Kazachstan naszym arbuzowym rajem

Wjeżdżając do Kazachstanu nie mamy zbyt wygórowanych życzeń. Tak naprawę ma to być dla na nas kraj tranzytowy. Posiadamy co prawda miesięczną wizę, jednak ciągnie nas na południe w góry. Zwłaszcza, że jest już koniec sierpnia, a my mamy jeszcze masę kilometrów do zrobienia. Planujemy zatem przejazd pociągiem, by nie tracić czasu. Przedtem jednak decydujemy się na przejazd po północnej części Kazachstanu, tak by chociaż odrobinę poznać ten kraj.

Nasza wiedza o nim tak naprawdę ograniczała się do informacji typu: „to bardzo duży kraj”, ” jest mnóstwo stepów”, „Kazachowie są mocni w sportach siłowych”. Poza kilkoma innymi drobiazgami, to wszystko co przychodzi nam w tym czasie do głowy. Resztę ma przynieść życie. Pierwszy kontakt łapiemy już na granicy. Język rosyjski w użyciu, a pogranicznicy mili i ciekawi co nas przygnało w te strony. Jeszcze wybiórcza inspekcja bagażu i w drogę. Tuż za granicą pierwsza wieś, sklep i zaproszenie do domu. Niestety od podchmielonego Kazacha, więc za zaproszenie grzecznie dziękujemy. Pan jednak jest zdecydowany nas koniecznie ugościć, więc rozmowa trwa w najlepsze. Ekspedientka ze sklepu chcąc nam pomóc stara się wyprosić ciężko już stąpającego gościa, jednak on nie daje za wygraną. Z pomocą zresztą przychodzi mu jego kompan, który dołączywszy zaczyna zadawać te same co poprzednik pytania. W międzyczasie pojawia się też skrzywiona staruszka w kolorowym fartuchu i chuście na głowie. Z pozoru słabiutka i schorowana, a w rzeczywistości okazuje się całkiem krzepką babką. Jak się zamachnie, to raz jednego pacnie po głowie, a po chwili i drugiemu się obrywa. „Do domu!” – krzyczy. Rozmowny pan okazuje się bowiem jej synem, który jak się domyślamy, często znika wieczorami. Nie słucha on jednak kobieciny i zostaje przy nas. Zaskakuje nas fakt, że ten potężnie zbudowany człowiek, nie podnosi ręki na matkę, a z pokorą pochyla głowę. Sklepikarce cała ta sytuacja zaczyna mocno przeszkadzać. Chwyta za telefon i zadzwoni na milicję z prośbą o interwencję. Po chwili pod sklep podjeżdża stara łada, a w niej siedzi mężczyzna w mundurze. Mamy wrażenie, że wszyscy się tu doskonale znają. Coś w rodzaju „Rancza”. Mundurowy wysiada z auta i podchodzi do chłopaków. Szybka rozmowa i już po chwili znikają. Dopiliśmy szybko wodę i postanawiamy się ewakuować z tej wioski, delikatnie tłumacząc wszystkim, że pomimo zachodzącego już słońca chcemy jechać dalej. Ostatecznie namiot rozbijamy nad uroczym jeziorkiem, kilka kilometrów za wioską.

Kolejne dni to tak naprawdę jazda po dobrej jakości, płaskim asfalcie. Szkoda tylko, że tradycja zostaje podtrzymana i kolejny już raz mamy wiatr w twarz. Jeden z obiadów jemy w małej lokalnej restauracji. Może to za dużo powiedziane. To raczej przydrożny bar. Puree z kurczakiem i jakaś surówka. Nasi sąsiedzi ze stolika obok chyba zaciekawieni naszym językiem postanowili zagaić, gdy skończyliśmy. Po krótkiej rozmowie znamy już skład ich rodzin i wiemy, że pracowali wcześniej w Rosji jako kierowcy kamazów. Zdają nam też raport ze stanu drogi do Pavlodara w którego kierunku zmierzamy. Niestety okazuje się, że czeka nas przeprawa po odcinku, gdzie aktualnie prowadzone są roboty drogowe, a dokładnie przebudowa starego pasa. I tu ciekawostka. W Kazachstanie nie ma potrzeby robienia mijanek, czy też ograniczania szerokości pasa. Tam po prostu spychacz przejeżdża po stepie i robi nową szutrową trasę wzdłuż remontowanego odcinka. Ruch w obie strony, brak kolejek. Można powiedzieć, że to świetny pomysł. Niestety po przejechaniu kilku kilometrów tym odcinkiem, już wiemy, że do przyjemnych on nie należy. Gdy tylko coś nas mija na tej suchej drodze, wznoszą się potężne chmury kurzu. Niewiele też daje polewanie wodą, gdyż po niecałych 15 minutach ziemia jest ponownie sucha. A kierowcy nic nie robią sobie z takich rowerzystów jak my. Jeżdżą bardzo szybko nawet po koleinach, czy też tarce. Nasze rowery po takim odcinku wyglądają jakby spadł na nie pył wulkaniczny. Całe szczęście, że to tylko kilkadziesiąt kilometrów.

Wykończeni tym remontowanym odcinkiem robimy sobie przerwę tuż przy samym zjeździe z niego. Zachęca do tego jedno z wielu stoisk z arbuzami, a nasze żołądki przyklaskują temu pomysłowi. Kupujemy więc pięciokilogramowego arbuza i na poczekaniu zaczynamy go pałaszować. Pani u której kupiliśmy nasz posiłek przynosi nam koc, abyśmy mogli usiąść na ziemi. Już po chwili nawiązuje się rozmowa. Dołącza inna osoba. Padają luźne pytania czy podoba nam się Kazachstan, skąd jesteśmy i tym podobne. Rozmawiamy jeszcze o arbuzach. Dowiadujemy się, że część z nich jest z Kazachstanu, inne z Kirgistanu. Duża ich ilość jest też eksportowana do Rosji. Tak oto na miłej rozmowie mija nam posiłek. Na pożegnanie zostajemy jeszcze obdarowani słoikiem miodu i kolejnym arbuzem. „Abyście dobrze wspominali Kazachstan” – mówią wręczając podarunki. I faktycznie. Pisząc ten tekst, gdy już przejechaliśmy ten kraj, wspominamy Kazachstan arbuzowo. Soczyste, słodkie i przede wszystkim tanie arbuzy stanowiły bowiem sporą część naszych posiłków w tym kraju. Stąd też nazwaliśmy go Arbuzowym Rajem.

[Sierpień 2015]


PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

Szymon

Rower, góry i lampiony – to jego świat u boku żony!

2 myśli na temat “Kazachstan naszym arbuzowym rajem

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.