Sabajdi Laosie!

Siedzę właśnie na asfaltowym poboczu. Po drugiej stronie laotańskie kobiety sprzedają warzywa i owoce zatrzymującym się wypasionymi furami Chińczykom. Do granicy z Chinami już tylko 40 kilometrów asfaltową drogą. Ale to wszystko jest jakieś inne, cieszy mniej, nie ekscytuje tak bardzo. Jestem zmęczona, cała brudna od kurzu, który z łatwością przylepia się do zlanego potem ciała, ale mimo to czuję się szczęśliwa. Właśnie zrobiłam coś, co jeszcze nie tak dawno wydawało mi się nierealne. Wiem, że dla niektórych to nic wielkiego, ale dla mnie znaczy sporo.

Jestem najnormalniej w świecie dumna, że udało mi się przejechać te północne góry Laosu, te przed którymi ostrzegali i jednocześnie polecali wszyscy napotkani wcześniej rowerzyści. A najbardziej cieszy mnie o dziwo ten 80 kilometrowy odcinek szutrowej drogi z którego właśnie zjechałam. Ten, który ukazał mi prawdziwy Laos, taki surowy, majestatyczny i niesamowicie ciekawy. Ten, który co chwilę starał mi się skopać tyłek, ale jednocześnie z każdym kilometrem odsłaniał coraz to ciekawsze rzeczy. Można powiedzieć, powoli się ze sobą zaprzyjaźnialiśmy. Choć muszę przyznać miał on fochy dość konkretne. Raz po raz rzucał mi pod koła, a to sypki piach, innym zaś razem wyboiste kamienie. A gdy miał mnie już dosyć po prostu urywał się, każąc mi przenosić mój jednoślad przez rzekę. Ale nie jestem za to na niego zła. No dobra na początku byłam. Ale z każdym swoim kawałkiem obdarowywał mnie nowymi niespodziankami. Ja po prostu byłam ciekawa kolejnego kilometra. Dżungla wciśnięta w surowy, górski teren. Małe wioski. Zero turystów. Ale nie to mnie najbardziej urzekło. Zafascynowali mnie napotkani ludzie i kolejne mijane przez nas wioski o których to zapomniał świat. Tak różne od naszego europejskiego stylu życia.

Staruszki zgięte pół, powoli bosymi stopami wędrujące od wioski do wioski. Na czole mają zaczepioną ciężką torbę, która opada na uginające się od starości plecy. Gdy nas widzą przystają, mówią coś w swoim języku, lekko się uśmiechając i idą dalej. Mężczyzn w ciągu dnia nie spotykamy za dużo. Jedni pracują gdzieś w polu, lub zajmują się zwierzętami. Inni spieszą się gdzieś na swoich wysłużonych motorkach pozdrawiając, machając, lub po prostu ze zdziwioną miną przejeżdżając obok nas. W każdej wsi za to jest bardzo dużo dzieciaków. To ich wesoły głosik „Sabajdi” oznajmia nam zwykle, że właśnie wjechaliśmy do jednej z nich. Gdy tylko się pojawiamy uważnie nas obserwują, po czym nieśmiało podchodzą. Początkowo są nieufne, ale już po chwili uśmiechy pojawiają się na ich twarzach i są gotowe do wygłupów. Do zabawy nie potrzebują dużo, często zwykła opona wystarczy. Brudne, w podartych ubrankach, ale jakie wesołe! Prócz dzieci zostają we wsi też kobiety. Młode matki z niemowlakiem przy piersi, zawiniętym w chustę. Starsze wyszywające coś mozolnie lub przygotowujące posiłek. W odróżnieniu do Kambodżanek nie chcą być fotografowane. Ich ciemne, kruczoczarne włosy zdobi często różowo-czarna chusta z metalowymi wisiorkami i duże metalowe spinki. Zęby mają zabarwione na czarno, jako dowód dorosłości i gotowość wyjścia za mąż. Na rękach metalowe ozdoby. Reszta ubioru już typowo zachodnia. Tak samo jak my jesteśmy ciekawi ich, tak one nas. Podchodzą mówiąc coś czego nie rozumiem, dotykają skóry na moich rękach, potem patrzą znowu na twarz. Uśmiecham się, one również. To wystarczy. Uśmiech jest najlepszym biletem do ludzkich serc. Z każdym nowym krajem odkrywam jego moc. Nawet groźnie wyglądający pan, obdarowany niespodziewanym uśmiechem, pokazuje swoje zęby, machając jednocześnie.

