Rowerem przez Siedem Sióstr Indii

Nie wiem czy wiecie, ale gdy ponownie przekroczyliśmy granicę z Indiami, to wkroczyliśmy na teren zwany Siedmioma Siostrami. Trafiliśmy do miejsca zapominanego przez świat jak i samych Hindusów. Gdy zerkniecie na mapę, to zauważycie, że północno-wschodnie Indie połączone są z resztą kraju tylko wąskim przesmykiem, który to niedawno sami przemierzyliśmy i to nim wkroczyliśmy do innej rzeczywistości, dzikiej i niepodporządkowanej. Dookoła tego obszaru granic swych bronią Buthan, Chiny, Birma i Bangladesz. Siedem stanów północno-wschodnich Indii to niezwykły zlepek ludzi, kultur, religii jak i przyrody. Miejsce, tak różnorodne, że zaskakuje na każdym kroku. Każdy stan jest inny i czymś się wyróżnia. Nam nie udało się tym razem odwiedzić wszystkich siedmiu stanów, więc mamy powód, aby tam jeszcze wrócić.

Siedem Sióstr w skład których wchodzą stany Arunachal Pradesh, Assam, Manipur, Meghalaya, Mizoram, Nagaland, Tripura znane są ze swoich złóż naturalnych takich jak ropa, gaz, jedwab, bambus czy herbata. Przez co uważane są powszechnie za tereny bogate. Niestety nie jest to do końca prawdą, co wyjaśniają nam mieszkańcy tych terenów. Większość tych surowców wywożona jest bowiem w inne rejony Indii i przetworzona tam, wraca już zdecydowanie droższa. Również rząd nie robi wiele, aby poprawić tę sytuację. Wręcz nie zgadza się na budowanie fabryk, które na miejscu mogłyby obrabiać lokalne surowce co przecież przyczyniłoby się do zmniejszenia bezrobocia na terenie Siedmiu Sióstr. Do naszych uszu dochodzą też głosy, że ludzie chcą zmian i być może nawet odłączenia od reszty Indii. Póki co są na to jednak marne szanse.

Pęknięta felga

Pochłonięci i zaciekawieni nową rzeczywistością, nawet nie zauważamy kiedy w Ani rowerze pęka tylna felga. Akurat jesteśmy w prowincji Assam. Dlatego też szybko obieramy kierunek na Guwahati, jedno  z większych miast w tym regionie, liczące prawie milion mieszkańców, mając przy tym nadzieję, że tam właśnie uda nam się rozwiązać nasz problem. W końcu miasto to liczy prawie milion mieszkańców, więc musimy tam coś znaleźć. Mając dostęp do Internetu doszukujemy się informacji o nowo otwartym sklepie sportowym Decathlon. Gdy docieramy na miejsce, okazuje się jednak, że poszukiwanej przez nas felgi sklep nie posiada w swoim asortymencie. Pracownicy sprawdzają też w innych magazynach swojej sieci w całych Indiach i niestety tam też nic nie znajdują. Z niewesołymi minami jedziemy więc do Ritu, naszego hosta z Warmshowers, mając jednocześnie cichą nadzieję, że może w Internecie coś jeszcze znajdziemy. Jak się jednak okazuje mamy niesamowite szczęście, bo Ezhil i Roheen, koledzy Ritu, pracują w firmie „Cycle Tours India” zajmującej się organizowaniem  wycieczek rowerowych po górach w północno-wschodnim rejonie Indii, szczególnie w stanie Arunachal Pradesh. Poruszają oni wszystkie swoje kontakty, a naszą upragnioną felgę znajdują aż w Bangalore, a więc miejscowości oddalonej o jakieś 3 tysiące kilometrów! Dzięki ich kontaktom i niesamowitej chęci pomocy, felga dociera do Guwahati w zaledwie 3 dni. Jesteśmy szczęśliwi, bo to oznacza, że nadal mamy czas, aby spokojnie dotrzeć do granicy z Birmą, gdzie nasze pozwolenie na przejazd tamtymi terenami jest ustalone co do dnia.

