Wyścig z czasem

Do Osz dotarliśmy w dobrych humorach. Jechaliśmy w sumie zgodnie z planem, tak by dojechać do granicy w momencie, gdy zacznie się nasza 30 dniowa wiza do Tadżykistanu. Piękne widoki, mili ludzie po drodze. Nocleg w Osz też już mieliśmy wcześniej umówiony u kirgiskiej rodziny, więc była szansa na poznanie lokalnych zwyczajów. Nic wiec dziwnego, że dobrze nam się jechało, nawet pomimo wiatru w twarz i chłodnej jesiennej aury.

Przed południem byliśmy już w centrum miasta. Jako, że nasze brzuchy zaczęły już grać marsza, przed udaniem się do naszego hosta, wstąpiliśmy jeszcze do lokalnej restauracji. Najedzeni, dotarliśmy w końcu pod wskazany adres. Aigul, dziewczyna, która nas przygarnęła, mieszkała razem z rodziną w wielkim domu w samym centrum Osz. Na tyle dużym, że do własnej dyspozycji dostaliśmy ogromny pokój. Planowaliśmy tu zostać maksymalnie jeden dzień, bo przecież trzeba pedałować do granicy, by zdarzyć na czas i nie tracić ani dnia z 30 dniowej wizy. W Tadżykistanie mamy bowiem wiele kilometrów do przejechania w niskiej temperaturze i do tego na sporej wysokości. Niestety pech chciał, że poranny posiłek nie wyszedł mi na dobre. Zacząłem mieć problemy z żołądkiem. Gdy drugi dzień nie przyniósł poprawy musiałem sięgnąć po leki. I tak przemieszczając się między pokojem, a toaletą straciliśmy kilka dni z naszego cennego czasu. Zatrucie dodatkowo odwodniło i osłabiło mój organizm, więc wiedzieliśmy, że tempo jazdy również nie będzie fenomenalne. Trzeba było wymyślić jakieś rozwiązanie tego problemu. Pociągów do granicy nie ma. Autobusów też nie. Lokalne busy są za małe lub za bardzo przepełnione, by brać takich turystów jak my. Taksówki standardowo za drogie na naszą kieszeń. Pozostał więc nam płatny autostop, bo na darmowy już nie liczyliśmy. W naszym przypadku musiał to być van lub ciężarówka. Mieliśmy zatem już na starcie troszkę utrudnione zadanie. Wczesnym rankiem, gdy pożegnaliśmy się z Aigul, wyjechaliśmy poza miasto, usiedliśmy w cieniu, pod drzewem i czekaliśmy. Wskazówki zegara w zastraszającym tempie zmieniały swoje położenie. Minuty mijały, a nikt się nie zatrzymywał. Jedynymi środkami transportu, które mogłyby nas wziąć na pakę były przejeżdżające ciężarówki. Ale te jak na złość nawet na nas nie patrzyły, bo jechały po zaopatrzenie do pobliskiej żwirowni. Podstarzałe kamazy były natomiast ostro przeładowane. Zatrzymał się co prawda jeden, ale zażądał kasy takiej jak taksówka, więc grzecznie podziękowaliśmy i czekaliśmy dalej. Podjeżdżały do nas także od czasu do czasu lokalne samochody i oferowały przejazd, ale podobnie jak wcześniej cena była za wysoka. Dwie godziny minęły niczym z bicza strzelił. Już nawet pani z pobliskiego domu zlitowała się nad nami i zaprosiła na czaj. Skorzystaliśmy zatem z propozycji i wypiliśmy herbatę z domownikami, przy okazji po raz kolejny utwierdzając się w przekonaniu, że Kirgizi to niesamowicie gościnny naród.

