Z Ak Bajtał w kierunku Korytarza Wachańskiego

Po opuszczeniu Karakul rozpoczęliśmy powolną jazdę w kierunku najwyższej przełęczy na naszej trasie. Raz asfalt, innym razem szuter i tarka. Czasem prosta po horyzont, która po chwili zamienia się w wijącą serpentynę. Można więc powiedzieć, że mieliśmy prawie całe spektrum rowerowych tras. Po drodze minęło nas kilka pojazdów. Motocykliści, samochody terenowe czy łaziki. Te ostatnie to najbardziej popularne środki transportu w Tadżykistanie. Od czasu do czasu mijał nas jakiś samochód ciężarowy po brzegi wyładowany węglem. I to tak naprawę wszystko co można zobaczyć w przeciągu całego dnia na tej trasie w październiku. Raz nawet zostaliśmy zatrzymani przez miejscowych i wypytani czy czegoś nie potrzebujemy. Miło nam się zrobiło po takim spotkaniu widząc, że ludzie są tu przyjaźnie do nas nastawieni. Nie udało nam się co prawda wdrapać dzisiejszego dnia na przełęcz, ale w dobrych humorach kładliśmy się spać. Nawet minus dziesięć stopni Celsjusza w nocy nie popsuło nam dobrego dnia. Dzień kolejny to powolna wspinaczka na 4655 metrów nad poziomem morza. Ak Bajtał to najwyższa przełęcz na naszej trasie w Tadżykistanie. Od strony Karakul wjeżdża się na nią stosunkowo wolno. Dużo odpoczynków, droga też nie rozpieszcza. Raz szuter, innym razem skrawki asfaltu i przede wszystkim utrudniająca życie chyba każdemu rowerzyście tarka. Gdy w końcu wdrapaliśmy się na przełęcz, uczciliśmy to zajadając się batonami i popijając ciepłą herbatą z miodem. To właśnie w tym czasie mieliśmy okazję podziwiać zmagania Matiza załadowanego w 4 osoby, który na najwyższych obrotach mozolnie wspinał się na górę. Piłowanie silnika słychać było z daleka, ale mimo wszystko dał radę. Przełęcz zdobył zdecydowanie w szybszym tempie niż my.

Tak naprawdę dla nas od tej przełęczy miało być już tylko lepiej. Aż do samego Murgab powinno być z górki, mówiłem Ani. I faktycznie początek zapowiadał się obiecująco. W miarę dobrej jakości asfalt i droga w dół. Niedaleko za przełęczą znaleźliśmy budynek zamieszkały przez osoby zajmujące się porządkiem dróg. To oni podzielili się z nami wodą, która niezbędna nam była do przygotowania kolacji. Tak naprawdę budynek ten jest dla wielu rowerzystów miejscem noclegowym pomiędzy Karakul, a Murgab. Osoby robiące ten odcinek w dwa dni zatrzymują się właśnie tutaj. My niestety nie mieliśmy tyle pary w nogach, a aklimatyzacja pozostawiała jeszcze wiele do życzenia, więc podzieliliśmy tę trasę na trzy dni. Tuż przy budynku natrafiliśmy na tablicę informacyjną z nazwą i wysokością przełęczy. Co ciekawe można na niej znaleźć pamiątki po odwiedzających to miejsce turystach. Oczywiście nie zabrakło też polskich akcentów. Kolejne kilometry wiodły nas stosunkowo w dół. Jeżeli komuś miałbym polecać wspinanie się na Ak Bajtał, to moim zdaniem wjazd od strony Murgab jest łatwiejszy. Lepszy stan dróg do wspinania pod górę, mniejsze nachylenie i wiatr przeważnie w plecy. Kolejny już raz utwierdziliśmy się w przekonaniu, że mieszkańcy tych terenów są niesamowicie gościnni. Jednak tym razem z zaproszenia na nocleg nie skorzystaliśmy, bo było stosunkowo wcześnie i chcieliśmy podjechać jeszcze z 15 kilometrów. Nocleg za to znaleźliśmy w osłoniętej od wiatru, opustoszałej zagrodzie dla zwierząt. Namiot postawiliśmy na najmniej „zbombardowanym” odchodami skrawku ziemi i zajęliśmy się przygotowaniem kolacji, podziwiając przy tym niesamowity zachód słońca.

