Sanepid, foch i obietnica

Jesteście wypoczęci? Macie świeży umysł? Chcecie wybrać się na małą wycieczkę? Jeżeli na wszystkie te pytania daliście twierdzącą odpowiedź, to czytajcie ten wpis dalej, bo zabieram Was dziś do dżungli! Musimy jednak współpracować. Spokojnie dacie radę, pomogę Wam we wszystkim. Jedyne co musicie zrobić, to wytężyć wyobraźnię i nie przerywać w nawet najbardziej niewiarygodnych, czy obrzydliwych momentach. To co gotowi? Startujemy!

Jesteśmy w Banlung – miasteczku oddalonym od granicy z Wietnamem o jakieś 70 kilometrów. Załatwiamy sobie przewodnika, wyszukując jedną z lepszych ofert. Płacimy za nią jak na nasze portfele sporo pieniędzy, więc wszystko powinno być porządnie zorganizowane. Myślimy sobie nawet z lekkim żalem, że będzie to pewnie po części ustawione pod zagranicznych turystów. Jednak mimo to decydujemy się. Stawiamy się rano w umówionym miejscu. Pojawiamy się chyba za wcześnie, bo przewodnika jeszcze nie ma. Przynajmniej tak nam się wydaje. Stoi tam tylko młody chłopak w czarnych, lakierowanych półbutach, spodniach z lekkim kantem i bluzie w kratę. Jest nieśmiały, ale twarz ma bardzo pogodną, a na głowie młodzieżową fryzurę z długą grzywką. Patrzymy przez chwilę na siebie, po czym on lekko zdenerwowany rozpoczyna rozmowę. Dowiadujemy się, że to jego pierwszy dzień w nowej pracy. Dziewiętnastoletni Sakhal, bo o nim mowa, będzie naszym przewodnikiem po dżungli! „Zapowiada się ciekawie” – myślimy sobie, ale z drugiej strony doskonale wiemy jakim stresem jest pierwszy dzień w nowej pracy. Po chwili podjeżdża do nas motorkiem inny młody chłopak ubrany w dżinsy i koszulę w kratę. Na nogach ma czarne trampki z żółtymi sznurówkami. Podobnie jak Sakhal jest bardzo pogodny. Jednak jego twarz jest pełna młodzieńczej pewności siebie. Poznajcie dziewiętnastoletniego Sakę, naszego drugiego przewodnika po dżungli.

Mamy do pokonania około 80 kilometrów z czego pierwsze 20 to asfalt, reszta to droga szutrowa, która po kolejnych 40 kilometrach zamienia się w piaszczystą dróżkę. Zanim jednak na nią wjedziemy, musimy łódką przepłynąć na drugi brzeg rzeki. Uwaga, uwaga! Jedziemy motorkami. Ja z Saką (bo bardziej doświadczony, a ja motorem jeszcze nie jeździłam), a Szymon z Sakhalem. Teraz jeszcze bardziej się skupcie i wyobraźcie sobie ten mały motorek (coś jak nasze skuterki – jako, że się nie znam nie wytłumaczę Wam tego lepiej), na którym siedzi chłopak w odświętnym stroju. Między nim a kierownicą umieszczony jest duży wór pełen rzeczy potrzebnych nam w dżungli. Za nim natomiast siedzi prawie o połowę większy, a na pewno już cięższy od niego Szymon z wypchanym do granic możliwości plecakiem. I jak widzicie to? To teraz dorzućcie do tego pomarańczowo-brązowy pył podczas jazdy i wygląd Szymona totalnie zakurzonego od klatki piersiowej w górę, bo tam już nie był zakryty przez młodego kierowcę.

