Z Habą w tle

Gdy dziś rano się obudziłam za oknem w końcu świeciło słońce i rozpościerał się niesamowity widok na góry. Po trzech dniach kiblowania w zimnym hostelowym pokoju w Shangri-la oczekując na okno pogodowe, nareszcie możemy ruszać.

Wyruszamy dość wcześnie, a mimo to nie udaje nam się nawet opuścić miasta, bo w Szymona rowerze coś zaczęło niepokojąco stukać. Zatrzymujemy się na stacji benzynowej. Szybkie sprawdzenie, diagnoza – mocno wytarty stożek w przednim kole jest niestety do wymiany.

– I co teraz? – myślę sobie – Jechać dalej licząc, że wytrzyma? Czy może cofnąć się do miasta i poszukać sklepu rowerowego?

Wybieramy to drugie. Ja zostaję ze wszystkimi bagażami i rozebranym na części rowerem Szymona, a on bierze mój rower i jedzie na poszukiwania. Nie ma go dobre 1,5 godziny w czasie której ja marznę niemiłosiernie przewiewana lodowatym wiatrem. Ratują mnie tylko nieśmiało przebijające się promienie porannego słońca. W końcu pojawia się mój mąż. Niestety miny nie ma za wesołej. Jak się okazuje tragedii nie ma, ale nie udało mu się znaleźć dokładnie tego, czego szukał. Stożek jest, ale odrobinę za duży. Na szczęście mężuś – złota rączka i z tym sobie poradził. Do Kunming powinniśmy dojechać, a potem poszukamy czegoś lepszego. Godzina 10:30. Rower złożony, sakwy na swoim miejscu – możemy w końcu jechać. Coś jest jednak nie tak, oddechu prawie nie możemy złapać, każdy nacisk na pedały wykonujemy ostatkiem sił, co 100 metrów odpoczynek na złapanie powietrza i do tego ten wiatr prosto w twarz. No tak zapomnieliśmy, że przecież jesteśmy na wysokości 3200 m.n.p.m. na którą wjechaliśmy autobusem, dlatego nie mamy rowerowej aklimatyzacji. Nie pozostaje nam nic innego, jak ślimaczym tempem przesuwać się do przodu. Już po godzinie jedzie mi się zdecydowanie lepiej. Szymon z racji tego, że ma większą powierzchnię do dotlenienia i wiezie zdecydowanie cięższe sakwy, nadal się męczy. Na szczęście, to co właśnie mijamy wynagradza nam trud walki z zimnem, brakiem tlenu i wiatrem prosto w facjatę. Co chwilę krzyczę do Szymona (bo gdybym mówiła normalnie nie usłyszałby mnie przy tym wietrze) jak tu pięknie, jak mi się tu podoba! Ośnieżone pięciotysięczniki dostojnie królują nad ogromnymi przestrzeniami brązowych, surowych stepów w które co jakiś czas wplecione są malutkie wioseczki. Nie są one jednak takie jak te, które mijaliśmy do tej pory. Domy są piętrowe w kształcie prostopadłościanu, których przednia ściana wykonana jest z misternie wyrzeźbionego ornamentu. Okna niewielkie, również bogato zdobione. Dookoła domostw kobiety pracują na polu, mężczyźni przeważnie odpoczywają, lub wykonują mniej absorbujące prace. Pasą się tam kozy, konie, muły, owce i niezliczone ilości jaków. Co jakiś czas mijamy też tybetańskie kapliczki z modlitewnymi chorągiewkami, które to stanowią jedyny kolorowy element tego surowego, tybetańskiego terenu. Wszystko to przypomina wczesnozimową aurę, kiedy to jeszcze nie spadł śnieg, a trawa już pożółkła i drzewa straciły liście. Ale mi się tu podoba. Nawet ten wiatr i to, że jedziemy coraz bardziej pod górę mi nie przeszkadza. Co w sumie mnie samą dziwi. Może moja kondycja już jest na tyle dobra, że nie męczę się tak jak wcześniej, a może po prostu jest tu tak pięknie, że wszystko inne schodzi na drugi plan.

W końcu wdrapujemy się na przełęcz o wysokości 3700 m.n.p.m. Przed nami długi, zmrażający każdy centymetr ciała zjazd. Robi się coraz ciemniej, więc zaczynamy szukać noclegu. Przed nami wizja mroźnej nocy pod namiotem na stromym zboczu. Jednak na samym końcu zjazdu, w dolince pojawia się niewielka wioska. Postanawiamy spróbować rozbić się gdzieś na prostej przestrzeni, tuż przy którymś z domów. Wioska wygląda niemalże na opustoszałą. Ludzi nie widać, zwierząt zresztą też. Nagle z jednej z chałupek wychodzi kobieta. Na głowie ma coś w rodzaju kapelusza, który wygląda jak duży, atłasowy kwadrat z falbankami. Na sobie ma również atłasową, długą, mocno już wysłużoną spódnicę.

