Boten – miasto niespodzianka

Gdy już myślisz, że Laos nie może Cię niczym nowym zaskoczyć. Uważaj! Możesz się grubo mylić. Tak właśnie było w naszym wypadku. Do granicy zostało zaledwie 7 kilometrów. Według mapy ostatnią miejscowością miało być Boten. Takie małe miasteczko, czy też raczej wieś, bo te kilka ulic miasta z niego raczej nie robią.

Wjeżdżając do Boten zdziwiliśmy się jednak nieco. Miejscowość ta nas najnormalniej w świecie zaskoczyła. Dlaczego? Piękne ono nie jest. Rynek w opłakanym stanie. A mieszkańców mało. Zmieściliby się zapewne na jednej ulicy. Co więc nas tak zaskoczyło? Wyobraźcie sobie, że macie wjechać do jakiejś małej miejscowości w Polsce, tuż przy granicy z którymś z naszych sąsiadów. Czego można się tam spodziewać? Kolejki tirów? Czy też „mrówek” przenoszących alkohol? A może przygranicznego rynku, tętniącego życiem? Tego mniej więcej właśnie oczekiwaliśmy. A co jest w Boten?

Zanim tam dotrzesz, tuż przed samym wjazdem, miniesz lokalną atrakcję w postaci możliwości przejechania się na słoniu. Możesz także zrobić sobie zdjęcie z pawiem. Następnie wjeżdżasz do miejscowości i zamiast drewnianych domków widzisz czteropiętrowe bloki, a pomiędzy nimi rozpościera się wielki plac budowy. Najbardziej ze wszystkich budynków odznacza się różowy kolos. Jedziesz dalej i mijasz centrum handlowe. Następnie mijasz kolejne bloki z chińskimi szlaczkami. Kto na takim pustkowiu buduje te wszystkie budynki – myśleliśmy sobie? A na dodatek widać, że przygotowywane jest podłoże pod kolejne. Odpowiedź otrzymaliśmy kolejnego dnia. No może nie dosłownie, po prostu natknęliśmy się na makietę miasteczka. W planach tych Boten ma stać się turystyczną perełką mającą ściągać wielu klientów. Tak naprawdę wszystkie te atrakcje budowane są pod Chińczyków. To oni tutaj masowo przyjeżdżają i to ich portfele są najmilej widziane. Nie dziwi więc fakt, iż ceny tutaj podawane są w Juanach, a obsługa wita Cię „Nihao” zamiast „Sabajdi”. Wszystkie napisy są oczywiście w języku chińskim. Sporadycznie doszukacie się angielskiego. Nam wydaje się, że to właśnie chiński kapitał został tutaj zainwestowany i stąd ta rozrzutność. Dlaczego rozrzutność? Znowu to tylko nasze subiektywne odczucie, ale wydaje nam się, że to miasteczko to odrobinę przerost formy nad treścią. Pobudowane kilka lat temu budynki niszczeją. Wiele pięter nie jest wykończonych, lub po prostu nic nie jest z nimi robione. Dlaczego więc budowane są nowe? Pewnie po to, aby sfinalizować projekt. Czas więc pokaże, czy inwestycja ta się zwróci. W chwili obecnej wygląda to troszkę jak nasze Borne Sulinowo zaraz po odejściu Rosjan, z tą różnicą, że tu jest nadzieja na wykorzystanie tych przestrzeni. Już teraz widać, że część oddanych do użytku powierzchni zmieniła swoje pierwotne przeznaczenie. Przykładem może być chociażby parter jednego z hoteli. Z zewnątrz są przygotowane powierzchnie wystawowe, które jeszcze kilka lat temu były pokojami dla gości. W chwili obecnej po tych przeróbkach na parterze hotelu znajdziecie rząd łazienek do wyboru. Szkoda tylko, że papieru brak, a o sprzątaniu też mało kto pamięta.

A teraz kilka informacji praktycznych gdyby ktoś w przyszłości przekraczał granicę w tej miejscowości.

W mieście jest kilka hoteli, ale tylko jeden miał dostęp do Internetu. Niestety Wi-fi działało tylko w holu głównym. Można też było wynająć pokój w tym samym hotelu, ale w innym bloku. Tam był Internet dostępny w pokoju, jednakże ze wszystkimi chińskimi ograniczeniami. Także mogliśmy się dobitnie przekonać jak działa „Great Firewall”. W Boten nie ma zasięgu dla laotańskich sieci komórkowych, także jeżeli używacie Internetu mobilnego z tego kraju lepiej znaleźć nocleg 7 kilometrów przed granicą.

Kolejną przydatną informacją dla podróżnych jest fakt iż najlepszy kurs Dolar-Juan i Dolar- Kip jest dostępny w galerii handlowej. Otwarte od 8:00 do 12:00 oraz od 14:00 – 18:00. Trzeba się jednak liczyć z tym, że obsługa wyjdzie szybciej chociażby gdzieś na obiad. Nam o 11:30 nie dane było jej zastać. Musicie też zaopatrzyć się w translator z językiem chińskim, bo ze świecą można szukać kogoś kto zna język angielski.

Przygotujcie też sobie zawczasu translator z językiem chińskim – najlepiej offline lub weźcie zeszyt z długopisem, by móc się porozumieć. Osób mówiących tu po angielsku jest garstka. My trafiliśmy tylko na dwie osoby posługujące się tym językiem, z czego jedna płynnie. Oczywiście jeżeli jedziecie od strony Laotańskiej język migowy jest Wam doskonale znany, więc poradzicie sobie bez problemu.

Boten w przyszłości ma być perełką turystyczną w Laosie. Czy to się sprawdzi – czas pokaże. Na chwilę obecną my traktujemy ją jako kuriozum oderwane od laotańskiej rzeczywistości. Lepsze czy gorsze – to chyba każdy sam musi ocenić.

 


 

PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

 

Szymon

Rower, góry i lampiony – to jego świat u boku żony!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.