Docieramy do rzeki. Jako, że poziom jest niski, więc łódka do brzegu nie podpłynie. Zsiadamy z motorków, a nasi przewodnicy jak gdyby nigdy nic wjeżdżają do wody i wrzucają swoje jednoślady na łódkę. Nam nie pozostaje nic innego jak zamoczyć nogi i dołączyć do nich. Ponoć za rzeką pozostanie nam już tylko 60 minut jazdy, za to będzie to ten piaszczysty i najcięższy odcinek. Ja już nie czuję rąk od ściskania siedzenia, aby tylko nie spaść przy pierwszej lepszej wyrwie, czy też przy kolejnym wymijanym przez nas pojeździe. Bolą mnie plecy od ciężkiego plecaka i jestem cała brudna. A on mówi, że to jeszcze 60 minut! I, że ciężej! Mam tylko nadzieję, że czas u nich podawany jest z dużym zapasem. Niestety, mylę się. Nie pamiętam kiedy ostatnio się tyle razy modliłam o przeżycie. Każde 10 metrów drogi, to ciągłe zakopywanie i odpychanie nogami, próba złapania równowagi i walka z wybojami. Ciągła zmiana biegów, przeraźliwy ryk silnika i do tego to palące słońce. Co jakiś czas zsiadamy z motorków, by chłopacy mogli wydostać się z pułapki. Szymon ma zdecydowanie gorzej, bo Sakhal, mimo tego, że wiezie przecież większy ciężar, jest też mało doświadczony. Zaliczają nawet jedną wywrotkę. Tak się chwilami zastanawiam, czy nie byłoby szybciej, a na pewno bezpieczniej, gdybyśmy ten odcinek pokonali o własnych nogach?

Wymęczeni, spoceni i cali brudni docieramy w końcu do granicy Parku Narodowego. Odświętny strój Sakhala już nim raczej nie jest, a żółte sznurówki Saki mają teraz kolor pomarańczowy, jak zresztą całe jego ubranie. Ale jedyne co się nie zmienia, to ich uśmiechy, które mimo tej całej sytuacji są nadal szczere i pogodne! Jak oni to robią?

Za to mój uśmiech znika bardzo szybko, gdy okazuje się, że przed nami jeszcze godzina marszu drogą, która jest po drugiej stronie rzeczki. Żeby było ciekawiej, niestety tu nie znajdę mostu, ani żadnej łodzi, a innej opcji jak pokonać ją wpław po prostu nie ma. W tym momencie wkurzam się strasznie, po części ze zmęczenia, po części z braku jakiejkolwiek alternatywy. Bo przecież płacimy za to, miało być turystycznie, wręcz komercyjnie, a co jest? Szymon widząc moje zdenerwowani i pamiętając, że zgodziłam się na ten wypad tylko pod warunkiem, że nie będę wchodziła do żadnej rzeki, przerzuca mnie przez ramię i po prostu przenosi przez rzekę. Przyznajcie, jak tu go nie kochać?

Kolejna godzinka marszu mija spokojnie i całkiem łagodnie, bo idziemy dróżką utworzoną przez ciężarówki nielegalnie wywożące drewno z dżungli. Jedną nawet mijamy po drodze. Zapytany o to Sakhal, odpowiada, że niestety rząd przymyka na to oko i taka wywózka jest tu powszechna na większą skalę.

Już prawie jesteśmy. Odbijamy w jakąś ścieżynkę, której pewnie normalnie bym nie zauważyła i po 10 minutach naszym oczom ukazuje się polanka porośnięta niewielkiej wielkości bananowcami, pośrodku których stoi jedna, drewniana chatka pokryta strzechą. Nasze przybycie już zostało odnotowane przez żywo szczekające na nas psy. Podchodzimy bliżej i widzimy starszą panią przebierającą ryż, dookoła której żywo biegają kury i chyba z osiem małych szczeniaczków. „Pokazówka dla turystów” – myślę sobie. Jednak z czasem nie jestem już tego taka pewna. Starsza kobieta zajęta swoją pracą, zdaje się nie przejmować za bardzo naszą obecnością, czasami odwzajemniając tylko uśmiech. Dowiadujemy się od Saki, że kiedyś było tu więcej domków, ale ludzie przenieśli się w nowe, lepsze miejsce, wyżej w góry. Natomiast ona została tu na starym miejscu. To też właśnie w tamto miejsce musi pojechać Saka, aby sprowadzić osobę, która ma nas zabrać do tej prawdziwej dżungli. Mamy więc trochę czasu na odpoczynek, co mnie oczywiście bardzo cieszy.