Do Murgab dotarliśmy kolejnego dnia w południe. To najwyżej położone w Tadżykistanie miasto kojarzyć się nam będzie z pełnymi węgla ciężarówkami, które docierają właśnie do tego miasta drogą M41. To tutaj chcieliśmy zakupić kartę SIM i skorzystać z Internetu. Skierowano nas na lokalny targ, który okazał się zbiorem kolorowych kontenerów. To w nich Tadżycy sprzedają swoje towary. Gdy w końcu udało nam się kupić kartę SIM oraz ją doładować, to niestety nie chciała ona działać. Pani nas obsługująca powiedziała, że za pół godziny wszystko powinno już funkcjonować. W tym czasie rozpoczęliśmy szukanie tłoczka pompki do naszej kuchenki. Niestety, gdy już znalazłem kogoś kto posiada takie rzeczy, okazało się, że nie pasują one rozmiarowo. Także moja prowizorka do kuchenki musi wystarczyć. Czas mijał, a dostępu do sieci nie było. Zniecierpliwieni po prawie godzinie wróciliśmy w to samo miejsce z pytaniem o powód. Pani nie potrafiła odpowiedzieć. Dopytywaliśmy o ustawienia sieci. Często się bowiem zdarza, że trzeba je manualnie skonfigurować. Pani jednak upierała się, że nic nie trzeba robić. Wiedzieliśmy już, że tu niczego więcej się nie dowiemy i musimy jakoś sami się z tym uporać. Zaczęliśmy zatem poszukiwania bardziej ogarniętej w przemyśle telefonicznym osoby. Za trzecim podejściem udało nam się. Pan wyciągnął kartkę z ustawieniami. Rosyjskiej cyrylicy nie umiem, ale na szczęście najważniejsze dla mnie informacje podane były po angielsku. Po skonfigurowaniu sieci nasz telefon ożył. Żonka zadowolona, bo może się skontaktować z rodziną, to i mąż spokojnie spać będzie mógł.

W Murgab możemy śmiało polecić jadłodajnię naprzeciwko targowiska. Widać, że dużo osób się tam stołuje, a to świadczy, że jedzenie jest świeże. Spotkaliśmy tam też parę starszych już rowerzystów z Francji. Kończyli oni już swoją przygodę z Pamirem i zamierzali podjechać taksówką do Osz. Otrzymaliśmy od nich kilka cennych wskazówek i w miłej atmosferze pożegnaliśmy się, życząc nawzajem szerokiej drogi. Mimo, że Murgab to miasto prawie czterotysięczne, problemy z prądem także w nim występują. Tak już chyba będzie do końca naszej podróży po Tadżykistanie. Kolejnego dnia miasteczko opuszczamy stosunkowo późno. Złożyło się na to kilka czynników. Czekaliśmy na otwarcie apteki, musieliśmy kupić paliwo i kilka innych produktów na dalszą część podróży. Gdy w końcu spakowani opuszczamy Murgab, po kilkunastu minutach musieliśmy się ponownie zatrzymać, by oddać nasze paszporty do kontroli. Mundurowi spisali numery naszych paszportów i pozwoleń na wjazd do GBAO (Autonomiczny Rejon Górny Badachszan). Jak się okazało rowerzystów jest tu na tyle dużo, że posiadają oni dla nich specjalny zeszyt. Niedaleko za posterunkiem kontrolnym zaczęła się zabawa. Niby górki nieduże, jednak nachylenie utrudniało mocno nawet niewielkie podjazdy. A ten największy jak się później okazało cały czas był przed nami. Tak naprawdę dotarliśmy do niego wieczorem i powoli zaczęliśmy się wspinać ku jego wierzchołkowi. Gdy już chcieliśmy się rozbijać, zauważyliśmy w oddali jakieś zabudowania. Zdecydowaliśmy więc podjechać w to miejsce i zapytać o możliwość rozbicia namiotu. Okazało się, że miejscem tym był Mamadzochir, czyli coś w stylu lokalnego guesthouse. Gdy byliśmy już prawie u celu, w oddali z drugiej strony dostrzegliśmy zjeżdżającego z przełęczy rowerzystę. Po krótkiej rozmowie wspólnie z nowo poznanym kolegą, którym okazał się Juri z Belgii, postanowiliśmy zapytać gospodarza o miejsce na namiot. Pan nie chciał jednak o tym słyszeć. Zapraszał za to do swojej jurty na czaj i nocleg. Gdy pytaliśmy go o cenę, ten odpowiadał za każdym razem, że porozmawiamy o tym później. W końcu przystaliśmy na jego propozycję. Okazało się jednak, że zabudowania należą do kogoś innego, a on wraz z rodziną żyje tylko w niewielkiej jurcie. Właśnie wtedy zrozumieliśmy też jak duże mamy szczęście, że język rosyjski i polski są tak do siebie podobne. Razem z Anią mogliśmy rozmawiać na proste tematy, podczas gdy kolega Belg komunikował się w większości na migi, wspierając się kilkoma słowami w języku rosyjskim. Gospodarze poczęstowali nas również kolacją i przygotowali miejsce do spania. Nawet kołdry mieli! Wyposażenie jurty było podobne to tego, jakie mają Mongołowie. Wiodą oni więc równie ciężkie życie jak mieszkańcy Mongolii. Młoda gospodyni, żona pana, który zaprosił nas do siebie, narzekała na mocny ból pleców. Ania wygrzebała więc z naszej apteczki maść przeciwbólową i dała kobiecinie, która była bardzo wdzięczna za pomoc. Małżeństwo mieszkało w jurcie z dwójką najmłodszych dzieci, a dwoje starszych ich pociech jest pod opieką dziadków w Aliczur, gdzie chodzą do szkoły. Z najmłodszymi dzieciaczkami podzieliliśmy się słodkościami i jabłkami, które udało nam się kupić w Murgab. Widać było gołym okiem, że nie mają tego codziennie. W sumie nie ma co się dziwić. Pięćdziesiąt kilometrów po górskiej drodze nie pokonuje się szybkim tempem. Zwłaszcza, że nasz gospodarz nie posiadał samochodu, czy motoru. W nocy temperatura spadła w jurcie do +4 stopni Celsjusza. Na zewnątrz mogło być w okolicach -10. A jeszcze wieczorem było tak przyjemnie ciepło w środku jurty, bo ogrzewająca pomieszczenie koza, była cały czas w użyciu. Aż się boję myśleć jaka tam panuje temperatura, gdy na dworze jest grubo poniżej zera. Rankiem poprosiliśmy tylko o gorącą wodę i zrobiliśmy swoją owsiankę. Razem z Belgiem pożegnaliśmy się z gospodarzami, przekazując im nieco funduszy za gościnę i ruszyliśmy w dalszą cześć drogi. Juri w kierunku Murgab, a my do Alichur. Tak naprawdę nie zostało nam wiele kilometrów do wspinania się. Mamadzochir znajdowało się na wysokości około 4100 metrów, więc na przełęcz mieliśmy już niedaleko. Trudno było tylko zlokalizować ten najwyższy fragment drogi, bo przełęcz ta była mocno rozciągnięta. Po drodze minęliśmy jeszcze zepsutą ciężarówkę. Chłopaki nie chcieli żadnej pomocy. Chyba czekali na części do swojej maszyny. Mieliśmy też okazję poznać Fibi, rowerzystkę z Malezji. Dziewczyna samotnie podróżuje już od 1,5 roku. Teraz kieruje się do Kirgistanu, a stamtąd chce lecieć do Nepalu, aby przeczekać zimę w bardziej sprzyjającym klimacie. A więc jest jeszcze szansa na kolejne spotkanie. Do Alichur dojechaliśmy po południu. I podobnie jak w Karakul nie mieliśmy jakoś chęci na dalszą podróż w tego dnia. Wiedzieliśmy też, że Alichur jest ostatnią miejscowością przed dłuższym i ciężkim przejazdem przez góry po odbiciu w Korytarz Wachański. Zdecydowaliśmy się więc zatrzymać w Marco Polo Homestay, który wcześniej poleciła nam Fibi. Skromne warunki, ale nam to wystarczało w zupełności. Przy okazji dopytaliśmy o możliwość umycia się w ciepłej wodzie. Gospodarz początkowo się wahał, pewnie kalkulując koszty rozpalania specjalnie dla nas piecyka, który podgrzewał wodę, ale w końcu zgodził się i zaprowadził nas do pomieszczenia, gdzie mogliśmy wziąć prysznic. Dla nas Europejczyków ciepły prysznic to normalna rzecz, jednak taka podróż jak nasza uczy doceniania najprostszych rzeczy. Prąd w Aliczur jest oczywiście tylko w określonych godzinach. Na szczęście nasz homestay posiadał niewielki generator, więc na podładowanie telefonu starczyło prądu. W Alichur funkcjonują dwa sklepy spożywcze, ale tylko jeden z nich jest jako tako wyposażony. Podstawowe artykuły są tam dostępne więc można uzupełnić zapasy, przed wjechaniem w Wachan.

