Przystanek Singapur

Żegnamy się powoli z Malezją, a przed nami wizja państwa – miasta w jednym. Singapur, bo o nim mowa, liczy 719.1 km², a zamieszkuje go blisko 5,6 mln osób. Można do niego dostać się na kilka sposobów. Dolecieć, wjechać od strony Malezji dwoma przejściami granicznymi, lub dopłynąć promem. Problem dla mieszkańców Singapuru zaczyna się w okresie długich weekendów, czy też wakacji. Większość osób, aby wyjechać gdzieś poza miasto, wybiera wtedy opcję lądową. Możliwości za wiele nie mają, gdyż jedynym wariantem jest Malezja. Wyobraźcie teraz sobie przejście graniczne obładowane właśnie w tym okresie. Z tego też powodu wiele osób, których nie stać na samolot, rezygnuje z wakacji zagranicznych i zostaje w kraju.

Kiedy w końcu udaje nam się dostać pieczątki do naszych paszportów i wjechać na most łączący Malezję z Singapurem jest już około południa. Wiemy dokąd się udać, ale problemem nadal jest dla nas jak to zrobić. Wszędzie drogi ekspresowe, albo takie po których rowerzyści poruszać się nie mogą. Mając z tyłu głowy wszelkie zakazy i kary za ich złamanie, nie chcemy ryzykować. Kierujemy się więc zgodnie z otrzymanymi wcześniej wskazówkami, co jakiś czas zerkając na GPS’a, prosto do hostelu. Tym razem niestety nie udało nam się znaleźć hosta ani na Warmshowers, czy też na CS. Zatem najbliższe kilka dni spędzimy w Tree in Lodge, czyli miejscu dobrze znanym wielu rowerzystom. Jeszcze zanim mieliśmy w planach odwiedzenie Singapuru, już słyszeliśmy o tym miejscu. Hostel ten prowadzi Sk, młody chłopak, który przed kilkoma laty odbył rowerową podróż z Europy do Singapuru. Po powrocie oczywiście nie porzucił swojej pasji. Jak tylko może, stara się gdzieś wyjeżdżać. Rowerowym bakcylem zaraził też siostrę Phoebe, którą to spotkaliśmy w Tadżykistanie, a kolejny raz w Nepalu. Samotnie przemierza ona Europę i Azję, by kiedyś w końcu dojechać do domu, a może i pojechać jeszcze dalej. Sk jest bardzo pozytywną osobą, zawsze skorą do pomocy. To od niego dostaliśmy szczegółowe wskazówki jak dotrzeć do hostelu. Zna on, albo przynajmniej słyszał, o większości rowerzystów będących w drodze. W Tree in Lodge cykliści otrzymują 50% zniżki na pobyt. Na standardy singapurskie jest to wyjątkowo niska cena, jednak dla naszego portfela, przy dłuższym pobycie mimo wszystko nadal jest zabójcza. Liczymy więc, że szybko uda nam się uporać z wizami do Indonezji i po maksymalnie dwóch dniach opuścimy ten kraj.

Życie w Singapurze do tanich nie należy. Ceny w porównaniu z krajami, które wcześniej odwiedzaliśmy są znacznie wyższe. Już pierwszego dnia żegnamy się z owocami, bo ich ceny zwalają z nóg. Za zwykły ryż z kurczakiem trzeba zapłacić prawie dwa razy tyle, co w Malezji. Przez co niezmiernie cierpi Szymon. Ceny i tłok w supermarketach również odstraszają. Niestety wizyta w Ambasadzie Indonezji rozwiewa nasze nadzieje na szybkie opuszczenie Singapuru. Sama procedura uzyskania wizy nie jest dla nas długa. Po złożeniu odpowiednich dokumentów (w tym biletu lotniczego potwierdzającego nasz wylot z Indonezji) musimy jeszcze tylko poczekać dwa dni robocze na ich odbiór. Niestety przeliczyliśmy się myśląc, że zdążymy przed weekendem. Okazuje się, że w piątek wypada narodowe święto w Indonezji, a więc w ten dzień ambasada będzie zamknięta. Musimy zatem czekać.

