Małe historie z Doliny Bartang

Dzisiejszy wpis jest zbiorem krótkich historii, które przytrafiły nam się w Dolinie Bartang. Jest też nieco więcej o ludziach, których poznaliśmy, bo to oni są najistotniejszym pierwiastkiem naszych podróży. Mamy nadzieję, że choć odrobinę przybliżymy klimat i emocje, które nam towarzyszyły.

Swaty

Autor: Szymon

Jedziemy przez pewną wieś, pomarańczowe, czerwone drzewa dookoła nas. Droga jest wąska i szutrowa. Co jakiś czas wyrasta z niej jakiś kamień nie pozwalający nam skupić się na tych widokach. Chłoniemy więc to co zdążymy i dyskutujemy w najlepsze. Od tej paplaniny zaschło nam w gardłach, więc zatrzymujemy się, aby napić się wody. Nie minęło nawet 30 sekund, a ktoś do nas coś woła. Odwracamy się i widzimy młodą dziewczynę zapraszającą nas na czaj. Na imię ma Parina, a jej uśmiech jest tak zarażający, że i my z ogromnym zadowoleniem przyjmujemy zaproszenie. Takie momenty, to przecież najlepszy sposób na poznanie kraju i ludzi w nim mieszkających. Co nas zaskoczyło już na samym początku, to fakt, że odezwała się ona do nas po angielsku, a nie jak wszyscy do tej pory po rosyjsku.

Zaprowadzeni zostajemy do dużej komnaty z otworem w dachu. Już wiemy, że to główne pomieszczenie w tradycyjnym domu pamirskim. Na stoliku obok ląduje standardowo cerata, lepioszka, cukierki, czaj i trzy czarki. Dlaczego tylko trzy, przecież w domu jest więcej osób? Nauczeni wcześniejszymi wizytami w pamirskich domach już wiemy, że herbatę pić będziemy tylko z głową rodziny. Obok nas siada więc starszy mężczyzna, jak się okazuje teść dziewczyny. Rozmowa tym razem odbywa się po rosyjsku w którym to orłami nie jesteśmy, ale jakoś się dogadujemy. Gdy przychodzi Parina, przechodzimy w angielski. Od niej dowiadujemy się, że mieszka w tym domu dopiero od tygodnia, a wcześniej żyła z rodzicami w Duszanbe. Zaintrygowało nas to. Dopytujemy więc jak to się stało, że dziewczyna ze stolicy przeniosła się do tak małej wsi. Parina opowiedziała nam troszkę o sobie. Skończyła turystykę i to właśnie na studiach nauczyła się angielskiego.

– I tam poznałaś swojego męża? – dopytuje Ania.

Tym razem odpowiedź nas lekko zaskoczyła. Wyglądało to mniej więcej tak. Chłopak, obecny mąż Pariny, przebywając w Duszanbe, zauważył na ulicy młodą dziewczynę, która mu się spodobała. Dowiedział się, gdzie ona mieszka i po kilku dniach, gdy już wrócił do swojej wsi, odbył poważną rozmowę z rodzicami. Po niej, już całą trójką wybrali się do stolicy, do domu dziewczyny. Rodzice z obu stron uzgadniali ze sobą szczegóły ewentualnego małżeństwa. To też wtedy nastąpiło tak naprawdę pierwsze spotkanie Pariny z owym chłopakiem. Nie wiemy w dokładnie co na takich spotkaniach się omawia. Wiemy tylko, że dziewczyna została poproszona do pokoju i zapytano się jej wprost, czy nie widzi żadnych przeszkód, by poślubić tego chłopaka. Niestety dziewczyny nie mają za dużo do powiedzenia w tej kwestii, więc Parina zgodziła się, ufając zapewne, że wybór rodziców jest przemyślany i trafny. Tak skończyło się też pierwsze spotkanie młodych. Drugie nastąpiło dopiero w trakcie ceremonii ślubnej. Nam Europejczykom wydaje się to dziwne i po części krzywdzące. My z wrażenia nie wiedzieliśmy co powiedzieć. Po chwili konsternacji dopytaliśmy się o kilka szczegółów. Parina po tygodniu zamążpójścia jest zadowolona. Mąż jest bardzo pomocny, zasięg komórkowy tam jeszcze działa, więc z mamą porozmawiać może. Co prawda Internetu brak, a prąd mają tylko z solara, ale to wystarcza. Jej mąż, jak zresztą wielu mężczyzn w tamtych stronach nie ma pracy. Domem zajmuje się teściowa i od tygodnia Parina. Mówi, że jest szczęśliwa.

