Karakul i słynna Pamir Highway

Jesteśmy! Nareszcie! Po wielu miesiącach myślenia o tym miejscu, kombinowania jak tam dotrzeć i tysiącach przejechanych kilometrów, w końcu my i nasze rowery znaleźliśmy się w Tadżykistanie na słynnej M41. Jest to droga, zwana też traktem Pamirskim lub z angielskiego Pamir Highway, która rozpoczyna się w Osh, a kończy w Mazar-i-Sharif w Afganistanie.

Niech Was tylko nazwa highway nie wprowadzi w błąd. Co prawda droga z Osz do Sary Tasz jest ładnie wyasfaltowana i tylko w nielicznych miejscach ma ubytki w nawierzchni, jednak już przy granicy z Tadżykistanem trakt ten przeistacza się w szutrową drogę. Kiedyś cała ta trasa była asfaltowa, jednak ząb czasu sprawił, że z roku na rok asfaltu jest coraz mniej. Nas w każdym razie tadżycki odcinek M41 przywitał tarką i wiatrem w twarz. Dobrze, że taki stan trwał zaledwie kilka kilometrów, po których droga się lekko poprawiła. Wolno więc pedałowaliśmy w kierunku pierwszej miejscowości na naszej trasie. Przez dwie godziny minęło nas tylko jedno auto, stara łada, którą widzieliśmy już wcześniej na granicy. Obładowana była po dach sprzętem wspinaczkowym. Zapewne turyści zakupili lub wypożyczyli ją od Kirgizów i postanowili powspinać się w Pamirze. A pole do manewru w tym rejonie, trzeba przyznać, że mają bardzo duże.

Jadąc tak chłonęliśmy ciszę. No może nie dosłownie, bo wiatr świszczał i podnosił czasem sporo pyłu, drażniąc przy tym nasze oczy. Nie było jednak żadnych samochodów, ciężarówek czy nawet ludzi, mogliśmy więc sobie jechać całą szerokością drogi. Dopiero późnym popołudniem, zauważyliśmy szybko zbliżający się w naszym kierunku punkt. Na początku myśleliśmy, że to motocyklista, jednak po chwili rozpoznaliśmy kształt roweru. Prędkość miał sporą w porównaniu do naszej. Aklimatyzacja była już za nim, wiatr miał wręcz idealny, a jego bagaż o połowę mniejszy od naszego. Brak przednich sakw i skarpetki na dłoniach zamiast rękawiczek, były pierwszymi rzeczami, które rzuciły nam się w oczy. Jak się okazało był on też strasznym minimalistą. Do tej pory jeździł w gorącym klimacie, więc nie potrzebował zbyt wielu rzeczy. Teraz uciekał z Pamiru tak szybko jak to było możliwe, ponieważ nie był wystarczająco dobrze przygotowany. Nie miał zbyt wielu ciepłych ubrań, a temperatura w nocy spadała poniżej zera. Sam zresztą opowiadał jak to na przełęczy, do której my dopiero mieliśmy dojechać, złapała go burza śnieżna i zmuszony był na niej biwakować. Temperatura spadła wtedy do -10 stopni Celsjusza więc zmarzł w nocy biedaczysko. Niestety spieszyło mu się, więc nie porozmawialiśmy za długo. My sami zresztą też musieliśmy znaleźć miejsce na nocleg. O dojechaniu do najbliższej miejscowości nie było mowy. Na szczęście miejsca na rozbicie namiotu było pod dostatkiem. Problemem okazało się tylko znalezienie osłoniętej od wiatru miejscówki. Gdy to się już udało w sprinterskim tempie rozpoczęliśmy rozkładać namiot. I nie dlatego, że robiło się ciemno czy też, aby ktoś nas nie zauważył. Było nam po prostu okropnie zimno. Jeszcze na dokładkę pojawił się problem z naszą kuchenką. A dokładniej z tłoczkiem pompki, który postanowił zepsuć się w tej iście niekomfortowej dla nas sytuacji. Rozpoczęła się wtedy moja przygoda z prowizoryczną naprawą pompki, podczas gdy Ania próbowała się rozgrzać pod stertą naszych śpiworów. Po godzinnej walce udało się pompkę złożyć w całość. Było więc dobrze, bo to oznaczało, że uda się coś jeszcze dzisiaj zjeść. Oprócz kolacji zagrzaliśmy też ciepłą wodę do butelek i zrobiliśmy sobie z nich termofory. Przydały się idealnie na rozgrzanie. Dalej nasze śpiwory już sobie spokojnie poradziły. W nocy temperatura w namiocie spadła do -8 stopni Celsjusza więc nie wychylaliśmy głów z naszych worków.