Po około 30 minutach wraca Saka z mężczyzną niewielkiego wzrostu. Mało się uśmiecha i ma tajemniczy wyraz twarzy. Oczywiście nie mówi po angielsku, więc jedyny sposób komunikacji z nim to język migowy. Dodatkowo zachowuje on pewien dystans do nas. Nawet nie poznajemy jego imienia. Zatem niech będzie Rangerem, bo tak określił go Saka. Zarówno on jak i starsza kobieta należą do ludów żyjących w dżungli. Posiadają oni odrębny język i obyczaje. Mają też coś tajemniczego w sobie i w odróżnieniu do Khmerów uśmiechają się znacznie mniej. Po części ich rozumiem. Pewnie zachowywałabym się podobnie, gdyby ktoś przychodził oglądać moje codzienne życie. Jednocześnie im też bardzo współczuję, bo nie ukrywajmy mają ciężko. Gdyby nie pieniądze, wątpię czy zgodziliby się na wpuszczenie obcych na swoją ziemię. Żyją w małych chatkach bez bieżącej wody i prądu. Zasięgu komórkowego też tam nie ma, zatem w przypadku nagłego wypadku zdani są tylko na siebie.

Zostawiamy nasze plecaki i ruszamy do dżungli poszukać gibonów i „wielkich ptaków”. Pierwszy idzie Ranger. W ręku trzyma maczetę i co chwilę odpala kolejnego papierosa. Za nim Saka i Sakhal. My zamykamy szereg. Przedzieramy się przez chaszcze, co chwile zahaczając o jakieś kolce. Chodzimy tak z dobrą godzinę, a zwierząt jak nie było tak nie ma. „Nie przejmujcie się jutro ich jeszcze poszukamy. Jak będziecie mieć szczęście, to je znajdziemy” – mówi z rozbrajającą szczerością Saka.

Na nocleg wracamy do starszej pani. Tam rozwieszamy hamaki. Jedyne o czym teraz marzę to umyć się i pójść spać. No dobra, ale gdzie jest łazienka? Przyzwyczajona jestem, że luksusów, to nie mam co się spodziewać, ale choćby kubeł z zimną wodą. Pytam Sakę, który szybko odpowiada, że zaraz mnie zaprowadzi. „Uff”- myślę sobie, przynajmniej zmyję ten cały kurz z siebie. Jednak coś mi zaczyna się nie podobać w momencie, gdy prowadzi mnie ponownie w kierunku dżungli. Idziemy dobre pięć minut, a on ciągle rozgląda się, szukając czegoś na ziemi. „Jeszcze tydzień temu tu była” – mówi. „Ale co toaletę przenieśli?” – myślę sobie, coraz bardziej poddenerwowana. „Jest! O tam w dole, jeszcze nie wyschła. W tej rzeczce możecie się umyć” – odparł Saka. W tym momencie możecie wyobrazić sobie moją minę, gdy zdałam sobie sprawę, że będę się myła w kałuży, która nie zdążyła jeszcze wyschnąć w porze suchej.

Wracam jako tako umyta i widzę, że Saka, Sakhal i Ranger żywo krzątają się przy palenisku tuż przy chatce starszej pani, przygotowując kolację. W sumie to nie tylko oni. Razem z nimi dwa dorosłe psy, osiem szczeniaków, kury i tysiące karaluchów! Tak karaluchów! Są dosłownie wszędzie! Każdy centymetr chatki, ławki na których mamy siedzieć, torby z jedzeniem pokryte są masą czarnych bestii. Widać przeszkadza to tylko mi, bo chłopacy zajęci przygotowywaniem kolacji zdają się ich nie zauważać. Na palenisku już coś bulgoce. To kawałki pokrojonego mięsa z warzywami. Widać, że głodni nie jesteśmy tylko my. Gdy tylko ktoś odkłada, deskę do krojenia, czy też nóż – przepraszam, maczetę, którą wcześniej Ranger obcinał liany w dżungli – natychmiast uruchamia się automatyczna zmywarka w postaci małych psich języczków. W tym momencie mój żołądek stwierdza, że już głodny nie jest. Sanepid w tym miejscu miałby pełne ręce roboty!