Dla każdego inne jest pojęcie szczęścia. Nie nam oceniać tradycji i przekonań. Byliśmy tam zaledwie godzinę, więc od wszelkich osądów, czy wniosków jesteśmy wielce dalecy, ale dziwnie nam było, gdy przez ten cały czas Parina biegała pomiędzy nami, kuchnią, a podwórkiem, gdzie przygotowywała obiad i rąbała drewno na opał, a jej mąż w tym samym czasie oglądał Rambo na DVD.

Sezon na jabłka

Autor: Szymon

Kolejna wieś, gdzieś na początku Doliny Bartang. Tym razem zatrzymujemy się widząc maleńki sklepik. Kupujemy jakieś słodkości i zaczynamy zjadać na poczekaniu. Dookoła nas biegają psy, ludzie gdzieś zajęci pracą w ogródkach nie zwracają na nas uwagi. Gdy tak kończymy ostatniego czekoladowego wafla, podchodzi do nas pani u której przed chwilą robiłem zakupy.

– Jabłek nie chcecie? – pyta kobieta.

– A za ile? -odpowiadam.

– Za darmo, ile chcecie sobie zerwijcie, o tam z tego drzewa – odpowiada kobiecina.

Takim to sposobem mamy już zapas jabłek do naszej owsianki na kolejne dni.

Nie był to jedyny kontakt z tadżyckim sadem. Dosłownie po kilku dniach od owego zdarzenia, gdy skończyły się nam nasze zapasy, dostaliśmy kolejne zaproszenie do sadu. Jedziemy drogą. Jakieś 100 metrów od nas mężczyźni ładują siano na przyczepę. Gdy nas zauważają, rozpoczynają się przyjazne nawoływania. Po krótkiej rozmowie ponownie żegnamy się obdarowani workiem soczystych jabłek.

Przeprawa

Autor: Szymon

W Dolinie Bartang w wielu miejscach trzeba przekraczać rzekę. W kilku z ich są mosty, w innych przeskakuje się z kamienia na kamień. Czasem taką kamienną ścieżkę trzeba sobie samemu zrobić. Październik pod tym względem potrafi jednak rozpieszczać. Jest mało wody, więc w porównaniu do innych miesięcy takich przeszkód jest zdecydowanie mniej. Jedna z nich jednak zasługuje na szczególną uwagę. Rzeka szeroka na kilka metrów, lodowata woda po kolana, a nurt na tyle wartki, że trzeba uważać by się nie przewrócić. O tej przeprawie wiedzieliśmy już wcześniej za sprawą Marty i Dawida, którzy miesiąc wcześniej pokonywali tę trasę.

– Dotarliśmy i co teraz? – myślimy sobie, szukając jednocześnie odpowiedniego miejsca na przejście. Może coś się zmieniło przez miesiąc? Niestety nic nie znajdujemy.

– Trzeba będzie wszystko przenosić w lodowatej wodzie – mówię do Ani, gdy oboje stoimy obok siebie wpatrzeni w drugi brzeg.