Celebryta – kosmita

Znowu możemy spokojnie rozkoszować się otaczającą nas przyrodą i cieszyć się kontaktem z lokalną ludnością. W wielu jednak miejscach, z szczególnie w stanie Assam, kontakt ten zaczyna nam nieco doskwierać. A dokładniej jego ilość i intensywność. Gdziekolwiek się nie zatrzymamy, momentalnie otaczani zostajemy przez całą masę osób. Zwykle są to sami mężczyźni. Ustawiają się dookoła nas, bacznie się przyglądają, uśmiechu na twarzach mają mało, rozmowni też za bardzo nie są. Za to bardzo zwinie, dosłownie wszyscy jednocześnie, wyciągają w naszym kierunku swoje telefony i nie pytając o zgodę, robią zdjęcia. Ci młodsi i bardziej internetowi, wchodzą na wyższy poziom i z oddalenia cykają nawet selfie wrzucając je od razu na „fejsa”. Jedzenie w lokalnych restauracjach przyciąga jeszcze więcej par oczu. Każdy nasz kęs jest bacznie obserwowany. Mistrzostwem jednak wykazał się pewien kierowca ciężarówki jadącej w przeciwnym kierunku do naszego. W momencie gdy byliśmy oddaleni od niego o jakieś 15 metrów, ten z piskiem opon zatrzymał pojazd, krzycząc jednocześnie „Stop! Stop!”. W panice, mając przed oczami jakieś problemy, schodzimy z rowerów i pytamy co się stało. Na to Hindus z rozbrajającą szczerością i uśmiechem na twarzy odpowiada „Selfie please!” (czyt. Poproszę  zdjęcie z wami!). Sytuacji takich jak te mieliśmy jeszcze wiele. Jak choćby ta, gdy w pewnym małym miasteczku lokalny nauczyciel angielskiego wytłumaczył nam, że nie mamy się denerwować tymi wszystkimi spojrzeniami i otaczającym nas tłumem. Wszyscy tu są bowiem po prostu bardzo nas ciekawi, bo od wielu lat żaden Biały się tu nie pojawiał, a już na pewno nie zatrzymywał, aby coś zjeść, czy odpocząć.

Blokady i kontrole

Spora część terenów północno-wschodnich Indii, jest zalesiona. To właśnie tam natykamy się na dużą ilość kontroli. Problemem jest tu bowiem nielegalny wywóz drewna. Niestety patrząc na stan drzewostanu, jakoś ciężko nam uwierzyć w ścisłą kontrolę. Lasy są przeważnie bardzo młode i rzadkie. Stare, grube drzewo wywożone jest ogromnymi tirami. Wiele takich załadowanych po brzegi kolosów mija nas na trasie. Czy tak ma wyglądać ochrona? Polemizowalibyśmy. Na kolejne kontrole i blokady natykamy się również przy przekraczaniu granic pomiędzy stanami. Te z kolei pełnią rolę podatkową i regulacyjną. Jadąc w kierunku celników, mijamy ogromne kolejki zaparkowanych na poboczach, kolorowych, hinduskich ciężarówek. Oczywiście w naszym przypadku kontrola przebiega sprawniej niż u nich. Pracownicy celni wymagają od nas tylko ksera paszportów. Na jednej z takich kontroli niestety nie mamy tego papierka.  W związku z czym celnicy proszą, abyśmy poczekali i sami z naszymi paszportami w kieszeni jadą do pobliskiego miasta zrobić kopię. Dlatego wszystkim chcącym udać się w te rejony polecamy posiadać kilka kopii paszportów w zapasie, aby zaoszczędzić nieco czasu. Nieciekawie robi się, kiedy nagle taka cała masa zaparkowanych wcześniej, hinduskich ciężarówek dostaje pozwolenie na przejazd. Pal licho, gdyby to była jedna, dwie, co jakiś czas. Jednak nie wiedzieć czemu, puszczane są one wszystkie na raz! I w taki oto sposób mijani jesteśmy przez setki takich aut. Raz zabawiliśmy się w liczenie i wyszło nam z jakiejś 200 hałaśliwych kolosów w przeciągu 40 minut.