– Nihao! – zagadujemy.

Pani tylko kiwa głową. Szymon natomiast widząc nić porozumienia rozpoczyna nasz codzienny, wieczorny rytuał. Przechyla głowę w bok, jednocześnie przykładając wyprostowaną dłoń do ucha. Potem palcem wskazuje na otaczającą go ziemię. Pani nie reaguje. To pokazuje, że mamy namiot, składając obie dłonie jakby na kształt namiotu, prawie tak jak do modlitwy, tylko bardziej rozłożone i wskazuje na wór przytwierdzony do roweru. Dalej nic. To przechodzi do kolejnego etapu tłumaczenia, a mianowicie odpala w komórce tłumacz z chińskimi krzaczkami. Wbija standardową formułę „Czy możemy tu rozbić namiot?” i pokazuje pani. Kobieta patrzy, mruży oczy i w końcu woła męża. Z chałupki wyłania się starszy, szczupły mężczyzna. Na głowie błękitna, mocno wypłowiała czapka, tego samego koloru kurtka. Obie zapewne pamiętają czasy panowania Mao, który to ubrał wszystkich w jednakowe mundurki. Pan bierze telefon do ręki, skupia się próbując rozwikłać chińskie krzaczki. Udało się! Chyba zrozumiał, bo mówi coś do żony, po czym ta przychodzi z kluczem w ręku i prowadzi nas do sąsiednich drzwi chałupki. Ładujemy się z rowerami do środka. W podłodze prześwity, bo przecież stoi na palach, na zboczu góry. Z dachem nie jest nic lepiej, bo jedna jego część znacząco chyli się w naszym kierunku. Wszędzie pełno kurzu, a poza nim jest jeszcze biurko, dwa łóżka, albo coś co je przypomina. Są też kołdry, na których pościel pamięta chyba każdego, kto pod nią spał. Z sufitu zwisa na dwóch kabelkach malutka żarówka. Jest też małe, drewniane okienko, które wpuszcza do środka ostatnie promienie zachodzącego słońca. Podchodzę do niego bliżej i moim oczom ukazuje się niesamowity widok. Ośnieżone, dumnie królujące nad wioską szczyty gór. Otwieram okno, wychylam się i rozkoszuję się widokiem do czasu, kiedy nie spojrzę w dół. Tuż pod naszą podłogą wesoło merdają ogonkami małe, różowiutkie świnki. Zapowiada się ciekawa noc nad chlewikiem.

Gdy z uśmiechem na twarzach dziękujemy pani za dach nad głową, ta wyciąga do nas rękę i stara się coś pokazać.

– Nic więcej nie potrzebujemy, bardzo dziękujemy – mówimy kobiecie, uśmiechając się i kręcąc głowami.

Pani dalej swoje. Uparcie coś pokazuje, wyciągając 4 palce i wskazując raz na mnie, raz na Szymona, mówiąc jednocześnie coś w swoim języku. Jedyne co udaje nam się wychwycić to słówko „Juan” – czyli tutejsza waluta. Zapala nam się żarówka i już rozumiemy, że za te luksusy przyjdzie nam zapłacić 40 juanów. Musimy jeszcze się dowiedzieć gdzie jest toaleta, której przecież w tej chatce nie ma. Pani oczywiście nie rozumie o co nam chodzi, za to jej mąż kieruje nas na drugą stronę ulicy. Lekko zdezorientowani, uzbrojeni w szczoteczki do zębów, wodę w butelce i ręcznik, ruszamy w poszukiwaniu wc. Odrobinę błądząc w końcu odnajdujemy „świętego grala” – publiczną toaletę. Musicie wiedzieć, że takich miejsc w Chinach najlepiej unikać jak ognia. Betonowa rampa z długą dziurą w podłodze. Jak lepszy wc, to i są metrowe odgrodzenia. Wszystko robisz wspólnie z innymi. Zero intymności. Chyba nie muszę wspominać o potwornym smrodzie wydobywającym się z tego miejsca i tysiącach latających much. Także mało odpornym polecam krzaczki, a nawet pampersa – będzie to zdecydowanie lepsze wyjście, niż publiczna toaleta w Chinach. W kibelku do którego trafiliśmy nie jest nic lepiej, ale nie mamy wyboru, bo przecież jesteśmy w środku wioski, tu krzaczków nie ma. Szybko więc załatwiamy co musimy i gdy mamy już wychodzić, spotykamy pana, który zagaduje nas łamanym angielskim. Od niego dowiadujemy się, że toaleta z której właśnie wyszliśmy, jest jedną z lepszych w całej wiosce.




