy. Piękne niebo i chłodny wiatr od morza. Pozdrawiamy

    1. Pornek, photoshopa nie używamy;) A niebo faktycznie było tak piękne. Szkoda, że aby takie zobaczyć musieliśmy wstawać o 5 rano:P Ania nie dała mi się więc wyspać. Pozdrawiamy

  2. I to jest też fajne w tych długich podróżach, że jest czas na zobaczenie tych niby nudnych fragmentów drogi. A one przecież mają fajny smak także dlatego, że nie jesteście tam traktowani jak turyści w obleganych miejscach, bo chciało się Wam zajrzeć poza te „czyste plaże”. No i ten przemiły ten gość ze sklepu!Nic dziwnego, że potem kraj się dobrze kojarzy, mimo braku innych fajerwerków 🙂 A fotki jak zawsze. Wymiatają. Pozdro.

    1. Masz rację Hubert! Już wiele razy w zwykłej codzienności i z pozoru nudnych miejscach odkryliśmy piękno, których próżno szukać w turystycznych atrakcjach i sławnych miejscach.
      Dlatego staramy się o nich wspomnieć mimo iż, dla niektórych osób mogą nie być ciekawe. Pozdrawiamy gorąco

Dodaj komentarz