Po piętnastu minutach na stół wjeżdża duża porcja ryżu oraz kociołek z mięsem i warzywami. Do stołu zasiada oczywiście całe wesołe towarzystwo, my, chłopaki, Ranger, psy, kury i tysiące karaluchów (starsza pani najwidoczniej unika tego typu spotkań, bo zamknęła się w swojej chałupce i poszła spać). Ale mimo to panuje tu hierarchia. Pierwszeństwo mamy ja i Szymon. Potem chłopaki i Ranger. Gdy ktoś odkłada talerz w kolejkę wchodzą psy na przemian z kurami. W całej tej zabawie najbardziej nie fair zachowują się te małe czarne bestie, które w nosie mają zasadę pierwszeństwa większego. Szymon standardowo zjada swoją porcję, po czym dojada też moją. Jednak to już mnie nie dziwi, bo znam możliwości mojego męża, ale oczy wychodzą mi prawie z orbit, gdy patrzę na ilość pochłanianego ryżu przez tych dwóch młodych dziewiętnastolatków. Gdzie oni go mieszczą?! Odmawiając kolejnego punktu naszego programu, czyli spaceru do sąsiedniej wioski, aby napić się ichniejszego wina ryżowego, wymęczeni kładziemy się spać.

Rankiem czeka na nas kolejna niespodzianka. Ranger zaspał. Jak podejrzewa Saka, skorzystał on z wieczornego spaceru na winko ryżowe. Zatem z oglądania gibonów o wschodzie słońca nici. Gdy się w końcu pojawia idziemy do dżungli poszukać małp i ponownie „wielkich ptaków”. Ścieżynka, którą tym razem idziemy jest węższa, a las gęstszy. Szymonowi się chyba podoba. Chodzimy dobre dwie godziny właściwie nie widząc żadnych zwierząt poza dwoma towarzyszącymi nam psami.

„Szybko, tam , są!” – krzyczy Saka. „Kucnijcie”. No to kucam, myśląc, że normalnie tygrysa zobaczyli. „O tam na górze” – krzyczy ponownie. „Są małpki i duży ptak”. Przyznam szczerze, że jak dla mnie większą atrakcją w tym momencie jest oglądanie czterech kucających w krzakach facetów. Trzech małych i jednego większego z dużym aparatem wycelowanym w czubki drzew.

W drodze powrotnej słyszymy głośne ujadanie psów. Biegniemy szybko w kierunku z którego ono dochodzi. Jest trochę niebezpiecznie, bo jak się okazuje psy natrafiły na kobrę. Jednemu z nich uszkodziła ona oko, na szczęście nie wstrzyknęła jadu, bo już by biedaczek nie żył. Ranger dobija maczetą węża, po czym odcina mu głowę, a resztę ciała zwija, przewiązując kawałkiem cienkiej liany i zabiera ze sobą. Wszystko to dzieje się tak szybko, że nie zdążyłam nawet sobie zdać sprawy z powagi sytuacji. Przecież na miejscu tego psa moglibyśmy być my.

Przychodzi pora na spakowanie bagaży, zarzucenie plecaków na plecy i wyruszenia w głąb dżungli. Kolejną noc mamy spędzić właśnie tam. Jednak Ranger nie czuje się za dobrze. Ma gorączkę. Saka mówi, że prawdopodobnie to malaria, której nabawił się w nocy zasypiając na dworze uraczony winem ryżowym. Musi iść teraz po pomoc do znachora w sąsiedniej wiosce i niestety nie będzie mógł pójść z nami dalej. „Przecież to zrozumiałe” – myślimy sobie. Jednak Saka i na takie sytuacje jest przygotowany. Spokojnie zaraz sprowadzę innego Rangera. Po godzinie wraca jednak z dwójką dzieciaków w wieku trzynastu lat. Te same nieufne spojrzenia, pewność siebie i brak uśmiechu. Na nogach standardowo japonki, obcisłe dżinsy i koszule. „Na pewno pochodzą z tej samej wsi co nasz stary Ranger” – myślę sobie. „Tylko gdzie jest nowy Ranger”? – pytam Sakę. „Oto oni. New i Hjej. Nasi nowi przewodnicy po dżungli. Znają jej wszystkie zakamarki. W końcu tu się wychowali” – odpowiada z powagą w głosie. „Żartujesz sobie! Przecież to jeszcze dzieci!” – wykrzyknęłam. Nie żartował. Wyruszyliśmy zaraz po obiedzie, który przygotowali Saka, Sakhal, New, Hjej i cała wesoła gromadka, tym razem małe czarne bestie odpuściły, bo to przecież jeszcze na nie za wcześnie. Szczegóły tym razem pominę. Możecie je sobie tylko wyobrazić. Całe szczęście rosną tam jeszcze banany! Idziemy obładowani naszymi plecakami. Chłopaki niosą worki z jedzeniem i garnkami, aby przygotować kolejne posiłki.