Zmęczeni szybko zasypiamy ubrani w większość rzeczy jakie mamy ze sobą, ciesząc się, że choć od wiatru jesteśmy osłonięci. Rankiem budzi nas spektakularny wschód słońca. Nasze brzuchy też już domagają się jedzenia. Niestety wioska mała i nie ma w niej żadnej restauracji, dlatego decydujemy się wyciągnąć nasz żelazny zapas zupek chińskich. Gotowanie wody na naszym palniku zajęłoby trochę czasu, a w brzuchach burczy, idziemy zatem do naszych gospodarzy po wrzątek. Zapraszają nas do środka. W centralnej części pokoju, który jest jednocześnie sypialnią, kuchnią i magazynkiem stoi piecyk, z którego wydobywają się raz po raz płomienie ognia, ogrzewające całe pomieszczenie. Siadamy na małych krzesełkach i zalewamy nasze zupki wrzątkiem. Trafiliśmy chyba na porę śniadaniową, bo na małym stoliku stoi coś co wygląda jak nasz naleśnik, tylko jest nieco grubszy. Jest też tłuszcz z jaka i talerz z czymś podobnym do mąki. Tuż po chwili lądują przy nas dwie małe miseczki, a pan nalewa do nich jakiś wywar. Kolorem przypomina kawę z mlekiem. Smakiem już niekoniecznie. Jest to osolona herbata z tłuszczem jaka. Gdy tylko wypijamy trochę, pan uzupełnia miseczki. Częstuje nas też naleśnikiem i resztą śniadaniowego zestawu. Żałujemy, że my nie mamy czegoś, czym byśmy mogli ich poczęstować, bo zostały nam tylko nasze chińskie zupki. Jest wesoło i mimo, że się prawie nie rozumiemy, staramy się wzajemnie komunikować. Pojedyncze słówka, tłumacz w telefonie i język gestów muszą nam wystarczyć. Przedstawiamy się, mówimy skąd jesteśmy i co tu robimy. Dowiadujemy się też, że nasi gospodarze, to Apu i Anu. Czas szybko mija, ale nie żałujemy, że zostaliśmy z nimi dłużej, bo właśnie takie spotkania są dla nas najcenniejsze. To właśnie w taki sposób poznajemy prawdziwe życie, często bardzo trudne, ale realne.

Zapowiada się kolejny słoneczny dzień. Przed nami sporo podjazdów, ale widoki sprawiają, że pomimo trudu chce się jechać dalej odkrywać kolejny kilometr. Kilka godzin podjazdu, potem zjazd kilkaset metrów w dół i nagle robi się coraz cieplej, jakby ktoś podkręcił ogrzewanie. Zdejmujemy kolejne warstwy ubrań, nie mogąc się nadziwić, że jeszcze wczoraj marzliśmy wspinając się pod górę. W tym czasie też spotykamy Emre – Francuza, który jedzie na rowerze w przeciwnym kierunku. Podróżuje już od kilku miesięcy, a przed nim jeszcze sporo kilometrów do ojczystego kraju. Wymieniamy się spostrzeżeniami, mailami i ruszamy w dalszą drogę, która dziś jest niesamowicie piękna. Góry, doliny, co jakiś czas jakaś wioseczka i do tego niesamowicie niebieskie niebo. Około 18 docieramy do Baishutai, gdzie tuż na wjeździe podbiega do nas 5 kobiet z wyuczoną formułką po angielsku, że to właśnie u nich mamy przenocować. Trochę nas to dziwi, ale jak się za chwilę okazuje w miasteczku tym jest atrakcja turystyczna. Są nią lodowe tarasy. Ukształtowane przez minerały półki o niesamowitych kolorach i kształtach. Jako, że wstęp oczywiście znowu płatny, wchodzi Szymon z aparatem, a ja zostaję przy rowerach, co jakiś czas zaczepiana przez którąś z pań, tak abym nie zapomniała, że to właśnie u niej jest najlepsze miejsce na nocleg.