Nic a nic nam się nie chce. Można powiedzieć, że stoimy jak takie kołki i czekamy na cud. W międzyczasie słyszymy nagle w oddali warkot silnika. Po chwili z przeciwnej strony wyłania się rosyjski UAZ 452 minibus. To samochód, który jako jeden z nielicznych porusza się po tych terenach. Stara dobra konstrukcja radzi sobie wyśmienicie w tych ciężkich warunkach. Kwestią inną jest jednak jego awaryjność, ale to odrębny temat. Na naszych oczach w pełni załadowany UAZ bez większego zastanowienia wjeżdża w rzekę i już po chwili jest na naszym brzegu. Kierowca zatrzymuje się, a jeden z pasażerów zagaduje nas skąd jesteśmy. Odpowiadamy, że z Polski. Kolejnym jego pytaniem, okazał się nasz upragniony cud.

– Czy chcecie abyśmy przewieźli was przez rzekę? – pada z ust mężczyzny.

– Jasne, że tak o ile oczywiście jest taka możliwość! – odpowiadamy zadowoleni.

Po chwili z minibusa wychodzi grupka pasażerów, a my zdejmujemy pospiesznie sakwy z rowerów i ładujemy je do środka. Dobre 5 -10 min i z całym majdanem jesteśmy już na drugim brzegu. O pieniądzach za przejazd nasi wybawcy nie chcą nawet słyszeć. Wystarczy im zwykłe „Spasiba!”. Wszystko dzieje się w takim tempie, że nawet aparatu zapominam wyciągnąć, więc zdjęcia naszych wybawicieli nie mamy. Jednak z czystym sumieniem możemy przyznać, że Pamirczycy są niesamowicie pomocni. Bo przyznajcie sami, komu chciałoby się zatrzymywać po to tylko, aby przewieźć dwoje obcych rowerzystów przez rzekę?

Zachaditie!

Autor: Ania

Dochodzi 18:00. Zaraz zajdzie słońce. A przed nami rysuje się kolejny podjazd, chyba jeszcze bardziej stromy niż wcześniej. Z prawej wąwóz z Bartang w dole. Z lewej pionowa ściana, a pośrodku my na wąskiej ścieżynce. Nie ma gdzie postawić namiotu. Ostatkiem sił wpycham mój rower pod górę. Wiatr się nasila. Wieje na szczęście w plecy, a to często się nie zdarza. W sumie to dopiero trzeci dzień z całego naszego pobytu w Tadżykistanie. Gdy w końcu docieramy na przełęcz widzimy w dole zarysy maleńkiej wsi. Pchani przez wiatr zaczynamy zjeżdżać. Zaciskam mocno oba hamulce, manewrując jednocześnie pomiędzy kamieniami, a grząskim piaskiem. W oddali, po prawej stronie dostrzegam pewną postać.

– To motor? Rower? – pytam Szymona.

Gdy podjeżdżamy bliżej, okazuje się, że to chłopak na osiołku przewożący jakieś ciężkie worki.

– A możemy tu gdzieś rozbić namiot? – pytamy chłopaka, gdy w końcu go doganiamy.

– A po co Wam namiot? Wieje strasznie. U mnie w domu jest miejsce – odpowiada chłopak z uśmiecham na twarzy.

– Ale my nie chcemy problemu robić.

– Jaki problem? Przecież my wszyscy równi. Zachaditie!

No to poszliśmy. Lepianka. Jedna duża komnata. Na środku koza dookoła której stoją podesty wyłożone dywanami i poduszkami. Na ścianach również dywany. Okien nie ma, bo ciepło szybciej ucieka, a i droższe w budowie. Jedyne światło wpada przez otwór w dachu, którym wychodzi komin od kozy. Nasz gospodarz mieszka tu z żoną i matką. Są świeżo upieczonym małżeństwem i nie mają jeszcze dzieci.

Gdy tylko przestępujemy próg, dostajemy miejsce na podeście. Kobiety przynoszą poduszki, obok nas ląduje cerata, na niej lepioszka – chleb pamirski domowej roboty i standardowo czaj. Matka chłopaka z dna dużego kufra wyciąga paczkę cukierków, którymi nas częstuje. Po chwili dostajemy też kolację, smażone ziemniaki z cebulą. Nasze porcje są dwa razy większe od tych, które nałożyli sobie nasi gospodarze.