Jadąc z Murgab w kierunku Duszanbe napotkać można sporą ilość chińskich ciężarówek. Ogromne wieloosiowe pojazdy często są przeładowane. Ich ogromna masa nie sprzyja kondycji M41. Koleiny czasami są na tyle wysokie, że zwykłe samochody muszą je omijać poboczem. Na szczęście rowerami jesteśmy w stanie pokonać je bardzo szybko, więc nie robiły one na nas większego wrażenia. Zdecydowanie bardziej nasz wzrok uciekał ku słonym jeziorom, które mijaliśmy po drodze. Jest ich całkiem sporo w Tadżykistanie. Piękne białe połacie otaczające jezioro to nie śnieg, tylko sól. Dlatego nawet jeżeli mapa pokazuje zbiornik wodny, warto sprawdzić czy na pewno woda w nim nadaje się do picia. Lepszym ujęciem wody w Tadżykistanie są z pewnością górskie rzeki. Dla pewności warto jeszcze wodę przefiltrować i cieszyć się życiodajnym płynem. Po 23 kilometrach od Aliczur pożegnaliśmy się na jakiś czas z M41 i zboczyliśmy na szutrową drogę w kierunku Afgańskiej granicy. Ale o tym napiszemy już w kolejnym poście.

 [Październik 2015]

PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

Szymon

Rower, góry i lampiony – to jego świat u boku żony!

Dodaj komentarz