Tajlandia ekspresowo

Do Tajlandii wjeżdżamy już po raz drugi podczas tej podróży, więc mniej więcej wiemy czego się spodziewać. W końcu to właśnie w tym kraju rozpoczęliśmy naszą przygodę. Znamy podstawowe słowa, walutę, ceny i przeliczniki. Jedyną niewiadomą jest wiza. Za pierwszym razem, wlatując do kraju, dostaliśmy pozwolenie na 30 dniowy pobyt. Jednak przekraczając granicę lądem przysługuje nam tylko 15 dni darmowych. A to jest zdecydowanie za mało, aby na spokojnie dostać się do Malezji. Zwłaszcza, że zatrucie pokarmowe nadal mi doskwiera. Jednak na samej granicy pomiędzy Birmą a Tajlandią próbujemy jeszcze mimo wszystko dopytać celników o dłuższą wizę, bo słyszeliśmy o przypadkach w których turyści takowe dostawali. Niestety nie udaje nam się nic wynegocjować. Do naszych paszportów trafia pozwolenie na 15 dni. Z lekkim zawodem, ale też z planem B w głowach, opuszczamy granicę i pedałujemy w stronę, może na chwilę obecną wydawać by się mogło śmiesznego celu, jakim jest pierwszy od bardzo długiego czasu, dobrze zaopatrzony supermarket. Klimatyzacja, zmrożona woda i pizza, o tym marzyliśmy od kilku dni. Tajlandia, jako zdecydowanie turystyczny kraj, ma o wiele bardziej rozwinięty handel, usługi i infrastrukturę. I widać to gołym okiem zaraz po przekroczeniu granicy.

Rozsiadamy się zatem przy drzwiach marketu, tak aby łykać choć odrobinę chłodnego powietrza z klimatyzacji i mieć jednocześnie oko na nasze rowery. Czas więc na sjestę. Tym bardziej, że jest południe, a słońce grzeje niemiłosiernie. Kiedy temperatura robi się znośna udajemy się do naszego hosta. Tu nie ma ograniczeń w nocowaniu u lokalnych osób, jakie to mieliśmy w Birmie. Także Couchsurfing czy Warmshowers działa całkiem sprawnie. Rozkładamy się z namiotem w ogródku naszych gospodarzy w Mae Sot i odpoczywamy po ostatnich wytężonych dniach. A, że problemy żołądkowe nadal nie ustępują, zostajemy troszkę dłużej w domu u Thitikan i Pornchai.

Czas mija, a wraz z nim nasz pobyt w Tajlandii się kurczy. Wiemy, że o dojechaniu rowerami do granicy z obecną wizą nie ma mowy, zatem decydujemy się na pociąg. Jako, że z Mae Sot nic nie kursuje w stronę granicy z Malezją, udajemy się do Phitsanulok, gdzie zatrzymujemy się u tajsko-angielskiej pary prowadzącej szkołę językową. Wspólnie chodzimy na spacery po mieście z dzieciakami, które uczęszczają na zajęcia z języka angielskiego, oglądamy przy okazji najciekawsze zakątki Phitsanulok, czasami prowadzimy zajęcia, a wieczorami, wraz z innymi podróżnikami i domownikami, gramy w planszówki. Tak właśnie działa tu Warmshowers. Z jednej strony my mamy dach nad głową i poznajemy lokalne zwyczaje, z drugiej dzieciaki uczą się angielskiego i mają okazję poznać osoby z innych krajów. Dwie strony są zadowolone.