Chyba jestem już stara. Tak, to wywnioskowałam w jednej z Laotańskich wiosek po rozmowie z przemiłą panią karmiącą niemowlaka. Kobieta jasno dała mi do zrozumienia wskazując a to na mnie, a to na Szymona, potem na jej dziecko, że nam się wziąć do roboty i zamiast jeździć tym rowerem postarać się również o takiego malucha. Zapobiegawczo nawet proponowała mi panów ze swojej wioski. Gdy na piasku napisaliśmy ile mamy lat, kobieta zaśmiała się pokazując dwa palce i następnie wskazując jej szkraba. Wygląda na to, że jestem już mocno spóźniona. Gdybym żyła tam z nimi mogłabym już mieć dwójkę takich dzieciaczków. A tymczasem ja jeżdżę i włóczę się po świecie.

Środek dnia, żar leje się z nieba, my schowani gdzieś w cieniu, obserwujemy co dzieje się dookoła nas. To co mnie bardzo zaciekawia, to mały plastikowy koszyk. Noszą go zarówno dorośli, jak i dzieci. Każdy taki osobnik z koszykiem, ubrany jest jakoś niekompletnie i ewidentnie gdzieś zmierza. Po jakimś czasie odkrywam, że w koszyku tym jest zestaw kąpielowy, a ludzie idą do najbliższego ujęcia wody umyć się i wyprać rzeczy, tak aby upalne słońce szybko wszystko osuszyło. Ciekawy jest też sposób mycia. Nie ważne, że przy drodze, w środku wioski, czy przy domu. Ważne, że jest rura z której leci woda. Czasami nawet całe rodziny kąpią się wspólnie. Mężczyźni w slipkach, a kobiety w chustach zakrywając intymne miejsca. Co odważniejsze, odsłaniają swoje piersi nie krępując się nawet na widok takich białych ludków na rowerach, jak my. Zastanawiam się tylko, czy przypadkiem mój kochany mąż już wcześniej wiedział o tych zwyczajach i specjalnie ciągnie mnie po tych szutrowych drogach. Po kąpieli przychodzi czas na pranie. Mokre rzeczy rozwieszane są na płotach, czy innych miejscach przy drodze. Wystarczy jednak, że przejedzie jakiś pojazd tą piaszczystą drogą, już wszystko jest ponownie okurzone. Nie rozumiem, dlaczego nie można tego rozwiesić z dala od drogi?

Dwa dni jemy tylko to, co kupiliśmy wcześniej jako żelazny zapas. Nie ma pani w przydrożnym kramiku z pieczonym mięsem, czy też chatki z charakterystycznymi plastikowymi pojemnikami na pałeczki i koszykiem z przyprawami, co zawsze zwiastowało ciepłą zupkę. Z jedzeniem na takich wioskach jest po prostu krucho. Już mamy zjeżdżać z kolejnego podjazdu i szukać miejsca, aby rozbić nasz namiot, gdy nagle słyszymy znajomą melodyjkę. Rozglądamy się. Pewnie dochodzi z pobliskiej wioski – myślimy sobie. Ale dźwięk się nasila. Nagle zauważamy pana na motorku zmierzającego w naszą stronę. Wiedząc już z Kambodży, co taka melodyjka może oznaczać, zatrzymujemy osobnika. Niemożliwe! Ku naszej radości, nasze przeczucia się sprawdzają, a przed nami stoi pan z przenośną budką z lodami, z którą to objeżdża okoliczne wioski. Możecie wyobrazić sobie moją radość, gdy po całym upalnym dniu zjadłam najprawdziwsze lody na patyku!

