Z wizytą u Supermana

Wczesnym rankiem pokonujemy ostatnie wzniesienie i przyjemnym zjazdem witamy Katmandu. Samo miasto nas nie zachwyca. Wąskie, zatłoczone ulice, ruch na drogach okropny i wszechobecne śmieci. Głodni, zaczynamy się szybciej denerwować, a wszystkie bodźce odczuwamy podwójnie. Plan jest więc prosty. Trzeba coś zjeść. Tylko gdzie? Jedziemy do centrum, gdzie też w międzyczasie umawiamy się na spotkanie z osobą z Warmshower, która zgodziła się nas ugościć.

Gdy brzuchy mamy już pełne, czekamy w wyznaczonym miejscu na naszego nowego gospodarza. Po chwili podjeżdża rowerem pewien Nepalczyk. Wiek około 40 lat, dżinsy, jasny T-shirt i czapka z daszkiem na głowie. Macha do nas. W sumie nie jest ciężko nas rozpoznać. Dwóch białych z obładowanymi rowerami. Podjeżdża bliżej, podaje rękę i mówi:

– Cześć! Pushkar jestem. Jedźcie za mną.

Nic więcej. Zero rozmowy. Zbił nas lekko z tropu, ale jedziemy za nim. Sprawnie manewruje w miejskim ruchu. Czasami mamy nawet problem z nadążeniem. Po n-tym zakręcie po małych uliczkach, docieramy. Domek piętrowy, podwórko. Mieszkanie Pushkara znajduje się na parterze. Piętro zajmują jego sąsiedzi z sympatycznymi i niesamowicie rozmownymi synami, którzy już na dzień dobry mianują nas ciocią i wujkiem. W końcu wchodzimy do mieszkania, a Pushkar prowadzi nas do jednego z pokoi i mówi:

– Czujcie się jak u siebie w domu. Tu jest kuchnia, łazienka, wasz pokój, mój i gościnny.

I właśnie ten trzeci robi na nas niesamowite wrażenie. Wygląda niczym muzeum. Wszędzie pełno pamiątek. Tysiące kapsli, monet, kart telefonicznych i innych drobiazgów. Ściany zdobią obrazy i fotografie z młodości. Dookoła zawieszone są flagi przeróżnych krajów. Na półkach albumy ze zdjęciami, notatniki, mapy i przewodniki. Pośród tego wszystkiego odkrywamy nawet aspekty polskie. Kapsel piwa Lech, a w jednym ze skoroszytów notatka prasowa z Gazety Wyborczej na jego temat.

– Kim Ty jesteś? Pytamy zaciekawieni.

– Zwykłym facetem. Tylko jeździłem trochę rowerem.

Po chwili Pushkar znika, bo musi coś jeszcze załatwić. Obiecuje, że wieczorem zabierze nas do pobliskiego supermarketu, gdzie będziemy mogli uzupełnić nasze zapasy. A my nadal zbieramy szczęki z podłogi na widok tego wszystkiego.  Jakby tego było mało jego kuchnia również przypomina małą salę pamięci. Kubki z różnymi sloganami, magnesy na lodówce, a pod ścianą lekko zakurzony, ale niesamowicie klimatyczny rower. To chyba ten, który wiózł Puszkara w przeróżne zakątki tego świata.

Z ciekawości studiujemy jeszcze Internet i dowiadujemy się nieco więcej na temat naszego gospodarza. Otóż według Wikipedii Pushkar Shah jest aktywistą opowiadającym się za pokojem i demokracją jak i podróżnikiem. 29 listopada 1998 roku w wieku 25 lat opuścił rodzinną wieś Makaibari (Rejon Dolakha) i rozpoczął rowerową podróż dookoła świata. Na pożegnanie od matki dostał na drogę 100 nepalskich rupii (około 3,60 zł). Jego celem było szerzenie pokoju, wolności i tolerancji. W ciągu 11 lat odwiedził 150 krajów, a po powrocie jako zwieńczenie wyprawy, wspiął się na Everest.

Wow! Teraz już rozumiemy skąd ta cała kolekcja pamiątek. Postanawiamy później dokładnie o wszystko wypytać Pushkara. Okazja nadarza się kiedy wieczorem siadamy do kolacji, którą to on sam dla nas przygotował na przywitanie. Rząd nepalski zapewnił nam też klimatyczną atmosferę, wyłączając prąd, więc na stół powędrowały świece. I tak przy ich blasku Pushkar w końcu opowiedział nam nieco więcej o sobie i jego przygodach. A miał ich trochę. Co ciekawe odwiedził też Polskę.

– I jakie wspomnienia wywiozłeś z naszego kraju?

