Lądowe przejście graniczne pomiędzy Indiami a Birmą. Pierwsze wrażenia i informacje praktyczne

Budzę się wczesnym rankiem, nie mogąc już zmrużyć oka. Odplątuję się z wiszącej nad moim łóżkiem moskitiery i zabieram za wybudzanie Szymona, co ostatnimi czasy staje się coraz trudniejsze. Zza okna hostelowego słychać już pierwsze odgłosy ulicy. Czuję radość i zdenerwowanie jednocześnie. Przed nami nowy kraj. Kraj, który od wielu miesięcy chodzi mi po głowie, ciekawi, kusi i jednocześnie wywołuje obawę, czy aby nie jadę tam za późno. Co zastanę na miejscu? Czy wszystko o czym mówią napotkani turyści i co wyszukuję w Internecie jest prawdą? Ogrom pytań, na których odpowiedź czeka na mnie po drugiej stronie starego, stalowego mostu, na samym końcu miasteczka.

Żegnajcie Indie

Jemy ostatnie samosa i pędzimy na granicę, nie mając pojęcia co nas tam czeka, wszak granica ta otwarta jest dla ruchu turystycznego od niespełna kilku miesięcy! Gdy docieramy na miejsce, zatrzymani zostajemy przez pograniczników, którzy to wysyłają nas do biura imigracyjnego. Czyli zawrócić musimy jakiś kilometr. Tam z kolei dostajemy informację, że biuro czynne jest dopiero od 11:00, a ja postawiłam nas na nogi już o 6 rano! O zgrozo, tyle czekania, a to dopiero strona indyjska. Chyba mamy szczęście, albo tak żałośnie wyglądamy, bo jeden z pracowników zgadza się przyjąć nas szybciej. Wypisujemy odpowiednie papierki, krótka rozmowa i pieczątka opuszczenia kraju ląduje w naszych paszportach. Następnie miły pan prowadzi nas na drugą stronę ulicy, do prywatnego domu i prosi abyśmy chwilę poczekali. Za 5 minut wołają nas do środka, a tam wita nas w domowym stroju, lekko jeszcze zaspany oficer imigracyjny, który dzięki swojej uprzejmości również zgadza się przyjąć nas wcześniej. Luźna rozmowa, pytania o przewożone przez nas bagaże, a także o nasze zdanie na temat jego kraju, następnie ponowne zaproszenie i odprawa celna przeprowadzona. Przy okazji dowiadujemy się też, że jesteśmy pierwszymi Polakami przekraczającymi tę granicę. Uścisk dłoni i ruszamy na stronę birmańską.

Przeboje na granicy

Aby móc przejechać przez przejście lądowe Moreh – Tamu musimy posiadać specjalne pozwolenie. Aplikowaliśmy o nie już w Katmandu, w tym samym czasie, kiedy to wyrabiane były nasze wizy. O ile z wizami jakoś nam się udało, o tyle z pozwoleniem już tak łatwo nie było. Początek całego procesu przebiegał sprawnie, aż do momentu odbioru pozwolenia, które to miało mieć miejsce jakieś dwa tygodnie temu. Nasze pozwolenia wyrabialiśmy w Exotic Myanmar, jednej z kilku firm oferujących te usługi. Aplikuje się online, przelewa fundusze i czeka na e-mail zwrotny z pozwoleniem. Pomimo ciągłych ponagleń firma ta przez ponad miesiąc nie zdołała nam go jednak przesłać. Ostatecznie oznajmili, że będzie ono na nas czekało na granicy. I z taką też nadzieją przekraczamy sławetny most, by zaraz za nim udać się do punktu imigracyjnego po stronie birmańskiej. Niestety nic na nas tam nie czeka. I mimo, że mamy wizy w paszportach, bez owego świstka granicy przekroczyć nie możemy. Dowiadujemy się również, że podobne sytuacje z Exotic Myanmar się już zdarzały i najlepiej się  nimi ponownie skontaktować. Tylko jak? Skoro nasza indyjska karta SIM jest już nieaktywna, birmańskiej jeszcze nie posiadamy, a Internetu tu przecież brak. W tym momencie potwierdza się to, co już wiedziałam wcześniej. Mieszkańcy Birmy są niesamowicie mili i pomocni. Otóż, jeden z pograniczników sam z własnej woli, dzwoni do firmy i po chwili oznajmia, że ktoś powinien się pojawić i mieć dla nas jakieś informacje. Po niecałej godzinie podjeżdża motorem młody chłopaczek. Włosy rozczochrane, zęby czerwone od żucia betelu, a na nogach zamiast spodni tradycyjna spódnica zwana longyi. Jąkającym głosem i łamanym angielskim oznajmia, że jest pośrednikiem Exotic Myanmar, a nasze pozwolenia będą dziś po godzinie 15:00. Jako, że jest przed 9:00, oznacza to, że czeka nas kolejne 6 godzin czekania! Pytamy chłopaka, czy jest możliwość szybszej procedury, wszak opóźnienie jest z ich winy. Dzwoni do siedziby firmy, po czym przekazuje nam słuchawkę. Niestety pani po drugiej stronie, słodkim, choć stanowczym głosem oznajmia, że nic nie może zrobić i jeżeli nie chcemy czekać ona może nam oddać pieniądze. Mówiąc to, wie doskonale, że nie jesteśmy w stanie zrobić nic innego, jak przystać na wszelkie warunki z ich strony, bo przecież do Indii powrotu już nie mamy, jako że wbito nam pieczątkę wyjazdu, a nowej wizy brak. Nie pozostaje nam nic innego, jak usiąść na tyłku i poczekać te osiem godzin. Na szczęście pogranicznicy znowu wykazują zrozumienie i pozwalają nam jechać do miasteczka pod zastaw naszych paszportów.

