Szkocja kołem się toczy

Szkocja – ten kraj ciągnął mnie do siebie jak magnez już od najmłodszych lat. Wspomnienie go w jakiekolwiek rozmowie wystarczyło, bym mimowolnie nadstawiał uszu. Z niecierpliwością więc czekałem, aż ruszymy na podbój tych terenów na naszych rowerach. Przyznam szczerze, że nie zawiodłem się. Szkocja przywitała nas nieprzewidywalną pogodą, ale też urzekła swoim dzikim charakterem. Wydawać by się mogło, że cała Brytania jest zurbanizowana i co chwilę powinno się spotkać jakieś motele czy sklepy. Nic z tych rzeczy. Północne tereny Szkocji odwiedzane są w większości przez obcokrajowców chodzących po górach lub jeżdżących samochodami z przyczepami kempingowymi. Drogi są wąskie, a zaludnienie jest niższe niż we wschodniej Polsce. Jednakże tereny te są piękne i prawie dziewicze, nie zmącone turystycznym natłokiem, czy zgiełkiem straganów niczym z Krupówek. Można się tam poczuć prawie jak w naszych Bieszczadach poza sezonem. Cisza, spokój i małe klimatyczne miasteczka po drodze.

Zachwalać mogę długo, ale warto też wspomnieć o minusach Północnej Szkocji. Pierwszym jak zapewne większość się domyśla jest pogoda. Naprawdę nieprzewidywalna. Jednego dnia z rana możesz zostać przemoczony do suchej nitki, po 15 min minutach będziesz już mógł opalać się, by na koniec dnia odczuć grad na swojej twarzy. Drugim dotkliwym dla nas problemem okazały się lokalne muszki, gryzące gdzie popadnie i atakujące tysiącami. Z naszego doświadczenia wynika, iż występują one tylko w północnej części Szkocji.   Nie działał na nie żaden spray czy maść. Jedynym ratunkiem była moskitiera na głowie i szczelne ubranie, bądź ucieczka w wietrzne miejsca (w naszym wypadku rozpędzenie się do prędkości wyższej niż 15km/h). Problemów z muszkami nie odczuliśmy za to w środkowej części Szkocji. Jest ona bardziej zaludniona, dzięki czemu łatwiej jest znaleźć sklep czy nocleg. Niestety tu już znacznie częściej pojawiały się na drogach tiry, a kultura kierowców niekiedy spadała w porównaniu z północą. Mimo to i tak było o niebo lepiej w porównaniu do Polski. Pisząc o Szkocji nie sposób nie wspomnieć o średniowiecznych zamkach. Gdybym chciał jednak wszystkie je opisać, to większość z Was zasnęłaby, a inni zraziliby się do tego bloga. W związku z tym skupię się na opisaniu czterech najciekawszych moim zdaniem zamków na naszej trasie. Ale zanim to zrobię chciałbym Was wprowadzić odrobinę w szkockie klimaty.

 

 

A teraz obiecane opisy zamków. Biorąc pod uwagę temat przewodni naszej wyprawy, skupię się wyłącznie na zamkach, które mnie osobiście urzekły. I nie mam zamiaru opisywać tutaj słynnych zamków takich jak Stirling, Dunrobin, czy ruin zamku Dunnottar. Każdy z tych zamków jest szeroko opisywany w przewodnikach. Są one, co prawda piękne, ale poprzez masową turystykę tracą otoczkę dzikości i niedostępności. Nam udało się znaleźć kilka miejsc rzadko odwiedzanych przez turystów. Nie są to wysokie mury obronne, potężne baszty, czy mosty zwodzone, lecz fragmenty murów na skałach, pozostałości po wieżyczkach i ledwo widoczne zarysy fos. Jednakże w połączeniu z lokalizacją na klifach, mocno wiejącym wiatrem oraz odgłosami owiec, wzbudzały we mnie dużo większe uczucia, aniżeli majestatyczne budowle średniowiecza. Każdy z tych zakątków posiada swego rodzaju klimat, którego często brakuje odnowionym, nastawionym na turystów zamkom.