– Oh sporo, ale jedna najbardziej zapadła mi w pamięci. Otóż kiedyś spałem w jednym z niskobudżetowych hotelików, gdzie w pokoju wieloosobowym oprócz mnie była Niemka i dwóch Francuzów. Rankiem dziewczyna opuszczała pokój jako pierwsza, a my faceci nieco zwlekaliśmy z pakowaniem. W końcu byłem prawie gotowy do drogi, tylko brakowało moich spodni. Dodam, że jedynych. Pytam chłopaków, czy przypadkiem ich nie widzieli. Wskazują na jedne leżące na krześle. Przyglądam się im dokładnie i już na pierwszy rzut oka widać, że to damskie. Ale gdzie są w takim razie moje? Najprawdopodobniej Niemka przez przypadek spakowała moje, a zapomniała o swoich. Wtedy jeden z Francuzów na pocieszenie rzucił, że przynajmniej teraz będę seksownie wyglądał w tych dżinsach.

Rankiem, kiedy spotykamy się ponownie wszyscy w kuchni, w oczy rzuca nam się jeden magnes przywieszony na lodówce. Mianowicie informuje on o przejechaniu na rowerze Wielkiego Szlaku Himalajskiego. Szybko pytamy naszego gospodarza, czy dokonał tego wyczynu. Pada tylko krótka odpowiedź:

– Tak. Dwa razy.

Cały Pushkar. Niesamowicie skromny. Szymon jeszcze długo nie mógł wyjść z podziwu i tłumaczył mi jakim wyczynem jest pokonanie Wielkiego Szlaku Himalajskiego. Przenoszenie roweru w takim terenie często jest normą.  Pushkar jak sam mówi, zaciągnął podczas swojej podróży duży dług wdzięczności u ludzi i teraz jest jego kolej go spłacać. O cokolwiek się go pytamy próbuje nam podpowiedzieć i wytłumaczyć. Jego historie można natomiast słuchać godzinami. Szkoda tylko, że jego książka jest wyłącznie w języku nepalskim, ale kto wie może kiedyś pojawi się wersja angielska.

Pod wieczór dołącza do nas jeszcze jedna rowerzystka. Jest nią Rocio z Hiszpanii, która ostatnio mieszkała w Japonii. Tam też zaczęła się jej miłość do podróży rowerowych. W obecnej jest już od trzech lat i tak naprawdę nie wie kiedy skończy. Jedzie przed siebie, a jeżeli jest coś po drodze, co ją zafascynuje, to zatrzymuje się tam na dłużej. Z Rocio szybko łapiemy wspólny język. Wieczorne kolacje przy świecach i długie rozmowy są już normą. Często też Pushkar wyciąga gitarę i przy jej dźwiękach śpiewa napisane przez siebie piosenki. Rocio w Katmandu musi pozałatwiać kilka spraw, a i my jeszcze trochę tu zabawimy oczekując na wyrobienie wiz. Wspólnie też naprawiamy rowery i szykujemy się do dalszej drogi. My na wschód, Rocio na zachód. Jesteśmy więc niesamowicie wdzięczni Pushkarowi za gościnność. Pozwala on nam nawet zostać u niego, kiedy sam musi wyjechać do rodzinnej wsi. Cały czas udziela się humanitarnie, szczególnie teraz kiedy jego dom ucierpiał podczas kwietniowego trzęsienia ziemi. Jego matka jednak nie chce przenieść się do miasta, gdyż jak twierdzi jej całe życie jest tam na wsi. Zatem jeździ Pushkar pomiędzy stolicą, a rodzinną wsią. Choć jak sam stwierdził, on najlepiej czuje się w górach, w domu. A do Katmandu ostatnio wraca, gdy ma coś do załatwienia lub trzeba promować książkę, którą napisał po powrocie z podróży, czy też jak w naszym przypadku, gdy przyjeżdżają goście.

Podczas jednej z naszych wspólnych kolacji Pushkar zapytany o trudne sytuacje podczas podróży, opowiada jak dwa razy skradziono mu rower, kilkakrotnie napadnięto i raz nawet porwano. I to właśnie ta historia o porwaniu w Meksyku i wywiezieniu na pustynię, mrozi nam nieco krew w żyłach. Całe szczęście udało mu się uciec i wyjść z tego cało. Choć on sam twierdzi, te kilka dni strachu są niczym w porównaniu z 11 latami w podróży.

Ponieważ Pushkara marzeniem jest odwiedzenie wszystkich krajów na świecie, jest szansa, że będzie kiedyś przejeżdżał ponownie przez Polskę w drodze z Białorusi, której nie udało mu się jeszcze zobaczyć. Dlatego jeżeli zauważycie pewnego dnia Nepalczyka na rowerze, jest duża szansa, że będzie to właśnie Superman Pushkar.

[Styczeń 2016]

PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

Ania

Czerpie z życia pełnymi garściami, świat poznaje wielkimi krokami. Rowerem odkrywa światy nieznane, czasami mąż ma z nią „przechlapane”…

2 myśli na temat “Z wizytą u Supermana

    1. Cała Rocio, ciągle w drodze, niespiesznie poznaje kraje, które odwiedza 🙂 Ciekawe kiedy w końcu dotrze do Polski? 🙂 Ewcyna, szerokiej drogi!

Dodaj komentarz