Gdy ponownie wróciliśmy na pobocze, musieliśmy odczekać jeszcze z godzinę zanim zatrzymał się pierwszy ciężarowy samochód. Udało się. Tym razem cena była w naszym zasięgu. Zapakowaliśmy więc rowery oraz sakwy na naczepę i ruszyliśmy w kierunku miejscowości Sary Tasz. Kierowca okazał się miejscowym jadącym po węgiel do kopalni, znajdującej się niedaleko tego miasteczka. Trasa którą jechaliśmy była główną drogą prowadzącą do tego miejsca, także część kierowców jadąc na pusto dorabia sobie przewozem osób. Nasz kierowca podwoził już wcześniej turystów, więc można powiedzieć, że ma doświadczenie. Cała nasza rozmowa toczyła się łamanym rosyjskim. My słabo, on również tak sobie, ale od słowa do słowa i wspomagając się gestykulacją jakoś się zrozumieliśmy. Najważniejsze, że powoli jechaliśmy w kierunku naszej granicy. Do Sary Tasz dotarliśmy późnym wieczorem, ciesząc się, że ominęła nas nie lada wspinaczka. Do granicy zostało jeszcze kilkadziesiąt kilometrów. Z jednej strony to niewiele, bo wspięliśmy się już na 3 tysiące metrów, ale z drugiej aż tyle, ponieważ właśnie zaczynaliśmy wspinaczkę na 4282 m.n.p.m. Postanowiliśmy więc wyjechać poza miasto i rozbić się gdzieś po drodze. Juz pierwsze kilometry dały nam się we znaki. Nie mając aklimatyzacji męczyliśmy się już potwornie. Do tego przeszywający każdy centymetr ciała, zimny wiatr nie ułatwiał sprawy.

– Co będzie na ponad 4 tysiącach metrów? – Zastanawialiśmy się.

– Umrzemy – biadoliła żonka.

– Umrzeć to można, ale od Twojego narzekania – ripostowałem starając się rozładować atmosferę.

Temperatura po zachodzie słońca gwałtownie zaczęła, spadać dając namiastkę tego, co będzie oferował Tadżykistan. Pierwszy nocleg pod namiotem przyniósł nam przymrozek. Dobrze, że kupiliśmy nowy śpiwór. Inaczej byłoby krucho. Ania marznąc w nocy z zimna, mogłaby mnie przecież zagadać na śmierć. A tak jeszcze żyję i mogę pisać ten tekst. Przy okazji pierwszego testowania śpiwora puchowego nauczyliśmy się jednej rzeczy. Puch na którym się leży nie daje zbyt dobrej izolacji. Ściśnięty nie zatrzymuje ciepła od dołu i prawie można tyłek odmrozić. Przyda się więc dobra mata lub karimata. My takowej niestety nie mieliśmy, więc posiłkowaliśmy się położeniem polarów, kurtek i koszulek na Ani karimatę. Dwa stare śpiwory w których ja spałem jakoś dały radę. Ciekawe co będzie, gdy temperatura spadnie ostro poniżej zera? Czy w ogóle uśniemy?

Następny dzień był jednocześnie pierwszym dniem ważności naszej wizy. Rozpoczęliśmy go bardzo wolno. Nie chciało nam się opuszczać w miarę ciepłego namiotu. Gdy w końcu się to nam udało, przed nami rysował się delikatny podjazd, a przyznam szczerze, męczyliśmy się jak byśmy wspinali się na potężne góry. W końcu dojechaliśmy do przejścia granicznego po stronie Kirgiskiej. Myśleliśmy że granica będzie dopiero na przełęczy. Jednak okazało się, że oba kraje mają przejścia w różnych miejscach oddalonych od siebie o ponad 20 kilometrów. Bramka zamknięta na drut. Machamy więc do pograniczników. Nie reagują. Może mają przerwę? W końcu sami sobie otwieramy. Kontrola celna tylko macha ręką, abyśmy jechali dalej. Pogranicznicy pytają się o materiały niebezpieczne, choćby broń. Oczywiście odpowiadamy, że nic nie posiadamy. A to, że mamy sporej wielkości nóż, 2 litry paliwa, gaz pieprzowy, który dostaliśmy od Seweryna kończącego swoją rowerową włóczęgę i ciętą ripostę, pomijamy. Pytamy się przy okazji czy był tu jakiś rowerzysta przed nami w ostatnich dniach jadący w kierunku Tadżykistanu. Odpowiedzieli przecząco.

– Robi się ciekawie – mówimy do siebie. – Chyba troszkę późno wyruszamy w ten Pamir, skoro nikt tu się nie pcha.

