Zdrastwujtie z Rosji

Chcąc powitać Rosję z pierwszym dniem ważności naszej wizy, z samego rana stawiliśmy się na granicy mongolsko-rosyjskiej w Altan Bulag. Wiedzieliśmy już wcześniej, że przejściem granicznym pomiędzy Rosją, a Mongolią nie damy rady przejechać na rowerach czy też przejść pieszo. Pozostało więc nam złapać tira lub poszukać innego płatnego transportu. Jak się okazało z tirami nie było tak łatwo. Po pierwsze przez dwie godziny przejechały zaledwie dwa, a po drugie nie za bardzo mogły nas wziąć. W międzyczasie próbowano nam sprzedać przejazd taksówką. Niestety kierowcy zdecydowanie za drogo cenili swoje usługi. Postanowiliśmy zatem poczekać cierpliwie, jednocześnie zbijając z ceny. Nagle podjechał pewien pickup. Postanowiliśmy zatem spróbować szczęścia. Kierowca spojrzawszy na nas, od razu wiedział o co chodzi. Po krótkim targu doszliśmy do porozumienia. Jak się okazało trafiliśmy na odpowiednią osobę. Już samo wyprzedzenie części osób w kolejce zaoszczędziło nam masę czasu. Pogranicznicy znali go na tyle, że po stronie mongolskiej za dużo go nawet nie sprawdzali. Nas spytali tylko o zawartość sakw. Strona rosyjska zdecydowanie skrupulatniej wzięła się za trzepanie przyjezdnych. Na początek ogólne przejrzenie samochodu i pytania o sakwy. Po kilkunastu minutach do akcji wkroczył X-ray, tak na dokładkę. Generalnie cała zabawa z przekroczeniem granicy zajęła nam około dwóch godzin. To i tak szybko zważywszy na czas jaki stały pozostałe samochody czy tiry. Okazało się, że wyprzedziliśmy tira, z którym to próbowaliśmy się rano zabrać, a który niestety był tak zapakowany, że nie było już dla nas miejsca. A to oznacza, że stał on ponad 4 godziny na tym przejściu.

Gdy w końcu nasze jednoślady i my sami staliśmy z paszportami, a w nich z wbitymi pieczątkami, na ziemi rosyjskiej, naszym oczom ukazał się sporych rozmiarów, jak na tamte tereny, budynek przy którym kręciło się sporo ludzi. Postanowiliśmy sami sprawdzić co jest w środku. Ku naszemu zaskoczeniu okazało się, że jest to nowo wybudowany supermarket. Nawet jeszcze pozostałości po balonach z uroczystego otwarcia zostały, a koszyki i sklepowe półki świeciły nowością. Jednak co innego nas w tam wprawiło w osłupienie. Dla wielu z Was wyda to się pewnie śmieszne, ale my trafiliśmy tam na produkty, które ostatni raz jedliśmy kilka miesięcy temu, jeszcze w Polsce. Znaleźliśmy tak chociażby chleb, taki najprawdziwszy, a nie żadną gąbkę. W sumie pod tym sklepem spędziliśmy sporo czasu. Zdążyło popadać, na tyle, że z naszych rowerów woda ściekała, a studzienki kanalizacyjne nie nadążały odprowadzać wody. Zdążyło też już nawet wyschnąć, a my nadal tam siedzieliśmy zajadając się owocami i innymi zdobyczami. Przy okazji porozmawialiśmy też z kilkoma osobami o sytuacji politycznej, zostaliśmy poczęstowani lokalnym piwem i zrobiono sobie z nami zdjęcie. Takim to sposobem zadowoleni z pełnymi brzuchami, wyruszyliśmy po południu, ciekawi co przyniesie nam pierwszy dzień w Rosji.

A ten przyniósł nam w sumie niewiele. Kilkanaście samochodów, które nas minęły. Zero sklepów. Żadnej miejscowości. Sama tajga, lub stepy, troszkę dziur w drodze i wszędobylskie muchy i komary, które atakowały na każdym postoju. Jednym słowem Syberia. A wiecie co? Nam mimo to się bardzo podobało. No może poza wiatrem w twarz, który jakimś cudem zawsze chciał nam przeszkadzać i z premedytacją wiał prosto w twarz. Kolejny dzień nie przyniósł zbyt wielkich zmian. Lasy, droga i dopiero w drugiej jego części pojawiły się jakieś wioski. Sklepów jak na lekarstwo. Czasem bardzo ciężko je zlokalizować. A zaopatrzenie podstawowe, z czego część produktów często przeterminowanych. Nawet w większych miejscowościach trzeba na to uważać. Sami przekonaliśmy się na własnej skórze o tym, że nieważne ile osób chodzi do sklepu, zawsze trzeba mieć baczne oko na to co się kupuje. My nacięliśmy się na ciastkach, które jak się okazało leżały zdecydowanie za długo i nawet co nieco postanowiło na nich urosnąć. Szkoda tylko, że byliśmy na tyle głodni, że zorientowaliśmy się o tym praktycznie przy ostatnim kęsie.