Perypetie noclegowe

Szukając bezpiecznego miejsca na nocleg, przyjmujemy dokładnie tą samą taktykę co w Uttar Pradesh. Mając gdzieś z tyłu głowy ciągłe ostrzeżenia związane z rozbijaniem namiotu na dziko, wieczorami wytężamy wzrok w poszukiwaniu tartaków, cegielni, firm, a niekiedy też prywatnych podwórek. Czasami się nam udaje, czasami nie. Choć ogólnie nastawienie ludzi do nas jest pozytywne. Nie spotykamy się z jakąś niechęcią, czy kategoryczną odmową. W wielu przypadkach po prostu osoby, które pytamy o pozwolenie są szarą eminencją, niemającą w danym miejscu znaczącego głosu. Kilka razy próbujemy także pytać o pozwolenie rozstawienia namiotu wojsko i policję, które to posiadają sporą ilość ładnie przystrzyżonych, równiutkich trawników, wprost idealnych pod nasz namiot. Niestety ani w jednym ani w drugim przypadku nie otrzymujemy zgody.  Jednego wieczora, kiedy spotykamy się z koleją już odmową, pytając w różnych miejscach, również na policji, zmuszeni jesteśmy poszukać hostelu. O jakości i higienie tego przydrożnego hosteliku nie będziemy dużo pisać. Śpiąc tam marzymy tylko, aby jak najszybciej znaleźć się w naszym namiocie. Jadąc przez Nagaland, czyli jeden ze stanów Siedmiu Sióstr, zauważamy, że pojawia się coraz więcej kościołów, a znikają natomiast hinduistyczne kapliczki. Są tu kościoły protestanckie, baptystyczne i katolickie. Sami jesteśmy zdziwieni ich ilością. W jednej maleńkiej wioseczce, potrafią być nawet cztery kościoły! I to nie byle jakie. Murowane, ładnie przyozdobione, tak jakoś nie pasujące kompletnie do starych, drewnianych, często rozwalających się chałupek lokalnej ludności. Zdziwienie nie raz mieni się na naszych twarzach. Czemu ich tak wiele? Po co tak bogato? Odpowiedzi do dziś nie uzyskaliśmy, za to utwierdziliśmy się w przekonaniu, że zdziwieni nie jesteśmy tylko my. Po drodze mijamy kilku innych rowerzystów i ich zdania są podobne.

Pewnego wieczora postanawiamy, że na nocleg nie będziemy pchać się do jednego z większych miast w tej okolicy, czyli Kohimy, a poszukamy czegoś wcześniej. Pytamy więc o miejsce pod namiot na terenie katolickiego seminarium. Niestety spotykamy się z odmową. Według ojca przełożonego młodzi adepci mogliby nam przeszkadzać w nocy. Cóż nie pozostaje nam nic innego jak szukać dalej. Udaje nam się na szczęście w miarę szybko znaleźć miejsce 500 metrów dalej, w miejscu gdzie właśnie budowany jest sporej wielkości obiekt. Nasz namiot rozstawiamy na pierwszej kondygnacji, podczas, gdy lokalni murarze śpią w tym czasie na parterze w prowizorycznym szałasie. Widok z namiotu mamy zacny, bo budynek powstaje na zboczu góry królującej nad rozległą doliną.

Idą zmiany

Trzeba przyznać, że im bardziej na wschód tym temperatury rosną. Ciepłe ciuchy już dawno poszły na dno sakw. W południe jest już tak gorąco, że robimy sobie przerwę i uciekamy w cień. Im bliżej granicy z Birmą, tym więcej dla nas zmian. Ludzie mają już inne twarze. Zmieniają się nie tylko rysy, ale też kolor skóry, sposób bycia i ubranie. Poza tym zmienia się też podejście do nas. Nie jesteśmy już celebrytami-kosmitami. Lokalne dzieciaki coraz częściej proszą o cukierki czy pieniądze. Oj, chyba tu jest więcej turystów niż myśleliśmy. Faktycznie. Im bliżej granicy, tym więcej obcokrajowców, ale też i rowerzystów. Jorja i Dan to sympatyczna para, która z Japonii jedzie rowerami w kierunku Indii. Ich przygody spisują na blogu www.jambi-jambi.com, więc zainteresowanych zapraszamy do lektury. Natomiast po opuszczeniu Kohimy udaje nam się w końcu spotkać z Sussanne i Martin, z którymi to od jakiegoś czasu jesteśmy w kontakcie. W drodze są oni już od dwóch lat i w ciekawy, pełen przydatnych informacji sposób spisują opowieści z trasy na blogu www.twistingspokes.com. Ku naszemu zdziwieniu nie jadą oni sami. Towarzystwa dotrzymuje im Andrew, rowerzysta z Australii, którego celem jest objechanie świata na rowerze. Więcej o jego projekcie znajdziecie na www.thebikeabout.org. Lubimy spotykać osoby równie pozytywnie zakręconych na punkcie rowerowego życia w drodze. Ich opowieści, wskazówki i wielka energia, zawsze dają kopa i motywację do dalszej jazdy. Czas na rozmowie leci niesamowicie szybko. A każde z nas przecież musi jechać dalej. Żegnamy się więc, życząc powodzenia i licząc na kolejne spotkanie.