Niestety z pracą u nich słabo. Latem chłopak przez trzy miesiące buduje domy, a potem pracy brak. Zresztą zimą i wiosną droga w Bartang praktycznie jest nieprzejezdna. Tylko raz do roku jadą oni do Chorog po większe zakupy. Ale kupić za dużo też nie mogą, bo za przewóz bagaży płacą dodatkowo. Żyją z dnia na dzień, uprawiając niewielkie poletka i hodując kozy. O wycieczkach nawet nie myślą, choć piechotą w trzy dni nad Sarez raz się wybrali.

Gdy już w środku ciemno, a my zawijamy się w śpiwory ciesząc się ostatnimi płomieniami wydobywającymi się z kozy, nasi gospodarze razem klękają do modlitwy. Dopiero po niej zasypiają, a wraz z nimi gasną ostatnie płomienie w piecyku.

Spawarka

Autor: Szymon

Tak to w życiu jest, że możesz być najlepiej przygotowany jak tylko umiesz, a i tak przytrafi Ci się coś czego się nie spodziewasz. Tak też było i w naszym wypadku. Mieliśmy zapasowe dętki, opony, masę śrubek, opaski zaciskowe i inne rzeczy. Na nic jednak one wszystkie się zdały w obliczu pękniętego mocowania bagażnika. Na marginesie dodam, że do producenta nie mogę mieć pretensji, bo o ile w Ani rowerze mógłbym się poskarżyć na słabą jakość materiałów, o tyle w moim ze względu na sporo przekroczony, dopuszczalny limit bagażu, czegoś takiego uczynić nie mogę. No dobrze wróćmy do problemu, który przecież jest i w normalnych okolicznościach pewnie szybko udałoby mi się go naprawić. Tak jak to miało zresztą miejsce w Wachanie, gdzie Ani rower zaskoczył nas dokładnie taką samą usterką. Niestety w Dolinie Bartang znalezienie spawarki już takie łatwe nie jest. Nawet jeżeli się ją znajdzie, to trzeba mieć szczęście i trafić w „czas”, gdy będzie prąd. A z doświadczenia już wiemy, że wraz z minięciem pierwszych wiosek w dolinie jest to prawie niewykonalne. Przynajmniej teraz. Może w przyszłości to się zmieni, jednak tak długo czekać nie możemy. Nie pozostało mi nic innego jak stworzyć prowizorkę, która powinna wytrzymać 300 kilometrów pamirskich dróg. Mój przepis na prowizorkę? Nie ważne jak wygląda, ma po prostu spełniać swoje zadanie. I tak nie mając zbyt wielu narzędzi, o materiałach już nie wspominając, za pomocą zardzewiałej puszki po piwie oraz drutu wyciągniętego z płotu naszego gospodarza, stworzyłem coś co raczej przypominało kupę złomu, aniżeli mocowanie bagażnika. Ale nie narzekałem. Do konkursu piękności wystawiać roweru nie zamierzałem, a bagażnik zachowywał się stabilnie na czym najbardziej mi zależało. W kolejnych dniach w myślach stworzyłem jeszcze z dwa plany awaryjne w razie uszkodzenia mojej prowizorki. Jak się okazało, nie były one konieczne, bo wytrzymała ona dalszą drogę, aż do miejsca gdzie mogliśmy już pospawać uszkodzony wspornik.