Kolejny dzień to tak naprawdę wyczekiwanie na słońce. Jakoś znowu nie mogliśmy znaleźć motywacji do wyjścia z ciepłego legowiska w mroźny poranek. Dopiero ciepłe promienie słoneczne, które zaczęły topić szron z naszego tropiku, pobudziły nas do działania. Dzień zapowiadał się cudnie. Mało chmur, przejrzyste niebo i słaby wiatr. Jadąc w kierunku Karakul, pierwszej wsi po stronie Tadżykistanu, napotkaliśmy pasące się stado jaków. Po drodze mieliśmy jeszcze do pokonania jedną przełęcz i już mogliśmy się cieszyć zjazdem z pięknymi widokami po drodze. Miło nam się tak jechało mając górskie lodowce po lewej stronie i jezioro Karakul po prawej. Cisza, spokój, dobrej jakości asfalt (jak na warunki tadżyckie) i słaby wiatr, który tego dnia nie dawał nam w kość. Mając pustą drogę mogliśmy jechać obok siebie i podziwiać wspaniałe widoki. Ten naturalny krajobraz nieco jednak został oszpecony przez płot z drutem kolczastym, który postawiono wzdłuż calutkiej drogi. Ma on być przeszkodą dla migracji pomiędzy Tadżykistanem, a Chinami. Dziś jednak jest w wielu miejscach dziurawy i nie spełnia już swojej funkcji.

Do miejscowości dojechaliśmy wczesnym popołudniem. Słońce prawie w zenicie rozgrzewało nasze zmarznięte rankiem twarze, a miejscowe dzieciaki z lekkim zaciekawieniem patrzyły na przybyszów. Już na samym wjeździe witała nas tabliczka z informacją o możliwości noclegu w Homestay. Jest to pokój udostępniany dla przybyszów w domu lokalnej rodziny. I trzeba przyznać, że miejsc takich w samych Karakul, jest całkiem sporo. Gdy podjechaliśmy bliżej pierwszego z nich, zaraz podbiegli do nas właściciele oferując nocleg. Zastanawialiśmy się co zrobić. Było jeszcze wcześnie, ale z drugiej strony przed nami 2-3 dni jazdy do kolejnej miejscowości, a po drodze nie było prawie nic. Żadnych wsi, sklepów czy miejsc, gdzie moglibyśmy się ogrzać i odpocząć. Zdecydowaliśmy się więc zostać tu na noc i mieć dodatkowy czas na aklimatyzację na czterech tysiącach metrów, przy okazji z niesamowitym widokiem na jezioro. A ciekawostką jest fakt, że owe jezioro jest od 2014 roku uznawane za najwyżej położone jezioro regatowe na świecie. Pewnie by nim nie było, ale chęć bicia rekordów, pcha ludzi do rzeczy dziwnych czy też ekstremalnych, jak chociażby regaty na tej wysokości. Tak więc na chwilę obecną jezioro Karakul dzierży ten zaszczytny tytuł, który poniekąd jest też pewnym magnesem dla turystów.

Samo Karakul to głównie parterowe lepianki. Gdy wchodzi się do środka pamirskiego domu, od razu rzucają się w oczy wyłożone kolorowymi dywanami ściany. Są one z jednej strony ozdobą, ale z drugiej służą jako kolejna warstwa ocieplająca dom. Zimą temperatury są tu bardzo niskie. Nikogo nie dziwi spadek słupa rtęci nawet w okolice 30 kreski poniżej zera. Prawie w każdej komnacie (pokoju) jest tak zwana koza w której pali się wysuszone odchody zwierząt. Z drewnem jest tutaj spory problem. Puste przestrzenie i niska temperatura w połączeniu z brakiem wody nie sprzyjają rośnięciu lasów. Węgiel jest co prawda dowożony z Kirgistanu, ale kogo na niego stać? Łatwiejszym i tańszym sposobem jest suszenie tego, co dają zwierzęta. Z związku z tym w całej okolicy unosi się charakterystyczny zapach palonych placków krowich. W miejscowości tej jest tylko jeden sklep. Znalezienie go nie jest sprawą oczywistą. Konieczne jest dopytanie miejscowych o „magazyn”. W końcu, po kilku próbach udało nam się namierzyć owe miejsce. Sklepem jest dom mieszkalny w którym jedna komnata jest składzikiem z produktami na sprzedaż. Drzwi otworzyła nam starsza pani, która nie była zbyt skora do uśmiechów czy rozmowy. Dla nas najważniejsze jednak było to, że mogliśmy uzupełnić zapasy, tak by moc dojechać do kolejnej większej już miejscowości. Zaopatrzenie sklepu nie było najgorsze jak na warunki pamirskie. Znaleźć tam można było makarony, ryż, podstawowe artykuły higieniczne czy nawet cukierki lub lokalne batony. Co ciekawe wchodząc do tego sklepu musieliśmy zdjąć buty, na co dużą uwagę zwracała starsza pani. Był to jak dotychczas jedyny sklep z takimi zasadami. Pani przy podliczaniu naszych wydatków używała liczydła. Kalkulatory co prawda są już tam dostępne, ale wiadomo jak część starszych osób podchodzi do nowości.