Przedzieramy się już dobrą godzinę. Standardowo New i Hjej na przedzie, za nimi Saka i Sakhal, a my na końcu. Młodzi Rangerzy pokazują nam liany z których możemy pić wodę, zbierają korzenie jakichś roślin z których jutro mamy zaparzyć herbatę i dają do spróbowania jadalne liście. Generalnie widać, że faktycznie znają te zakamarki. Jest przerwa. Nagle New wyciąga dużą, porządnie wysłużoną, plastikową butelkę z winem ryżowym i jak gdyby nigdy nic wypija jej spory łyk. Saka widząc nasze zdziwienie, mówi mu coś w niezrozumiałym dla nas języku, po czym New zbiera swoje rzeczy i rusza dalej. Oddala się od nas na tyle, że przez najbliższe dwie godziny nie mamy pojęcia co się z nim dzieje. Chłopak, jak się później okazuje, po prostu puścił focha. Nie odzywa się nawet, gdy docieramy na miejsce naszego noclegu. Ba, nawet kolacji z wszystkimi nie je. Obóz rozbijamy wśród potężnych drzew, rozwieszając nasze hamaki z moskitierą. Myjemy się standardowo w rzece, gdzie też myte są brudne jeszcze od ostatniego posiłku talerze. Stąd też brana jest woda do naszej herbaty. Chłopaki rozpalają ognisko i zabierają się za przygotowanie kolacji. Teraz znowu musicie wysilić Waszą wyobraźnię. Pamiętacie te dżinsy, spodnie na kant i koszule w kratę? Tak? To teraz dodajcie do tego naszą ekstremalną jazdę motorkiem, upalne słońce, przedzieranie się przez dżunglę i fakt, że chłopaki nie myli się i nie zmieniali ubrań od momentu naszego spotkania (zresztą, do momentu pożegnania, tego również nie zrobili, ale to już inna historia). Po prostu higiena niesamowita i teraz oni przygotowują nam jedzenie. Jami! Macie już dość? Czy opowiedzieć jeszcze jeden smaczek? No dobra to słuchajcie. Ale ostrzegam, będzie odrobinę niesmacznie. W przygotowaniach kolacji pomagają Hjej i nawet nieodzywający się do nikogo New. Siedzi New przy ognisku nakładając rękoma kawałki mięsa na patyk. Nagle odchyla głowę lekko w lewą stronę, przykłada palec do nosa i wysmarkuje potężnego, soczystego gluta. Nos wyciera oczywiście ręką, którą za chwile będzie dalej przygotowywał mięso dla nas. Smacznego!

Szymon idzie z chłopakami znowu szukać gibonów, tym razem w nocy. Ja zawijam się w moskitierę, układam w hamaku i zasypiam, ciesząc się, że już jutro wracamy! Gibonów oczywiście nie było, ale chłopaki się nie poddają – o wschodzie słońca kolejna próba!