Zbędny luksus

Autor: Ania

Scenariusz zaproszenia na nocleg podobny do wszystkich pozostałych. Po co nam namiot, jak w domu puste komnaty! Tak oto właśnie rozkładamy swoje śpiwory na sporej warstwie dywanów, materacy i kocy. Znowu nie będzie wiało i przy okazji poznamy nowe osoby. Jednak dom do którego trafiliśmy jest nieco inny od tych w których byliśmy wcześniej. Brakuje w nim bowiem mężczyzny. Co prawda na ścianach wisi spora ilość pożółkłych fotografii przedstawiających mężczyznę w mundurze, ale nie mieszka on tu teraz. Jest w wojsku, a w domu poza jego maleńkim synkiem są same kobiety. Niestety tym razem głębszej konwersacji nie możemy odbyć, bo bariera językowa jest zbyt duża. Kobiety nie mówią po rosyjsku, a po tadżycku i to z odpowiednim dla tego regionu dialektem. Wystarczać muszą pojedyncze słówka i szerokie uśmiechy. Poczęstowani zostaliśmy standardowo smażonymi ziemniakami, lepioszką, słodkościami i pyszną herbatą. Mimo, że brak mężczyzny i tym razem jedliśmy przy innym stoliku i to nam przypadły największe porcje. Gdy staraliśmy się zaprosić dziewczyny do tego samego stolika, tylko z uśmiechem kiwały przecząco głowami. Taka tradycja, że gość to ważna osoba, którą trzeba należycie przyjąć. Czasem naprawdę w takich sytuacjach bywało nam głupio, bo nie dość, że udostępniają nam miejsce do spania, co już i tak dla nas sporo znaczy, to jeszcze częstują wszystkim co mają.

Tuż przed snem zachciało mi się jednak do toalety, to pytam grzecznie panią, gdzie ją znajdę. Kobieta zrozumiawszy w końcu o co mi chodzi z uśmiechem wskazuje na drugą stronę ulicy w kierunku rzeki. Patrzę i patrzę, naprawdę wytężam wzrok, ale wychodka nie widzę. Pytam jeszcze raz, czy tam coś jest? Po krótkiej gestykulacji z łamanymi słówkami rosyjskimi załapałam o co chodzi. Przecież te sporych rozmiarów kamienie doskonale nadadzą się na toaletę, a o zmroku nikt mnie przecież nie zauważy. Toaleta, to przecież zbędny luksus.

Łada Niva

Autor: Szymon

Wdrapujemy się. Tak naprawdę od dłuższego już czasu. Pedałowanie już dawno musieliśmy zastąpić na piesze wycieczki z naszymi rumakami. Jest już po południu. Opadnięci mocno z sił wpychamy jednak nasze rowery. Teraz zasłużony odpoczynek na przełęczy. Od rana minął nas tylko jeden samochód. A tak poza tym cisza i wiejący w twarz wiatr. Jednak tuż przy samej końcówce wspinania się usłyszeliśmy wysokie obroty silnika, które przeszywały powietrze. Im bliżej nas samochód się znajdował, tym odgłos był donośniejszy. Po kilku minutach czekania, zza ostatniej serpentyny wyłania się Łada Niva. Powoli wjeżdżała na przełęcz. Zatrzymuje się kilka metrów od nas. Zarówno pasażerowie jak i samo auto potrzebują odpoczynku. W końcu kręte zawijasy po piaskowo-kamienistej drodze mocno ich wytrzęsły. Drzwi się otwierają. Wysiadają kolejne osoby. Naliczyłem siedem. Nieźle myślę sobie, mając na uwadze, że Niva jest 4-osobowa. Przerwa na papierosa, rozciągnięcie kości i krótkie podziwianie widoków. Nagle zza tego samego zakrętu przychodzą kolejne cztery osoby. Pewnie pasterze lub ludzie idący do następnej wioski. Zatrzymują się oni jednak przy samochodzie i zaczynają dyskutować z pasażerami. I teraz powinniście zobaczyć moją minę, gdy patrzę jak wszyscy, jeden po drugim, zaczynają wsiadać do czteroosobowej Łady. Jak ten mały samochód pomieścił 11 osób, do dzisiaj wprawia mnie w zdumienie. Zanim zdążyłem zebrać szczękę z podłogi Niva odjechała zostawiając za sobą tumany kurzu i swąd spalonej benzyny.