Siedząc tak dalej na tym asfaltowym poboczu, patrząc znowu na zajęte swoimi sprawami laotańskie kobiety i mając w pamięci to co już przeżyliśmy, cieszę się, że zrobiliśmy ten ryzykowny krok i wyruszyliśmy w świat. Może będzie nam ciężko po powrocie wrócić do normalnego życia, ale mając nowe doświadczenia, choćby te azjatyckich wsi, łatwiej będzie nam akceptować wiele spraw. A co najważniejsze będziemy mieć siebie i może biedniejsi finansowo, ale bogatsi w doświadczenia usiądziemy i wspólnie będziemy śmiać się z naszych przygód.

 


 

PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

 

Ania

Czerpie z życia pełnymi garściami, świat poznaje wielkimi krokami. Rowerem odkrywa światy nieznane, czasami mąż ma z nią „przechlapane”…

10 myśli na temat “Sabajdi Laosie!

  1. Wytrwałości w pedałowaniu! Podejrzewam, że te lody były najpyszniejsze na świecie w tym momencie 😉 A co do dzieci to pewnie mielibyście ich tam już z 5 😛 ale musielibyście się szybciej poznać 🙂 Po powrocie z wyprawy musicie koniecznie nadrobić zaległości 😉 Uściski z Gdyni

  2. Ania masz talent do pisania!!!! Jak kiedys zdecydujesz sie na napisanie ksiazki z waszej podrozy to jestem pierwsza w kolejce by ja kupic. Jak sie czyta Twoje opisy to obrazy same pojawiaja sie przed oczami a wraz z nimi zapachy i smaki. . Jaki macie plan??? Jedziecie do Chin??? Zycze powodzenia w dalszej podrozy.

    1. Dziękuje bardzo:) Cieszę się, że tak piszesz. Jest to pozytywnie motywuje, aby po całym dniu pedałowania usiąść jeszcze coś napisać.
      Tak, planujemy wjechać do Chin. Już nawet mamy wyrobione wizy, co prawda tylko 30-dniowe, ale innych się w Wietnamie nie udało otrzymać. Jako, że kraj ten jest tak ogromny, pewnie przyjdzie nam je przedłużyć. Strasznie cieszę się na te Chiny, ale też obawiam jak ja dam radę na tych wszystkich podjazdach, które przecież są jeszcze większe od tych w Laosie. Także trzymaj za mnie kciuki:) Pozdrawiam serdecznie!

  3. Szymon podejrzewam ze to ty robisz zdjecia suuuper, sa przepiekne!!!! pozdrowienia od Doroty z Dlugiej 59:))) i calej rodzinki trzymamy za was kciuki i sledzimy na necie wasza niesamowita przygode.

  4. Aniu, przefajny, naturalny tekst. Kumam już, dlaczego mi nie wpadł w newsach z Waszej strony – jak tam byliście o nim pisaliście, dopiero się pakowałem w drogę. Zazdroszczę, że zdołaliście zobaczyć te słynne laotańskie szutry na swojej trasie, ja już nie miałem tego szczęścia, wszystko wyasfaltowane, a na wycieczki w ślepe doliny po zakurzonych ścieżkach nie miałem siły. Dobrze, że nie zostaliście złamani głodową dietą, a pewnie potem, za chińską granicą, i tak to nadrobiliście. A po przeczytaniu tego wpisu patrzę teraz na Laos trochę łaskawszym okiem, niż zaraz po wyjeździe z niego. Bo faktycznie, ludzie byli tam dobrzy. Ale nie spodziewałem się, że w stylu Azji Centralnej będą Wam wytykać bezdzietność, jak w Kirgistanie to była norma, tak w Laosie nikt się u mnie tego nie czepiał :).

    1. Dziękuję Hubert. My za to Tobie zazdrościmy innych pięknych terenów, które zwiedzałeś. To wytykanie bezdzietności namolne nie było. Zaledwie jedna czy dwie rodziny. W porównaniu do Kirgistanu to jest dosłownie nic 😀

Dodaj komentarz