Chyba nie jest nam pisane zobaczyć te zwierzaki. Kolejne podejście nieudane. Pakujemy się i wracamy. Do cywilizacji! Jaka by ona nie była w Kambodży, jest zdecydowanie lepsza, niż tu w dżungli! Jednak zanim to nastąpi musimy, o zgrozo, przedostać się tą samą drogą! Idziemy znowu obładowani plecakami, tym razem New razem z nami. Nagle krzyczy, łapiąc się za czoło. Okazuje się, że kolczasta liana pokaleczyła mu twarz. Wyciągam apteczkę, bo tylko ja pomyślałam aby ją zabrać, ale New ani myśli przyjąć ode mnie pomocy. Podciągając nos i trzymając się za czoło, twardo idzie do przodu. W końcu pozwala sobie przemyć ranę, ale tylko z rąk Saki. Uff, możemy iść dalej. Kiedy tak maszerujemy, przedzierając się przez kolejne gałęzie i liany, nagle dogania mnie New podając mi mały kwiatek i mówiąc coś w niezrozumiałym dla mnie języku. „O jak słodko! Chce mi podziękować!” – myślę sobie, biorąc roślinkę. Trzymam ją w ręku, a on nadal patrzy na mnie z zaciekawieniem, jakby na coś czekał. „Dziękuję” – mówię uśmiechając się do niego. On nadal stoi wlepiając we mnie oczy. Nagle urywa jeden z listków, zjada go i idzie dalej. Myślałam, że mój Szymon jest mistrzem w byciu nieromantycznym, ale New bije go na głowę. Saka wytłumaczył mi, że chłopak przyniósł nam po porostu kolejną z jadalnych w dżungli roślin i czekał, aż jej spróbuję.

Dalsza droga do domku starszej pani, gdzie czekają na nas motorki, przebiega w miarę spokojnie. No może pomijając moment, kiedy chłopaki pokazują nam ogromną tarantulę! Kobieta ponownie zajmuje się swoimi sprawami, nie zwracając zbytnio uwagi na nas. Żegnamy się z naszymi Rangerami i wracamy tą samą drogą do Banlung. Mam nadzieję, że nie muszę chyba Wam już tłumaczyć jak wyglądaliśmy i jak czuliśmy się po powrocie do miasta? Za te 3 dni w dżungli, które miały być komercyjny wypadem, typowo pod turystów, a okazały się szkołą przetrwania dla mnie, mój mąż obiecał mi nawet cały tydzień nad wietnamskiej plaży. Znając jednak siebie, nie jestem pewna czy tyle wytrzymam, ale będąc wtedy w dżungli, było to rzeczą o której marzyłam.

I jak się podobała wycieczka? Jesteście tam jeszcze? Mam nadzieję, że choć część z Was dobrnęła do końca tego przydługawego wpisu. Ale uwierzcie, że i tak pominęłam wiele wątków. Jednak gdyby ktoś z Was przełknął sposób przygotowania całej wycieczki i te mało higieniczne elementy, to z czystym sumieniem możemy Wam taki wypad polecić. Dlaczego? Po to, aby poznać inną kulturę, zobaczyć jak ludzie żyją odcięci gdzieś od świata, do których tylko powoli dociera cywilizacja. Może też po to, aby po powrocie taki Sakhal, podziękował Wam, że mógł Was poznać i dzięki Wam podszkolić język angielski, który ma mu pomóc w znalezieniu lepszej pracy – przepustki do lepszego życia. Może też po to, aby zabrał Was, wioząc motorkiem kolejne kilka kilometrów po szutrowej drodze, tylko po to, aby przedstawić Was jego rodzicom. Może po to, aby na pożegnanie, taki Hjej i New podając Wam rękę uśmiechnęli się lekko do Was. A może też po to, abyście sprawdzili siebie, czy dacie sobie radę w skrajnych warunkach. Czy warto? Na to pytanie musicie odpowiedzieć już sobie sami.


PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

Ania

Czerpie z życia pełnymi garściami, świat poznaje wielkimi krokami. Rowerem odkrywa światy nieznane, czasami mąż ma z nią „przechlapane”…

6 myśli na temat “Sanepid, foch i obietnica

  1. Świetnie opisana historia, przeczytałam wszystko jednym tchem!!! Z niecierpliwością czekam na więcej Waszych tekstów, z ogromną chęcią tu codziennie zaglądam. Powodzenia !

  2. Rewelacyjna opowieść! Uśmiałam sie do łez…trzymam mocno za Was kciuki i czekam na kolejne newsy 😉 Pozdrawiam!

    1. Mi wtedy nie było do śmiechu widząc moje jedzenie, jednak z perspektywy czasu podchodzę do tego z humorem;)

  3. Hej Aniu i Szymonie!
    Super, gratuluję Wam odwagi, wrażeń i całej tej radości!!! Bardzo mocno trzymamy za Was kciuki tu w Polsce:)

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.