Umiejętność czytania myśli

Autor: Ania

Jeść! Ta myśl towarzyszy mi od godziny, ale pedałuję z nadzieją, że w kolejnej wiosce znajdziemy może jakiś sklepik, a jak nie to osłonięci przed wiatrem przygotujemy sami obiad. Już na samym wjeździe napotykamy panią z dwójką dzieci. Pytamy więc czy jest gdzieś magazyn (sklep). Pani patrzy na nas jak na kosmitów z innej planety. Chyba nie rozumie co do niej mówimy. Nie poddajemy się szybko, zawsze zostaje nam przecież uniwersalny język, czyli migowy. Gestykulując przykładamy kilkakrotnie rękę do ust w geście jedzenia. Uśmiech na twarzy kobiety sugeruje, że zrozumiała. Prowadzi nas do jakiegoś domu. Wskazuje miejsce, gdzie możemy usiąść, a po chwili tuż obok nas ląduje standardowy zestaw jedzeniowy. Czaj, chleb i ogromna porcja zasmażanych ziemniaków. Sugerujemy, że my tylko sklepu szukaliśmy, a pani tylko wskazuje abyśmy jedli. Jako, że kiszki marsza już nam grają, długo się nie opieramy. Gdy talerz jest prawie pusty, pani dorzuca ogromną dokładkę. W międzyczasie ściągają jedynego w wiosce mówiącego co nieco po rosyjsku. Na do widzenia robimy sobie wspólne zdjęcie, a mówiący po rosyjsku pan zapisuje nam adres domowy na który możemy wysłać im fotografię. Nie zna jednak kodu, jedyne co otrzymujemy to nazwa miejscowości, region i nazwisko. A może ktoś z Was wybiera się w Bartang i będzie tak miły i rozda osobom, które nas ugościły choć jedno pamiątkowe zdjęcie? Będziemy bardzo wdzięczni.

Głowa kozła

Autor: Ania

Siedzę właśnie w pokoju pamirskiego domu. Szymon zajęty jest naprawą roweru, ja zaś zawinięta w śpiwór leżę na wyłożonym dywanami podwyższeniu. W koncie pokoju stoją worki z ziemniakami i cebulą. Tuż obok nich żółty kanister, a na nim miska z której spogląda na mnie głowa świeżo zabitego kozła. Drzwi, jak to w pamirskim domu, standardowo niebieskie. Za nimi maleńki korytarzyk i przejście do pokoju naszych gospodarzy, gdzie przed momentem zjedliśmy porządną kolację i wypiliśmy sporą ilość czaju, rozmawiając przy okazji na wiele różnych tematów. Moją twarz oświetlają ostatnie promienie zachodzącego słońca wpadające przez maleńkie okno. W oddali słychać też donośne odgłosy upartego osła. Jak słońce zajdzie zapanuje ciemność, bo prądu tu nie ma. Jedyną namiastką tego co my mamy na co dzień jest maleńki solar słoneczny – prezent od prezydenta. Toalety tu też nie uświadczysz. Ba, tu już nawet wychodków brak. Bo i po co. Są przecież kamienie, a jak się ściemni to tam za sąsiedni budynek można pójść – mawia nasz gospodarz. Tak też zrobimy za moment. Mycie też musi poczekać, bo wody bieżącej nie ma. Jest niby rzeka, ale temperatura zaraz spadnie poniżej zera, więc kąpiel odpada. I tak mamy dziś szczęście, bo śpimy kolejny zresztą już raz w domu osłonięci od wiatru i przeszywającego zimna. A czasami wieje tu potwornie. Nigdy nie zapomnę nocy podczas której o mało nie wywiało naszego namiotu, a piasek przedostawał się najmniejszymi szczelinami dosłownie wszędzie, tak że o poranku obudziliśmy się na pustyni. Dziś wiatr nam nie straszny. Znowu pojawili się na naszej drodze dobrzy ludzie. Odpoczniemy. Jutro czeka nas kolejna wspinaczka. Ale będzie ona inna niż wcześniejsze, bo skończą się wsie, a wraz z nimi dobrzy ludzie, chcący pogadać, albo przygarnąć na noc. Będziemy zdani tylko na siebie. Już nikt nie zawoła wesoło „Zahaditje na czaj!”, nikt nie zagada, nie pozdrowi. Wracamy ponownie na 4000 m.np.m., gdzie rozpoczniemy walkę z oddechem, zimnem i wysokością.