Nadchodzi dzień wyjazdu. Bilety mamy już kupione. Wstajemy więc o 4 nad ranem i pedałujemy na stację kolejową. Tam czeka nas jeszcze zabawa w rozpakowanie sakw, zapakowanie roweru do specjalnego wagonu transportowego i wrzucenie całego naszego bagażu do przedziału. Nie panikujemy, bo czasu mamy sporo, aby wszystko ogarnąć. Obawiamy się jednak naszej przesiadki w Bangkoku. Tam będziemy mieli zaledwie 70 minut na kupno biletów, znalezienie odpowiedniego peronu i przeładunek. Zatem im bliżej stolicy, tym zdenerwowanie w nas rośnie. A do tego okazuje się, że mamy dodatkowo opóźnienie. Gdy w końcu docieramy do stolicy,  zostaje nam około 45 minut na wszystko. Niby powinniśmy zdążyć, ale pierwsze schody pojawiają się podczas próby kupna biletów. Do kas ogromna kolejka, a obsługa nie mówi po angielsku. Na szczęście udaje mi się znaleźć jedną, jedyną kasę specjalnie dla turystów. Oddycham z ulgą, bo nie uśmiecha mi się przymusowa noc w stolicy. W końcu udaje się. Bilety mam w ręku, wiem też na który peron się udać. Pozostaje jeszcze nadać i opłacić rowery. Nie muszę chyba pisać, że niestety w innym miejscu. Pozostaje 20 minut. Pędzimy więc na wskazany peron i zaczynamy ponowne rozpakowywanie rowerów. Kiedy Ania walczy z bagażami, ja dopytuję konduktora o miejsce w którym mogę zapłacić za rowery i gdzie będą one składowane. Niestety ponownie spotykamy się z barierą językową. Na szczęście mój język migowy jest już na tyle wyćwiczony, że po chwili znam odpowiedź na nurtujące mnie pytania. Biegnę co sił w nogach pod wskazany przez mężczyznę wagon i ku mojej wielkiej radości, obsługa sama wypełnia bilet za nasze rowery. Nie muszę więc już nigdzie biegać i czekać w kolejkach. Płacę też na miejscu. Ładujemy z Anią rowery w jeden wagon, sakwy do przedziału osobowego i mamy całe 5 minut na złapanie oddechu przed odjazdem. Przed nami długa noc w pociągu najtańszej klasy. Na szczęście podróż mija spokojnie aż do samego ranka, kiedy to wybudzeni zostajemy przez kilku umundurowanych mężczyzn, którzy zaczynają przeszukiwać wszystkie bagaże. Nieco nas to dziwi i nie wiemy, czemu to sprawdzanie ma służyć. Wojskowi z długą bronią na plecach i kamizelkach kuloodpornych sprawdzają plecak po plecaku, torba po torbie, aż docierają do nas. I tu kolejne nasze zdziwienie, bo nas nie sprawdzają, a pytają tylko, które bagaże są nasze i idą dalej. Dopiero później dowiadujemy się, że tereny przygraniczne pomiędzy Tajlandią i Malezją nie należą do najbezpieczniejszych. Ciągle trwają tam zamieszki. Stan wyjątkowy obowiązuje w prowincjach Yala, Pattani, Narathiwat i Songkhla, czyli najdalej wysuniętych części na południu Tajlandii przy granicy z Malezją, gdzie od 2004 roku nieprzerwanie trwa konflikt o podłożu religijno-etnicznym. Zamachy terrorystyczne, w tym wybuchy bomb, porwania zakładników, zamachy z bronią, mają miejsce niemal każdego dnia. Niestety mało mówi się o tym krwawym konflikcie. A władza turystycznej Tajlandii, skrzętnie ukrywa fakty i relacje z tych miejsc.

W południe docieramy do ostatniej miejscowości po stronie Tajlandii, Su-ngai Kolok. Chcemy tu wymienić pieniądze i jeżeli się uda, jeszcze tego samego dnia przekroczyć granicę. Niestety nie mamy szczęścia. Jest sobota, a to oznacza, że banki są pozamykane i otworzą je dopiero w poniedziałek. Decydujemy więc, że zostaniemy do tego czasu i zaszyjemy się w jakimś  klimatyzowanym hosteliku z dostępem do wi-fi. Kiedy udaje nam się wszystko pozałatwiać i jesteśmy wypoczęci i gotowi do dalszej drogi, ruszamy na granicę. Kilka papierków do wypełnienia, odczekanie w kolejce do przeskanowania całego naszego dobytku i jesteśmy w Malezji. W planach mamy przejechanie tego kraju wschodnim, mniej turystycznym wybrzeżem. Czy będzie to dobry wybór i co nas spotka po drodze, dowiecie się z kolejnych wpisów.

 

[Kwiecień 2016]


PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

Szymon

Rower, góry i lampiony – to jego świat u boku żony!

6 myśli na temat “Tajlandia ekspresowo

  1. Widzę, że jeszcze macie w zapasie trochę pisania, fajnie. Wiesz co, zgadzam się – szukamy hardkoru i wyjątkowych miejsc i chwil, ale na koniec dnia to właśnie tajskie supermarkety są najlepsze :). Jedna z wielu składowych części tego, że Tajlandia nadaje się na rower mimo tego gorącego klimatu. Mieliście przewidywalne, klimatyzowane sklepy w Wietnamie, Laosie czy Birmie? No właśnie – ja też nie. Pozdro!

    1. Oj niestety/stety mamy jeszcze troszkę do opisania. Także nie nudzimy się. Obyś i Ty także się nie nudził czytając nasze wpisy;) Pozdrawiamy

  2. Super wpis, moi znajomi wyjeżdżają do Tajlandii, więc skorzystają z wiedzy. Na dolegliwości jelitowe zabierają xifaxan, najbardziej skuteczny.
    Pozdrawiam

    1. Dzięki Krzysztof! Cieszymy się, że zdjęcia się podobają, choć wiemy, że mogłyby być lepsze. Ciągle się jeszcze uczymy. Małymi krokami do przodu:D Trzymaj się! Pozdrawiamy gorąco.

Dodaj komentarz