W drodze do Osz

Wyjazd z Biszkeku nie rozpoczął się zbyt pomyślnie dla nas. Rankiem złapaliśmy gumę. Połataliśmy ją jednak sprawnie i mogliśmy jechać dalej. Niestety po godzinie sytuacja się powtórzyła. Tym razem wada fabryczna dętki.

– Jakoś pechowo dzień zaczynamy – mówię do Ani.

Po kolejnych dwóch godzinach zanotowaliśmy trzeci postój. Okazało się, że wcześniej naklejona łatka nie wytrzymała wysokiego ciśnienia w tylnym kole.

– Wrr! -zdenerwowałem się. – Ile można?

Tym razem wymieniłem całą dętkę, a przy okazji zmieniłem oponę, gdyż stara zaczynała pękać z boku. Nie chciałem ryzykować czwartego postoju. Może później uda się wykorzystać tę starą oponę na mniej obładowany przód mojego roweru. Czas pokaże.

Wyjazd w kierunku Osz był więc serią wymuszonych postojów. Podczas jednego z nich podjechał do nas motocyklista i po angielsku zagadał czy może w czymś pomóc.

– Właśnie szukamy miejsca pod nasz namiot – powiedzieliśmy. – Czy znasz może jakąś ładną, bezpieczną miejscówkę? – spytaliśmy.

– Niestety przy tej drodze jest bardzo ciężko rozłożyć namiot, ale jak chcecie, to zapraszam do siebie. Mam ogród i garaż, więc miejsce się na pewno znajdzie – odpowiedział nieznajomy.

Takim to sposobem udało się nam znaleźć nasz pierwszy nocleg po opuszczeniu Biszkeku. Jak się okazało Alen, czyli mężczyzna, który do nas zagadał, jest Amerykaninem i prowadzi razem z żoną i synem dom dziecka pod Biszkekiem. Gdy otrzymaliśmy od niego propozycję, aby zostać z nimi dłużej, długo się nie zastanawialiśmy nas odpowiedzią i zostaliśmy na kolejny dzień. Dzięki temu mieliśmy okazję spędzić trochę więcej czasu z dzieciakami i poznać rodzinę Alena. To nic, że zima deptała nam po piętach i opóźniliśmy nasz wyjazd w kierunku Osz o kolejny dzień. Czasami życie samo układa scenariusz i trzeba się mu poddać, bo mogą z tego wyniknąć całkiem pozytywne rzeczy.

Rankiem następnego dnia pożegnaliśmy się z naszymi nowymi znajomymi i ruszyliśmy w dalszą drogę, otrzymując od nich na pożegnanie zaproszenie na kolejne odwiedziny. Ruch na drodze nie rozpieszczał, a przed nami rysował się ciężki, górski podjazd, na końcu którego znajdował się niebezpieczny tunel. Postanowiliśmy zatem złapać stopa, co wbrew Ani obawom, udało nam się bardzo szybko i przy okazji poznaliśmy niesamowicie przyjaznego Kirgiza. Zyskaliśmy zatem na czasie i ominęła nas wspinaczka w tumanach spalin wydobywających się ze starych ciężarówek. Najważniejszy jednak dla nas był fakt, że uniknęliśmy pedałowania pod górę w długim, wąskim i słabo oświetlonym tunelu, co nie jest zbyt bezpieczne dla takich rowerzystów jak my. Nasz 30 letni Kamaz z ciężkim ładunkiem całkiem nieźle dawał sobie radę. Prędkości zabójczej co prawda nie osiągał, czasami i rowerem bylibyśmy szybciej, ale dzięki temu mogliśmy podziwiać widoki prawie tak, jakbyśmy byli na naszych jednośladach. Gdy w końcu pożegnaliśmy się z sympatycznym kierowcą, zaczęliśmy pedałować w kierunku jeziora Toktogul, przyglądając się po drodze przygotowaniom do zimy. Temperatura w dzień wynosiła już zaledwie kilka stopni, więc czas najwyższy był na ucieczkę w dół. To też właśnie w tym okresie Kirgizi przewożą swoje jurty, czy też pasieki na niżej położone tereny. Odbywa się także spędzanie owiec, kóz i koni w doliny. Zwierzęta są na tyle przyzwyczajone do samochodów, że nawet nie uciekają, tylko idą twardo przed siebie. Nawet głośne trąbienie starych potężnych kamazów nie robi na nich wrażenia. Wystarczy jednak by do ich uszu dochodziły dźwięki inne, nieznane to momentalnie rozchodzą się na boki. My mieliśmy to szczęście, że nasze dzwonki rowerowe, wydobywały obce im sygnały. Dzięki temu mogliśmy swobodnie jechać przed siebie.

Zatrzymaliśmy się na chwilę w miejscowości Toktogul. To właśnie tam udało nam się uzupełnić zapasy i przyjrzeć się jak płynie życie na małym, kirgiskim ryneczku. Dowiedzieliśmy się co jest najczęściej kupowane przez lokalną ludność, czym się oni normalnie przemieszczają i jaki mają stosunek do turystów takich jak my. Wypełnione po brzegi, stare łady podjeżdżają z całymi rodzinami czy nawet sąsiadami na taki rynek. Bagażniki samochodów są natomiast efektywnie wykorzystane na składowanie wielu różnych produktów. Po prostu Kirgizi nie tracą miejsca na pojemniki. Oni swoje produkty wrzucają do bagażnika luzem. Dzięki temu wejdzie więcej. Zauważyliśmy też, że Kirgizi często się uśmiechają. Część z nich nawet pozowała do zdjęcia jak tylko zobaczyła mój aparat. Wielokrotnie też dostawaliśmy zaproszenie na czaj (herbatę). Było to tak naprawdę nasze pierwsze, ale nie jedyne, zetknięcie z kirgiską gościnnością.