Aby zaoszczędzić nieco funduszy na noclegu przenosimy się do znajomego Sk’a. Andy, bo o nim mowa, również ma na swoim koncie długodystansowe podróże. Jest on Anglikiem, a przeniósł się do Singapuru ze względu na swoją drugą połówkę Wai Yeng. Dzięki ich uprzejmości, do czasu otrzymania wizy możemy się u nich zatrzymać. W międzyczasie Szymon reperuje też nasze rowery. Jako, że koszt zakupu części w Kraju Lwa jest standardowo bardzo wysoki, zamówił on wcześniej potrzebne nam części na chińskim e-bay. Do wymiany są więc dwie piasty, które już dawno dogorywały żywota. Trzeba też poprzykręcać kilka luźnych śrubek i co najważniejsze, wymienić pęknięty w Malezji bagażnik. W tym przypadku z pomocą przychodzi nam SK. Okazuje się, że prowadzi on również sprzedaż niektórych części rowerowych, w tym bagażników. Kilka godzin pracy i nasze rowery ponownie nadają się do jazdy.

Mamy też czas na zwiedzanie miasta. Do centrum docieramy metrem. Aby kupić bilet trzeba posiadać kartę miejską, którą pożyczamy z Tree in Lodge. Doładowujemy ją za odpowiednią sumę i ruszamy w stronę centrum. Wszystko dookoła nas jest takie czyste i poukładane. Jesteśmy też zaskoczeni ilością parków i zieleni. Jak przystało na tropikalny kraj jest tu bardzo gorąco i parno. Z pomocą przychodzą specjalne zadaszenia nad chodnikami, chroniące zarówno przed deszczem i słońcem, jak również specjalne klimatyzatory ustawione w wielu miejscach w mieście, których chłodny powiew wiatru jest wybawieniem w upalne dni. Dookoła tych wszystkich szklanych drapaczy chmur chowa się zielony azyl, czyli ogrody Garden by the Bay, które zajmują ponad 100 hektarów i stanowią obecnie jedną z największych atrakcji turystycznych tego państwa-miasta. Są one przede wszystkich znane z wymyślnych konstrukcji stalowo-betonowych, porośniętych bujną, tropikalną roślinnością, przywołujące na myśl drzewa z filmów science fiction.

Kiedy zbliża się wieczór, zaczyna robić się tłoczno. Mijamy turystów z aparatami, biegaczy w sportowych strojach, czy też finansistów w garniturach. To nie ta sama Azja w której mieliśmy okazję do tej pory przebywać. Okoliczne restauracje zapełniają się głodnymi. W Singapurze, zresztą jak w wielu krajach Azji, często jada się poza domem. Niektóre mieszkania nawet nie posiadają kuchni. Zahaczamy też o tryskający wodą merlion, czyli znak-symbol Singapuru, o głowie lwa, a ciele ryby. Oczywiście naszemu obiektywowi nie umknął również znany chyba na całym świecie hotel Marina Bay Sands. Z wyglądu przypomina on statek, na dachu którego znajduje się bajeczny basen, którego krawędź pokrywa się z krawędzią budynku. Nie pytajcie więc nawet o ceny.

Kiedy robi się zupełnie ciemno, zaczyna się wieczorne przedstawienie. Dookoła nas rozbłyskują bilbordy i podświetlone zostają drapacze chmur. Dodatkowo każdego wieczora o 8:00 i 9:30 można podziwiać krótkie, piętnastominutowe, spektakle światła i wody. Jest jednak mały szczegół, pomimo że zarówno spektakl światła jak i wody zaczynają się o tej samej porze, nie można ich obejrzeć jednocześnie. Trzeba być po stronie Marina Bay Sands, aby podziwiać wodny spektakl lub przespacerować się na drugą stronę zatoki w poszukiwaniu świetlnych doznań. Dlatego polecamy załapać się na jeden spektakl o 8:00 i na drugi podczas seansu o 9:30.