Czytaliśmy jednak o osobach, które były tu w listopadzie i dały radę, więc czemu my nie mamy sobie poradzić w październiku. I właśnie z takim nastawieniem opuszczamy przejście graniczne. Po pewnym czasie niestety siły ponownie nas opuszczają. Zaczyna się pchanie rowerów. Brak aklimatyzacji robi swoje. Ślimaczymy się niemiłosiernie. Nie będę opisywał szczegółów, bo zanudzę Was na śmierć. Faktem jest, że zamiast wdrapać się na przełęcz zmuszeni byliśmy rozłożyć namiot przed najbardziej stromym fragmentem. Można by powiedzieć zafundowaliśmy sobie nocleg na ziemi niczyjej. Już za przejściem granicznym Kirgistanu, a jeszcze przed odprawą po stronie Tadżykistanu. Geograficznie rzecz ujmując byliśmy jednak ciągle po stronie kirgiskiej.

Kolejny dzień przyniósł nam dalsze pchanie rowerów. Okazało się, że kilometr od naszego obozowiska był dom w którym mieszkają osoby dbające o przejezdność drogi. Udało się od nich dostać trochę wody, którą oni z kolei pozyskują topiąc lód. Odpoczywając chwilę przyglądaliśmy się ciężarówkom, które z rozpędu starały się pokonać choć część najtrudniejszego odcinka serpentyn. Nam nie pozostawało więc nic innego jak ponownie wpychać nasze rowery przy okazji zastanawiając się, co nas pokusiło, aby pchać się w Pamir. Gdy tak mozolnie pokonywaliśmy kolejne metry, podjechał do nas Jeep z dwójką turystów. Rozwinęła się krótka pogawędka. Skąd, dokąd, jakie plany. Okazało się, że chłopaki nie otrzymali wizy do Tadżykistanu. Ambasada była już co prawda otwarta w Biszkeku, ale nie posiadała odpowiednich naklejek do wiz. Potwierdziły się więc słowa konsula placówki w Ałmaty, a my ucieszyliśmy się, że podjęliśmy dobrą decyzję i nie czekaliśmy kolejnych dwóch tygodni w Biszkeku. Planem chłopaków było podjechanie do przejścia granicznego z Tadżykistanem i powrót do Kirgistanu. Podróż ich miała charakter typowo fotograficzny. I tak mieli oni sporo szczęścia, że pogranicznicy po stronie kirgiskiej puścili ich aż tak daleko. Po raz drugi spotkaliśmy ich na przełęczy. Zdążyli oni już być na przejściu granicznym, wrócić na przełęcz i nawet ugotować sobie obiad. Zastanawiali się nawet czy nam się nic nie stało. Z nami było wszystko w porządku, a jedyną naszą dolegliwością był brak tlenu, bo chwilami sapaliśmy jak lokomotywy. Na szczęście byliśmy już na przełęczy, więc teraz będzie z górki. Przynajmniej z tej pierwszej, bo kolejne nadal czekają. W dobrych nastrojach pożegnaliśmy się z chłopakami. Oni wracali do Sary Tasz, a my zaczęliśmy przygotowywać sobie jedzenie.