Kolejna awaria i droga z Imphal do Moreh

W końcu docieramy do Imphal, a tam orientujemy się, że pękł tylny bagażnik, tym razem w moim rowerze. Szukamy więc mechaników, którzy posiadają palnik gazowy, tak aby polutować mój aluminiowy bagażnik. W końcu po dwóch godzinach udaje nam się znaleźć odpowiednie miejsce. Panowie szybko uwijają się z problemem, a za pracę nie chcą nawet wziąć żadnego wynagrodzenia, życząc jednocześnie powodzenia w dalszej drodze.  W Imphal śpimy w Chamalou Eco Guesthouse. Jest to dopiero co powstający hostel prowadzony przez Milana, lokalnego działacza społecznego. Znajdujemy go na Couchsurfing, a każdy mijany po drodze turysta, w tym też nasi znajomi rowerzyści właśnie stamtąd wracają. W miejscu tym nie ma jeszcze wielu udogodnień, choćby takich jak prąd, czy Internet, za to panuje świetna atmosfera. Za nocleg Milan nie pobiera opłat. Można jednak dorzucić jakąś cegiełkę i pomóc w budowie tego miejsca.

W Imphal robimy większe zakupy, bo w drodze do granicy nie ma za wiele sklepów, a te które są, dysponują niewielkim asortymentem i o 30% większymi cenami. Drogę do Moreh, czyli przygranicznego miasteczka, dzielimy na dwa dni. Niby dałoby się te 110 km zrobić w jeden dzień, ale wiemy od innych rowerzystów, że są tam spore przewyższenia. Nie ma więc co się spieszyć. Powoli, własnym tempem w końcu się tam doczołgamy. Po drodze rozbijamy nasz  namiot na dziko, co nie często zdarza nam się tutaj w Indiach. Przy granicy z Birmą jednak jest na tyle mało ciekawskich osób, że spokojnie można się pokusić na taki nocleg. Rankiem czeka na nas jednak skok adrenaliny. Jadąc w dół z dość sporej górki, pogonieni zostajemy przez dzikie pszczoły. Wyleciały dosłownie z znikąd, goniąc na początku Anię. Widząc jednak jej panikę, przepuszczam ją do przodu i każę jechać jak najszybciej w kierunku miasta. Wtedy właśnie wszystkie małe bestie całą swoją energię skupiają na mnie i gonią jeszcze przez dobry kilometr. Na szczęście wszystko kończy się tylko na kilku ukąszeniach, na które nie mam uczulenia. Lokalny patrol wojska widząc całą sytuację ostrzega nas, że często się takie roje tu pojawiają i mamy na nie uważać, bo niejednemu już dały popalić. Do Moreh docieramy w południe, a dopiero kolejnego dnia wypada nam termin przekraczania granicy. Zdążyliśmy więc, a nawet mamy zapas czasowy. Co nas jutro czeka w nowym kraju? Czy uda się przekroczyć granicę z Birmą, która to przecież przez dłuższy czas zamknięta była dla turystów? Czy pojawią się jakieś komplikacje? O tym dowiecie się z kolejnych wpisów.

[Marzec 2016]

PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

Szymon

Rower, góry i lampiony – to jego świat u boku żony!

6 myśli na temat “Rowerem przez Siedem Sióstr Indii

  1. Wasze opowieści są zachwycające i czyta się je jednym tchem. Z kolei zdjęcia są tak piękne, że nie powstydziłby się ich profesjonalny fotograf… ale co tu dużo pisać przecież Wy się do takich zaliczacie.
    Dziękuję Wam bardzo za to, że dzięki Wam ja i inni czytelnicy bloga możemy odkrywać tak odmienny lecz niezwykły świat 🙂
    Ściskam Was mocno :*

  2. Ja także pragnę podziękować za piękną wycieczkę po egzotycznych miejscach. A zdjęcia przecudownie przyblizają ten świat.
    Zasyłam serdeczności z chłodnego kraju, w którym ołowiane chmury przyprawiają o smutek i budzą tęsknotę za podróżami po słońce.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.