W oczekiwaniu na nasze wizy co jakiś czas zaglądamy też do Tree in Lodge, gdzie przybywa rowerzystów. Jedni jadą podobnie jak my do Indonezji, inni z niej wracają, a jeszcze inni mają w planach zmianę kontynentu. Nawiązują się więc nowe znajomości, owocujące wymianą poglądów i informacji. Ponownie spotykamy się też z Fredriką, której planem, zaraz po naprawie swojego roweru, jest podbój Australii. Z nowo poznaną parą Francuzów Mathilde i Jeremym odwiedzamy też inne zakątki miasta, w tym Faber Park i wspólnie tęsknimy już za naszymi rowerami. Oni niebawem przemierzać będą Azję Centralną, a nas już ciągnie ku kolejnej przygodzie, jaką jest Indonezja.

Kiedy w końcu przypada dzień odebrania wiz, pożyczam od żony Sk pełniejsze buty (po raz pierwszy spotykam Azjatkę o tak dużej stopie jak moja!), bo niby sandały, podobnie jak japonki, są nieodpowiednim obuwiem, a do ambasady należy się ubrać schludnie. Wyciągamy też z dna sakw nasze najlepsze ciuchy, wsiadamy na rowery i pędzimy ustawić się w kolejkę. Na szczęście teraz wszystko przebiega już sprawnie. Po wpłaceniu 50$ od osoby, odpowiednie naklejki lądują w naszych paszportach i możemy w końcu opuścić Singapur!

Część osób może zastanawiać się dlaczego nie chcemy skorzystać darmowych 30 dni bez wizy, które to od 2015 roku dotyczą również Polaków. Otóż z prostej przyczyny. Nie wiemy jak długo w Indonezji zostaniemy, ale raczej będzie to więcej niż miesiąc. Gdybyśmy skusili się na ten wariant po 30 dniach musielibyśmy opuścić kraj, bez możliwości przedłużenia wizy na miejscu. Inną opcją, która również nam nie odpowiadała była wiza VOA, czyli wiza turystyczna „on arrival”. Kosztuje ona 35$ i uprawnia do pozostania w kraju 30 dni, za dodatkowe 350.000 IDR można przedłużyć ją później o kolejne 30 dni. Trzeba jednak udać się do jakiegoś większego miasta z biurem imigracyjnym. Wiąże to się więc z czekaniem w jednym miejscu około 4 dni. My wybraliśmy opcję 60 dniową z możliwością przedłużenia. Można ją uzyskać wyłącznie w ambasadzie. Nasze wizy załatwialiśmy w 2016 roku, ale z tego co się orientujemy, to od połowy 2017 roku zaostrzyły się warunki otrzymywania wiz w Ambasadzie Indonezji w Singapurze, a turystycznej 60 dniowej wizy, nie można już tam uzyskać. Polecamy więc przed planowanym wyrabianiem wiz do Indonezji w Singapurze, dobrze sprawdzić aktualną sytuację, a ona często się zmienia.

Zadowoleni z uzyskania wiz, jeszcze tego samego dnia kupujemy bilety na prom do Indonezji. Decydujemy się zacząć od Sumatry. Czekają nas więc dwie przeprawy promowe. Pierwsza krótka, a kolejna nieco dłuższa i będziemy ponownie w drodze.
Do następnego!

[Maj 2016]
PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

 

Ania

Czerpie z życia pełnymi garściami, świat poznaje wielkimi krokami. Rowerem odkrywa światy nieznane, czasami mąż ma z nią „przechlapane”…

2 myśli na temat “Przystanek Singapur

  1. Już myślałem, że się nie doczekam kolejnego odcinka waszych przygód.
    Aniu ściskam gorąco, świetnie się czyta twoje opisy.
    A co do samego Singapuru, to zdjęcia wyglądają jak z jakiejś powieści sience-fiction. Fantastyczne miejsce.

    1. Dzięki Pornek. Cieszymy się, że zdjęcia się podobają. A na kolejny wpis musisz chwilę poczekać. Ale uwierz mi, Twoje komentarze motywują do pisania:D

Dodaj komentarz