Do przejścia granicznego było już z górki. Zdążyliśmy nawet zmarznąć zjeżdżając z przełęczy. Również i tutaj, pogranicznicy mieli do nas kilka pytań. Sprawdzili naszą wizę i pozwolenie na wjazd do GBAO (Autonomiczny Rejon Górny Badachszan). Następnie skierowali nas do kolejnego budynku. Tam jednak pogranicznik powiedział, że musimy zapłacić za kontrolę medyczną. Zdziwieni byliśmy bardzo. Nic bowiem nie wiedzieliśmy o jakiejś kontroli, a czytaliśmy sporo na oficjalnej stronie ambasady. Pogranicznik powiedział, że dokument, który dostaniemy, będzie sprawdzany na kontroli w Murgabiu. Bez niego nie zostaniemy wpuszczeni na teren Autonomicznego Rejonu Górnego Badachszanu. Czując próbę wyłudzenia nie dawałem za wygraną i dopytywałem się o kolejne szczegóły. Niestety nie mieliśmy dostępu do Internetu, więc nie było jak sprawdzić tej informacji. Internet. Przy tym słowie pojawia się uśmiech na mojej twarzy. Jadąc do Kirgistanu czy Tadżykistanu trzeba liczyć z tym, że w wielu miejscach nie ma zasięgu komórkowego, nie wspominając już o dostępie do Internetu. Ma to jednak plusy. Jeżeli ktoś chce odpocząć od cywilizacji, tutaj znajdzie swój drugi dom. Ostatecznie zapłaciliśmy za medyczną kontrolę, która polegała na popsikaniu jakimś płynem podeszew naszych butów, rowerów i sakw. Ponieważ piszę ten tekst zdecydowanie później, to mogę już Wam zdradzić, że fundusze na tą kontrolę medyczną, to pieniądze wyrzucone w błoto, a właściwie w wodę z mydłem, bo prawdopodobnie tym jest owy płyn odkażający. Chłopaki z przejścia granicznego dorabiają sobie na boku i kasują wszystkich wjeżdżających od strony Kirgistanu. W Murgabiu natomiast żadne medyczne kwity nie są potrzebne i nikt tego nie sprawdza. Interes za to kwitnie w najlepsze. Cóż mogę napisać, chyba tylko – witamy w Tadżykistanie!

 [Wrzesień 2015]

PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

Szymon

Rower, góry i lampiony – to jego świat u boku żony!

6 myśli na temat “Wyścig z czasem

  1. Aż muszę ciebie zacytować:
    „- Co będzie na ponad 4 tysiącach metrów? – Zastanawialiśmy się.
    – Umrzemy – biadoliła żonka.
    – Umrzeć to można, ale od Twojego narzekania – ripostowałem starając się rozładować atmosferę.”
    Szymon – mistrz ciętej riposty.

    Nie mogę się doczekać aż pojawią się relacje z Nepalu. Tam przecież jest i wysoko i zimno i po nocy chodzą Yeti zjadając ludzi wraz z namiotami. Napięcie rośnie, temperatura spada.

    1. Do mistrza ciętej riposty jeszcze dużo mi brakuje. Nie mniej uczę się i praktykuję na Ani;)
      Na wpisy z Nepalu musisz jednak trochę poczekać. A Yeti ciągle szukamy!

  2. „Umrzemy od narzekania” :). Dobre! Ciekaw jestem, ile Was przycięli pogranicznicy za ten płyn z mydłem? To chyba był sezonowy pomysł jakiegoś obrotnego poborowego, bo każdym z dwóch razów, gdy tamtędy jechałem, niczego nie psikali mi na buty. Tylko jeden młodszy próbował odkupić tadżyckie pieniądze, ale po złym kursie ;). A poza tym, to co napisałeś, to dobra przestroga dla następnych czytających ten tekst – o zbyt szybkim jechaniu z Osz do granicy. Warto te kilka przełęczy po drodze zrobić o własnych siłach choćby dla zaprawienia się z wysokością (sam ostatnim razem też musiałem ostatnie 50 km do Sary Tash na pace autostopem przejechać – już kończył mi się bezwizowy pobyt w Kirgistanie i ostatni podjazd do granicy na tak szybko osiągniętej wysokości był niezbyt łatwy). Tylko, że nie mogłem w tych domkach przed serpentynami spać, żeby rano nikt mnie nie złapał tam 61 dnia w Kirgistanie bez wizy (a rano te domki pogranicznicy sprawdzają!). Trochę mieliście pecha tam nie spać – bo sobie te gościnne rodziny skutecznie dorabiają noclegami dla rowerzystów i za uczciwe piniądze dają miejsce pod dachem i jedzonko 🙂 Następnym razem spróbujcie;)

    1. Jeżeli dobrze pamiętam około 30zł za 2 osoby. Czyli mało, ale nie powinno to mieć miejsca. My o domkach wtedy nie wiedzieliśmy. A szkoda, bo byliśmy bardzo blisko. Następnym razem spróbujemy:D Oczywiście pod warunkiem, że wiza nie będzie nas gonić!

Dodaj komentarz