Berek

Autor: Szymon

Właśnie opuściliśmy ostatnią wieś w Dolinie Bartang. Przed nami trzy może cztery dni wspinaczki do kolejnej, znanej nam już miejscowości Karakul. Po drodze oprócz tymczasowych osad pasterskich nie ma nic. My byliśmy późną jesienią, więc nawet na nie, nie mogliśmy liczyć. Zdawaliśmy jednak sobie z tego sprawę. Prowiant był, wodę chcieliśmy dobierać z rzek więc pozostało nam tylko pedałować i rozkoszować się widokami. Przez kilkanaście kilometrów spotykaliśmy jeszcze Pamirczyków zwożących na osiołkach drewno na opał, natomiast ruch kołowy całkiem ustał. Do czasu. W połowie dnia minął nas UAZ. Ten sam typ samochodu co pomógł nam przeprawić się przez rzekę. Jechał dokładnie w tym samym kierunku co my. Obładowany powoli pokonywał kamienistą drogę, a odgłos jego silnika zagłuszał wiatr wiejący od kilku dni prosto w twarz. Mozolnie jechaliśmy jego śladami i zastanawialiśmy się ile czasu zajmie mu droga do Karakul. Dzień, a może dwa? Przed nim przecież, tak jak przed nami, spory podjazd. Tak dumając jechaliśmy dalej. Nie ujechaliśmy jednak zbyt daleko, gdy ujrzeliśmy w oddali nasz obiekt dociekań. Stał.

– Może się popsuł? – zastanawiała się Ania.

– Albo są głodni i jedzą obiad – odpowiedziałem.

– Ty tylko o jedzeniu myślisz – żona ripostowała.

– A Ty ciągle czarne scenariusze widzisz- dogryzłem.

Na takich właśnie docinkach mijała nam jazda. Jeszcze około dwóch kilometrów i będzie nasz. Już tylko kilometr i ich dogonimy. Zaledwie 500 metrów i …. No właśnie. Ogórek (czyli UAZ miniwan) odjechał. Nie przegoniliśmy go. Po dojechaniu na miejsce jego postoju dojrzeliśmy tylko dużą plamę oleju. Czyli jednak się popsuł.