 

Następnego dnia wstajemy wcześnie rano, bo przed nami sporo kilometrów. Nie mamy jednak jakiegoś parcia. Jak nie zrobimy ich dziś, bo coś ciekawego nas zatrzyma, to rozbijemy je na dwa dni. Już z samego rana spotykamy Maxime i Josephine – parę rowerzystów z Belgii, a godzinę później na naszej trasie pojawiają się dwóch chłopaków z Francji – Paul i Adrien, koledzy Emre, którego spotkaliśmy dzień wcześniej. Wszyscy jadą w tym samym kierunku, czyli do Mongolii, by później przejechać Rosję koleją transsyberyjską i ostatecznie dotrzeć do swoich krajów. Co jakiś czas nawzajem się mijają. Wszyscy zgodnie twierdzą, że przed nami niesamowite widoki. Czy mogą być jeszcze ładniejsze od tych, które już widzieliśmy?

Do południa wspinamy się na 2800 m.n.p.m, by następnie zjechać 1000 metrów w dół, do samych wrót Wąwozu Skaczącego Tygrysa. Po drodze ratujemy jeszcze wodą rowerzystę z Chin, który jedzie standardowo w przeciwnym kierunku. Jest już 16:00. Zastanawiamy się, czy wjechać do wąwozu, czy rozbić się tuż przed nim. Decydujemy się na to pierwsze. Jednak już po pierwszym kilometrze wiemy, że łatwo nie będzie. I to wcale nie ze względu na podjazdy, bo one owszem są, ale wcale nie takie ciężkie. To co nam rzeczywiście dokucza, to wiatr, który z impetem chce nas zrzucić z rowerów. Z całych sił trzymamy kierownicę, by tylko nie spaść. Za nami już ponad 70 km, a przed nami jeszcze około 30 kilometrów walki o każdy metr. Całe szczęście, że co jakiś czas wiatr ustępuje na moment, to możemy chociaż podziwiać niesamowite widoki. W dole wąwozu nieziemsko niebiesko-zielona, kręta Jangcy, otoczona z obu stron stromymi klifami. Takiego koloru rzeki, jeszcze nigdy wcześniej nie widziałam. Nad naszymi głowami góry Yulong z lewej i dostojna Haba z prawej.

Po kilku kilometrach mamy kolejny przymusowy przystanek i tym razem wcale nie przez wiatr, a przez pana w białej koszuli biegnącego w naszym kierunku. Jak się po chwili okazuje za przejazd tym odcinkiem musimy zapłacić 65 juanów od osoby. Prosimy o telefon do kogoś, kto mówi po angielsku, bo pan i jego koledzy z kanciapy ani słowa w tym języku. Chcemy się dopytać, dlaczego musimy płacić za to, że tylko drogą jedziemy i czy jutro, kiedy to wybierzemy się na trekking po wąwozie, też przyjdzie nam zapłacić tę kwotę. Na szczęście dowiadujemy się, że bilet jest ważny jeden tydzień, ale za przejazd drogą i tak musimy zapłacić więc z lekko skwaszoną miną wyciągamy juany z portfela.

Do Qiaotou zostało nam już tylko 7 kilometrów, a my stoimy, bo drogę zamknęli. Jest już 19:00, zaraz zrobi się ciemno, a my zmęczeni i głodni tkwimy w korowodzie samochodów, nie wiedząc właściwie o co w tym wszystkim chodzi. Wywnioskowaliśmy, że gdzieś w górze jest przebudowa drogi i właśnie ze względu na to musimy tu czekać. Po ponad godzinie przymusowego postoju, w zupełnych ciemnościach z czołówkami na głowach docieramy do miasta, gdzie przez kolejną godzinę szukamy hostelu, próbując wytłumaczyć, że my na 1 noc, ale nasze rowery to już na dwie, bo my w tym czasie wybieramy się na trekking po wąwozie. Uwierzcie, że wytłumaczyć coś takiego nie znając języka do najłatwiejszych nie należy.

Mimo przeszywającego zimna w pierwszym dniu, wspinaczki i wylanego potu w drugim oraz zrzucającego z rowerów wiatru w trzecim stwierdzam, że trasa z Shangri-la do Qiaotou jest jedną z najpiękniejszych, jakie dane mi było do tej pory przejechać. I pomyśleć, że jeszcze rok temu siedziałam za biurkiem w pracy marząc o tym co właśnie zrobiłam. Marzenia są jednak po to aby je spełniać, a najtrudniejszy jest zawsze ten pierwszy krok.

 

A poniżej mapka opisanej trasy.

PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

Ania

Czerpie z życia pełnymi garściami, świat poznaje wielkimi krokami. Rowerem odkrywa światy nieznane, czasami mąż ma z nią „przechlapane”…

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.