Syberyjskie wsie wyglądają zupełnie inaczej od tych, które mijaliśmy w Mongolii. Przede wszystkim jest więcej lasów, a co za tym idzie, zdecydowanie więcej drewna. I właśnie z niego budowanych jest większość budynków. Drewniane domki w większości są bardzo podobne do siebie a mimo to wyróżniają się kolorystyką. Rosjanie ubarwiają je na różne kolory. Dominuje niebieski i zielony, ale są też inne. Do tego charakterystyczne zdobione drewniane okiennice. Przed domami stoją stare łady, wołgi czy łazy. Średnia wieku tych aut, to tak na oko 30 lat. Ale działają. I to dla mieszkańców chyba jest najważniejsze. O normach spalin tutaj nikt raczej nie słyszał, także gdy jedzie się za takimi, co tu dużo pisać antykami, nawdycha się niemało oparów. Jednak ta cała mieszanka ma niesamowity klimat. Gdy do tego dorzucimy jeszcze babuszki i dziadków siedzących na ławeczkach i plotkujący o nowościach we wsi, czy też dzieciaki na rowerach jadące nad rzekę, albo ludzi w sile wieku pracujących przy zwożeniu siana, to wszystko daje niepowtarzalny klimat tego miejsca, który jest dokładnie taki, jakim go sobie wyobrażaliśmy. Niestety nie zaprezentujemy Wam zdjęć tych osób, bo po prostu osoby te w większości nie chciały być fotografowane. Po krótkiej rozmowie same stwierdziły, że mamy iść zdjęcia młodym robić, a nie im starym, pomarszczonym. I nawet ja nie umiejący rosyjskiego to zrozumiałem i nie potrzebowałem Ani do pomocy w przetłumaczeniu. Tak się dobrze składa, że język rosyjski jest bardzo podobny do polskiego. Na tyle podobny, że nawet jeżeli nie umie się ani słowa to część słów rosyjskich można zrozumieć. Także jeżeli ktoś ma obawy przed podróżą do innych krajów, ze względu na brak znajomości obcego języka, to spokojnie może jechać choćby do Rosji. Znajomość polskiego w zupełności wystarczy na początek, a resztę podstawowych zwrotów można nauczyć się na miejscu. Sami przeprowadziliśmy z Rosjanami wiele długich rozmów, na przeróżne tematy, czasem takie podstawowe, a czasem i takie trudniejsze. Jeżeli ma się marzenia, to język nie powinien być wymówką, aby gdzieś nie jechać. Oczywiście przydaje się znajomość lokalnego języka. Jest wtedy zdecydowanie prościej. Można porozmawiać na wiele różnych tematów dotyczących danego kraju i lepiej poznać obyczaje czy problemy ludzi. Jednak nie wszyscy jesteśmy poliglotami i zawsze w ostateczności pozostaje niezastąpiony język gestów, czy też zwykła kartka papieru i długopis.

Pierwszym większym miastem, które odwiedziliśmy w Rosji, było Ułan Ude. Dla nas tak naprawdę był to odpoczynek od pedałowania. Zostaliśmy tam dwa dni i prawdę mówiąc nie ciągnęło nas by wyjść na miasto. Ale tak już chyba mają prawie wszyscy rowerzyści włóczący się przez dłuższy czas na rowerze. Wielu, których spotykaliśmy na trasie, tylko potwierdzało nasze przypuszczenia. Czasami potrzebna jest chwila oddechu. Osoby mające 3-4 tygodnie wolnego oczywiście nie mogą sobie na taki luksus pozwolić. Sami byliśmy w takiej sytuacji i doskonale znamy te realia. Teraz jednak mamy taką możliwość i dzięki niej podładowaliśmy troszkę nasze wewnętrzne baterie. A miasto? Przyznam szczerze, że dotarliśmy do głowy Lenina i poszwendaliśmy się po kilku głównych ulicach. Zdajemy sobie sprawę, że ciekawych miejsc jest tam zdecydowanie więcej. Nas jednak ciągnie bardziej do natury, przestrzeni i przede wszystkim do poznania ludzi, aniżeli miejskiej architektury, więc jakoś mocno nie żałowaliśmy. Niewątpliwie jednak muszę wspomnieć o czymś co na pierwszy rzut oka uderzyło mnie w rosyjskich miasteczkach. Są to bowiem ogromne ilości kwasu chlebowego  jaki Rosjanie spożywają. Był on już co prawda dostępny w Mongolii, ale to właśnie w Rosji jest on najczęściej pity. W miastach w wielu miejscach ustawione są beczkowozy z tym lubianym trunkiem, a półki sklepowe oferują wiele rodzajów tego napoju. Także jeżeli ktoś jest koneserem kwasu chlebowego, albo chciałby sprawdzić jak on smakuje, Rosja jest idealnym miejscem na urlop. A o tym co jeszcze urzekło nas w Rosji, napiszemy nieco więcej w kolejnych postach.

[Sierpień 2015]


PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

Szymon

Rower, góry i lampiony – to jego świat u boku żony!

8 myśli na temat “Zdrastwujtie z Rosji

  1. Аня, Шимон ! Приветствуем Вас-Оля,Валентин из Иркутска. Мы потеряли вас из виду. Дело в том что недавно я вернулся из велопохода по Китаю. Мой позывной сейчас- ”veloskitales”.В будущем планирую продолжить свои велоскитания там же. И повторить ваш переход на Корею.Конечно, такого вида путешествия впечатляют! Это совсем другое мироощущение. Удачи Вам!

    1. Валентин, Как мы хотели отправлять фотографии на Ваш новой адрес почты, но он не работает. Мы послали по старому адресу электронной почты. Мы надеемся, что вы получили. Приветствую Вас!

  2. Аня,Шимон ! Приветствуем Вас из Иркутска-Оля,Валентин. Мы вас потеряли. Дело в том что я в одиночку вернулся из велопохода по Китаю. Мой позывной теперь -„велоскиталец”. Конечно такого вида путешествия впечатляют. Это совсем другое мироощущение! В дальнейшем планирую туда же. И повторить ваш переход на Корею. Удачи Вам!

    1. Оля,Валентин, Мы очень рады, что вы пишете! Мы тоже рады, что Ваша поездка велосипеда удался. Пальцы пересеклись следующе! Мы отправили Вам фото и сообщение по электронной почте. Еще раз большое спасибо за Ваше гостеприимство. Приветствую Вас!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.