Nie ujechaliśmy jednak nawet pięciu kilometrów, a w oddali znowu go dostrzegliśmy i podobnie jak wcześniej stał, jakby krzycząc do nas: Łap mnie! I tym razem historia się powtórzyła. Łazik ruszył zanim zdołaliśmy go dogonić, a po jego postoju została plama oleju. Po kilku dodatkowych metrach znaleźliśmy coś jeszcze. Na piasku leżała siedmio centymetrowa śruba, która najprawdopodobniej odkręciła się lub wyleciała na nierównościach. Podnieśliśmy ją i obiecaliśmy sobie, że ją oddamy o ile oczywiści dogonimy ogórka. Jak się okazało UAZ lubił się psuć. Wywiązała się więc swoista gra w berka. Co zbliżaliśmy się do samochodu, ten nam odjeżdżał. Nasze próby dogonienia go jak tylko stał, spełzły na niczym. Po kolejnych trzech próbach odpuściliśmy. Jak go dogonimy to fajnie, jeżeli nie to też się nic nie stanie. Słońce chyliło się ku zachodowi. Robiło się coraz zimniej, a wiatr nie pozwalał na rozbicie się gdziekolwiek. Szukaliśmy odpowiedniego schronienia przed jego podmuchami, na tyle bezpiecznego, aby nasz namiot przetrwał noc. Napotkana opuszczona zagroda dla kóz była jednak za mała, więc szukaliśmy dalej. W oddali zauważyliśmy połacie krzaków. Znak, że blisko woda, a one wystarczająco wysokie, aby mogły nas osłonić od wiatru. Także tam postanowiliśmy nocować. Zbliżając się zauważyliśmy dym. I co się okazało? Pasażerowie naszego ogórka rozbili tam namiot i również postanowili spędzić tam noc. Takim sposobem śruba wróciła do właścicieli, a my rozbiliśmy się niedaleko ich obozowiska. Okazało się też, że łazik jedzie do Murgab. Czyli początkowo tą samą drogą co my, z tą różnicą, że my odbijemy w pewnym momencie do miejscowości Karakul, a on pojedzie w przeciwnym kierunku. Jako, że maszyna znowu odmówiła posłuszeństwa chłopacy zmuszeni byli rozbić się z namiotem i ją naprawić. Ranek nie przyniósł jednak rozwiązania ich problemów. Samochód nadal nie działał jak należy. Chłopaki powiedzieli, że w dwie godziny powinni naprawić problem i z czasem nas dogonią. Takim sposobem to oni stali się teraz berkiem. Przyszłość okazała się jednak inna. Przez ponad dwa dni ogórek nas nie wyprzedził. Prawdopodobnie stos części zapasowych, które wieźli ze sobą nie wystarczył do naprawy i musieli się cofnąć pieszo do wioski po pomoc. Tego jednak mogliśmy się już tylko domyślać, przemierzając puste przestrzenie Doliny Bartnag.

[Październik 2015]

PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

Ania i Szymon

Kochają się jak wariaty, choć mają swoje dwa światy. Ale gdy na rowery wsiadają, to razem przed siebie gnają i przemierzają kraje nieznane, bo to jest im pisane.

10 myśli na temat “Małe historie z Doliny Bartang

  1. Pozdrawiam, podziwiam, życzę wytrwałości, siły, pogody ducha i dużo dobroci na rowerowym szlaku ;-))

  2. Strasznie się zaczytałam w te niesamowite historie…pobudzają wyobraźnię 🙂 a potem dopełnienie wyobrażeń świetnymi zdjeciami 🙂 Pozdrawiam serdecznie i życzę wytrwałości 🙂

  3. Niesamowite.. wydaje się, że im mniej ktoś ma, tym większe ma serce. A tak w ogóle to zadam pytanie, które m,i wszyscy zadają: okradł ktoś was na waszej drodze?

    1. Alicjo, Zgadzam się z Tobą, choć zawsze są jakieś wyjątki. Na podstawie naszego doświadczenia w większości jest jednak tak jak piszesz.
      Odpowiadając na Twoje pytanie, jak dotąd nie okradziono nas. Choć musimy przyznać iż jedna próba była. W dużej, turystycznej, hinduskiej miejscowości młody chłopak próbował wyrwać Ani małą torbę podczas naszego wieczornego spaceru do sklepu. Na szczęście żonka moja odrobiła lekcje i po pierwsze trzymała torbę od strony, gdzie ja szedłem, a dodatkowo ręką trzymała ją na tyle mocno, że dłoń niedoszłego złodzieja tylko zsunęła się po jej tułowiu. Pozostał więc na szczęście tylko niesmak z naszego pobytu w tym mieście.
      Także nie tracimy nic poprzez kradzieże. Niestety moje zapominalstwo to już inna para kaloszy i kilka rzeczy przez nie straciliśmy.

  4. Te historie to chyba mój ulubiony wpis na waszym blogu jak dotychczas. Życie toczy się takie samo, ale jak bardzo odmiennie od czego do czego człowiek przywykł.

    Naszła mnie ochota na coś w związku z waszymi historiami. Dziś wracając z pracy zahaczę o Biedronkę, żeby kupić trochę cebuli. Ziemniaki mam 🙂

Dodaj komentarz