Przede wszystkim chciałbym wspomnieć o Bucholly Castle. Ruiny tego zamku są naniesione tylko na niektórych mapach. Nie prowadzą do nich żadne drogowskazy. My, aby do niego dotrzeć przeskakiwaliśmy płoty, przedzieraliśmy się przez pastwisko owiec oraz wyginaliśmy ciało by uniknąć starcia z drutem kolczastym. Zostaliśmy wynagrodzeni przepięknym widokiem na ruiny zamku królującego na klifie. Do dzisiejszych czasów zachowała się jedna ściana zamku. Zamek ten wybudowany został przez Sweyna Asliefsona ok. 1140 roku. Pierwotną nazwą był Lamaborg. Dopiero w XIII wieku, gdy został przejęty i rozbudowany przez rodzinę Mowat przyjął nazwę Bucholie (Bucholly). W ich posiadaniu był do roku 1661 r. Po tym okresie popadł w ruinę i nie odzyskał już swojej świetności. W ten sposób możemy podziwiać jego pozostałości, które połączone z hukiem uderzających o klify fal, odgłosami owiec, mew oraz wiejącym z nad morza wiatrem powodują, że nie ma się ochoty opuszczać tego miejsca. I tak też było ze mną, a gdy dodam do tego piękno zachodzącego słońca oraz brak kogokolwiek (poza owcami), to uzyskam obraz, który urzekł mnie do tego stopnia, iż nie było mi łatwo się z nim rozstać.

W podobnym tonie odebrałem zamek Old Wick. Wybudowany w XII wieku pełnił rolę obronną przez kolejne 600 lat, aż do momentu kiedy to został opuszczony. Do dzisiaj zachował się tylko skrawek jednej komnaty. To, co zobaczyłem, to strome skaliste wybrzeże, raz po raz zmagające się z morskimi falami. Z jednej strony równy jak stół brzeg, z innej znowu postrzępiony i ułożony ze skał niczym klocki lego. Przypominał bardziej nasze góry stołowe aniżeli morskie wybrzeże, które zwykliśmy odwiedzać nad Bałtykiem.

Kolejne ruiny, które utkwiły mi w pamięci znajdują się w Cruden Bay. Są to pozostałości po nowym (XVw.) zamku Slains. Został on wybudowany po zniszczeniu starego XIII wiecznego zamku (później nazwany Old Slains) znajdującego się przy miejscowości Collieston i zniszczonego przez króla Jamesa VI w 1594 r. Nowy zamek Slains przez długi czas służył swym domownikom i był dla nich schronieniem. W tym czasie przeszedł kilka rekonstrukcji i dopiero XX wiek przyniósł jego upadek. Obecnie możemy podziwiać jego majestatyczne ruiny, które położone na skalistym wzgórzu pięknie komponują się z położonym niżej wybrzeżem. Porywisty wiatr, który nie pozwalał złapać oddechu, oraz wzburzone fale rozpryskujące się na skałach wprawiały mnie w zachwyt. Uzupełnieniem magicznego krajobrazu była błotnista, wyboista droga, brak drogowskazów do zamku, oraz dzika i nieujarzmiona przyroda.

Findlater to zamek, który przyszło nam zwiedzać podczas sporego deszczu. Umiejscowiony jest w podobny sposób jak najsłynniejszy szkocki zamek Dunnotar. Jego fundamenty znajdują się na półwyspie o wysokości 15 m, a jedynym wejściem do zamku jest wąski przesmyk połączony kamiennym mostem z lądem. W półwysep raz po raz uderzają wzburzone fale, przez co reszta wybrzeża jest  poszarpana i skalista. Zamek wybudowany został prawdopodobnie przez Johna Sinclaira w XIV wieku. Jego usytuowanie powodowało, że był on bardzo ciężki do sforsowania i opierał się wielokrotnie najazdom. Niestety w 1600 r. został opuszczony i popadł w ruinę. Do dzisiaj zachowały się tylko fragmenty murów. Z przykrością muszę zaznaczyć, że drogowskazy do zamku są słabo widoczne i nieczytelne. W miejscu, gdzie powinniśmy skierować się ku morzu, ewidentnie ktoś przestawił znak, przez co początkowo pomyliliśmy drogę. Przy owych ruinach na pewno pozostałbym na dłużej, gdyby nie szkocka, deszczowa pogoda, która uprzykrzyła niestety zwiedzanie tego fascynującego miejsca. Mimo to tego dnia utwierdziłem się w przekonaniu o zamkowym eldorado oraz nieprzewidywalności szkockiej pogody.

Zamki, o których wspomniałem to zaledwie cząstka porozrzucanych po całej Szkocji średniowiecznych umocnień. Oczywiście kraj ten posiada dużo więcej innych obiektów wartych zobaczenia. Wystarczy tylko troszkę poszperać w Internecie, by następnie ruszyć na „podbój” tego magicznego miejsca. My oczywiście polecamy zwiedzanie Szkocji rowerem, ale można też samochodem, pieszo czy na hulajnodze. Najważniejsze by wyjść z domu i spełniać marzenia lub parafrazując podążać własną drogą.
Jeżeli ktoś ma jeszcze niedosyt informacji o Szkocji zapraszamy na naszą starą stronę (www.scotland2009.cba.pl), gdzie w zakładce „wyprawa” znajdziecie linki do 4 różnych relacji napisanych przez jej uczestników.

 

 

PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

 

Szymon

Rower, góry i lampiony – to jego świat u boku żony!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.