Wybierając w Tadżykistanie homestay czy guesthouse, czyli miejsca do spania, warto dopytać się o ciepły prysznic. Prysznicem tym jest przeważnie wiadro gorącej wody, które miesza się z zimną i w taki oto sposób można się myć. Dla nas taka kąpiel była niczym gwiazdkowy prezent. W końcu myliśmy się wodą cieplejszą od naszego ciała. O dostępie do prądu także można pomarzyć. Pojawia się on bardzo rzadko, więc miejscowi wcale na niego nie liczą. W większości mają swoje panele solarne, którymi zasilają domowe akumulatory. Wystarcza to na podładowanie komórek, światło z żarówek led w nocy czy ewentualnie obejrzenie filmu na DVD na małym dwunastowoltowym odtwarzaczu, prezencie od władz. Osoby mieszkające w tej miejscowości o Internecie tylko słyszeli. Jest co prawda zasięg komórkowy, ale nie na tyle mocny, by można było korzystać z luksusu surfowania po sieci. Posileni lokalną wersją frytek z cebulą położyliśmy się spać. Następnego dnia czekał nas bowiem ciężki dzień. Ale o nim już w następnym wpisie.

 [Październik 2015]

PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

Szymon

Rower, góry i lampiony – to jego świat u boku żony!

2 myśli na temat “Karakul i słynna Pamir Highway

  1. W końcu na fotografiach widać, że jest zimno i widać że z nim walczycie. Ania z zimową opalenizną wygląda przeuroczo. Szymona chwalić za urodę mi nie wypada, bo wiadomo … chociaż na tych dywanach, z kawą, dżemikiem i czerwono czekoladowym kolorem skóry wygląda jak jakiś radża.

    Nie wiem jak z butelkami gorącej wody i skarpetkami na rękach, ale słyszałem o skutecznych starosłowiańskich metodach rozgrzewania się w zimną noc za pomocą [cenzura]. Warto spróbować wg mnie. W temperaturach minusowych, aby przeżyć, ludzie często muszą posuwać się do ekstremów. Znaczy się, ten … eee.

    Bardzo mnie ciekawi, jak wasze rowery znoszą takie temperatury. Zakładam, że amortyzator to już właściwie tylko teoria a wszelkie smary bardziej przypominają klej biurowy niż ciecz. Szymon, po prostu musisz wygospodarować trochę czasu i napisać chociaż jeden artykuł na temat waszego sprzętu. Takie co i jak i na co zwrócić uwagę (napęd, przygotowanie, sakwy, serwis w warunkach polowych). Parę osób śledzących wasz blog z forum rowerowego właśnie o to się mnie dopytuje. Jako osoba cierpiąca na bicyklozę też jestem strasznie ciekaw.

    Patrzę na mapę i wasza pozycja od kilku tygodni stoi w Nepalu. Bardzo mnie to ciekawi co wy tam porabiacie? Mam nadzieję, że wszystko jest ok i tylko spokojnie sobie zimujecie.

    Pozdrawiam gorąco z Polski, gdzie dziś rano było 9 stopni.

    1. Pornek, tak jak piszesz, nie wszystkie sposoby rozgrzewania mogą ujrzeć światło dzienne 😀
      Co do rowerów to masz rację. Amortyzator mój już dawno przestał działać. Ale to nic. Liczyłem się z tym przed wyjazdem. Nie mieliśmy funduszy, aby ładować w niewiadomo jaki sprzęt, jeżeli stary jeszcze zipał. Co do wpisu to postaram się coś napisać, aby zaspokoić Twoją ciekawość. Generalnie nie planowaliśmy żadnych technicznych postów, ale dla wiernego czytelnika zrobimy wyjątek. Tylko musisz dać mi troszkę czasu. Jutro wyruszamy z Katmandu i nie wiadomo kiedy zatrzymamy się na tyle długo, abym złożył taki tekst. Poza tym Ania na pewno zacznie mi marudzić, że nie rozumie technicznego bełkotu i będzie potrzebowała więcej czasu, aby poprawić moje wypociny. Pewnie kilka razy się będzie do korekty zabierała.
      W Nepalu troszkę się zasiedzieliśmy przez wizy. Po prawej stronie bloga znajdziesz informacje z Facebooka. Tam staramy się zamieszczać krótkie wpisy o tym gdzie jesteśmy i co robimy aktualnie. Pozdrawiamy jeszcze z Katmandu

Dodaj komentarz