Przemierzając ten ponad 600 kilometrowy odcinek z Biszkeka do Osz można zobaczyć naprawdę dużo. Wystarczy tylko uważnie patrzeć. My łapaliśmy się na tym, że codziennie odkrywaliśmy coś nowego. Pierwsze dni to przepiękne górzyste krajobrazy wzdłuż rzeki Naryn. Serpentyny, wzniesienia, stare samochody i ogromna ilość zwierząt, to norma. Mijaliśmy także kilka elektrowni wodnych strzeżonych przez wojsko, niczym tajny poligon doświadczalny. Z jednej strony wydaje się to dziwne, z drugiej rozumiemy ten stan zważywszy, iż to właśnie elektrownie wodne są głównym dostarczycielem prądu dla 6 milionowego Kirgistanu, a nadwyżki z wyprodukowanej energii są sprzedawane do sąsiednich krajów. Szkoda tylko, że nadmiar prądu nie przekłada się na jego dostępność w kraju. Częste zaniki nie są bowiem niczym niezwykłym, nie mówiąc już o jego jakości. Nawet w tak dużej miejscowości jak Osz odgrzanie czegoś w kuchence mikrofalowej może być wielkim wyzwaniem. Nie inaczej jest z gazem, na którego odpowiednie ciśnienie czeka się czasami do późnego wieczora. To wszystko sprawia, że ciepłą kolację je się zwykle dopiero po 22:00.

Gdy zjechaliśmy z gór, pojawiło się więcej pól uprawnych. Często widywaliśmy objuczone konie czy osły oraz osoby pracujące przy zbieraniu bawełny z pól. Innym razem zwróciliśmy uwagę na dzieciaki jadące do szkoły w swoich mundurkach i machające w naszą stronę. Przy jeziorze Toktogul z pasją oglądałem także grube na prawie 1 metr rury z wodą. Zastanawiałem się do czego one służą? Może do nawadniania pól? Może jako zasilenie jakiegoś miasteczka czy wioski? Ale nawet jeżeli, to czemu w tylu miejscach były one dziurawe i niezabezpieczone przed zimą? Im bardziej jechaliśmy na południe, tym mniej osób mówiło w języku rosyjskim, a bardziej uwidaczniała się kultura kirgiska. Panowie na głowach nosili głównie charakterystyczne kirgiskie czapki, a panie zakrywały swoje głowy chustą. Podobnie sprawa miała się z religią. Im dalej na południe, tym większy był odsetek muzułmanów. W czasie tego odcinka podróży zbliżyliśmy się też bardzo do granicy z Uzbekistanem. Tak naprawdę to jechaliśmy wzdłuż niej i minęliśmy jedno lokalne przejście graniczne. Nawet przez chwilę porozmawialiśmy z pogranicznikiem, który jednak nie zezwolił na robienie zdjęć przejściu granicznemu.

Mimo że byliśmy w tamtych rejonach w drugiej połowie września, czyli po sezonie turystycznym, to mieliśmy okazję spotkać jadących w przeciwną stronę kilku rowerzystów. Wszyscy jednak już wracali z Pamir Highway w Tadżykistanie, którą swoją drogą, bardzo polecali, aczkolwiek przyznawali też, że był to ciężki odcinek w którym nocą temperatury dawały się już we znaki. Wymienialiśmy też informacje o kolejnych wzniesieniach na naszych trasach, dostępnych sklepach czy też odczuciach z jazdy po Kirgistanie. Fajnie jest czasem spotkać podobnie zakręcone osoby.

Muszę jeszcze wspomnieć co nieco o Kirgizach spotkanych na trasie. Wiemy, że nie byliśmy na tych terenach jedynymi rowerzystami. W sezonie potrafią przejeżdżać setkami przez tą drogę. Mimo to nie odczuliśmy jakiegoś zniechęcenia czy negatywnych emocji skierowanych pod naszym adresem. Wręcz odwrotnie. Byliśmy zapraszani na czaj i ciastka. A w czasie szukania miejsca pod namiot, gdy pytaliśmy się gospodarzy o pozwolenie, ani razu nie uzyskaliśmy odmowy. Co więcej otrzymywaliśmy wręcz zaproszenia do domu, z czego nie raz skorzystaliśmy. Kirgizi zawsze starali się nas ugościć jak mogli, była herbata, chleb, czy nawet cukierki. Dzięki rozmowom z nimi mogliśmy poznać ich rodziny, kulturę, jak i problemy z którymi muszą się codziennie borykać. Ale to już zupełnie inny temat, który poruszymy zapewne w kolejnych wpisach.

 [Wrzesień 2015] [gmw_single_location elements=”map” map=”1″ map_width=”100%” map_height=”450px” zoom_level=”7″ ]

PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

Szymon

Rower, góry i lampiony – to jego świat u boku żony!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.