Zetknięcie z birmańską rzeczywistością

Pierwsze zetknięcie z nową kulturą jest zawsze niesamowicie ciekawe. Wszystkiego trzeba nauczyć się na nowo. Jedzenie, waluta, Internet, zwyczaje, język i wiele innych. Chciałoby się to wszystko już wiedzieć, okiełznać niewiadome, ale do tego trzeba czasu i głębszego wsiąknięcia w kulturę. Na pierwszy ogień idzie bankomat, wszak gotówki u nas brak. Tak, tak, już w pierwszym miasteczku po przekroczeniu granicy jest bankomat! Też nas to lekko zadziwia, ale najważniejsze, że jest. Co prawda prowizja w wysokości 5000 MMK (birmański Kyat) nieco odpycha, ale mogło być gorzej.  Nam jednak udaje się zmienić dolary w banku po całkiem dobrym kursie, przez co wyciąganie pieniędzy z bankomatu okazuje się nieopłacalne. Mamy zatem fundusze na kilka kolejnych dni. No to skoro już mamy za co żyć, to trzeba coś teraz zjeść. Nasze żołądki hinduski samosa już dawno zapomniały i domagają się czegoś konkretnego. Tylko co tu zjeść? Wszystko nowe, a nazwy to nieznane krzaczki i kółeczka. Udajemy się do jednej z lokalnych restauracji i zamawiamy to co pani obok. Smakuje całkiem nieźle. Choć do dziś nie wiemy co to było. Mają też w środku budkę z lodami. Szymon zamawia po dwie gałki. Mi za bardzo nie smakują, bo doszukuję się w nich smaku duriana, więc oddaję swoją porcję Szymonowi. Dzięki pomocy lokalnego chłopaka załatwiamy też kartę SIM. Szybciutko, zero rejestracji i kosztuje ona niecałego dolara! Jeszcze tylko doładowanie i Internet śmiga całkiem sprawnie, co mnie cieszy, bo mam znowu możliwość bycia w kontakcie z siostrą, a ona już przekaże informacje o nas reszcie rodzinki. Szymon jakoś w takich sytuacjach nigdy nie podziela mojego entuzjazmu, ale wie, że jest to dla mnie ważne i z bólem serca, a raczej portfela, kupuje w miarę możliwości w każdym z kolejnych krajów nową kartę SIM. Swoją drogą uzbierała się już nam całkiem spora kolekcja.

Około 15:00 pojawiamy się ponownie na granicy. Pozwoleń jeszcze nie ma, co nas wcale nie dziwi. Siadamy w budynku imigracyjnym. Zagadywani co jakiś czas jesteśmy przez głównego oficera żującego betel, który to dziś, jak sam twierdzi, ma zły dzień. Choć moim zdaniem humor i tak mu dopisuje. W pewnym momencie z wielką rezygnacją stwierdza stanowczo, plując jednocześnie na wszystkich dookoła czerwoną mazią, że dopadła go migrena i będzie musiał pójść odpocząć. Moja pierwsza myśl – nie, tylko nie teraz, bo to oznacza kolejne godziny czekania! Na szczęście w tym momencie pojawia się współpracownik Exotic Myanmar. Chłopak już z daleka krzyczy,  że ma nasze pozwolenia! Uff, oddychamy z ulgą. Dalsza procedura przebiega już sprawnie. Po kolejnych 30 minutach opuszczamy biuro imigracyjne i już oficjalnie jesteśmy w Birmie.

Jest po 16:00. Do zachodu słońca mamy jakieś dwie godziny. Do następnej miejscowości w której to oficjalnie możemy się zatrzymać mamy jakieś 130 km! Nie wiem, czy wiecie, ale w Birmie aktualnie obowiązuje prawo, że turyści mogą spać wyłącznie w hotelach specjalnie dla nich przeznaczonych. Oznacza to, że wszelkiego rodzaju rozbijanie namiotu i biwakowanie na dziko, jest surowo zabronione, a od czasu pojawiania się coraz większej liczby turystów-rowerzystów, jest wręcz kontrolowane. O całym tym procesie opowiemy Wam nieco więcej przy innej okazji, bo to całkiem ciekawe kwiatki z tego kontrolowania rowerzystów wychodzą. Wracając jednak do naszej, jakby to łagodnie ująć, mało ciekawej sytuacji. Jest już późno, a my nadal w Tamu i do tego Szymon zaczyna się źle czuć. Kręci mu się w głowie, staje się osłabiony i mówi, że ma gorączkę. Ja już przeczuwam najgorsze, wszak komarów w Indiach od groma. Podejmuję stanowczą decyzję – zostajemy i szukamy hostelu już w Tamu. Ze sporym oporem Szymon w końcu odpuszcza i zgadza się ze mną, co już samo oznacza, że nie jest z nim za dobrze. Trafiamy do motelu Shwe Oakar tuż na początku miejscowości. Ku naszemu zdziwieniu pracownikiem tego hostelu jest nasz czerwono-zębny chłopaczek, współpracownik Exotic Myanmar, z którym to niedawno się pożegnaliśmy. Lokuję Szymona w pokoju, a sama tacham wszystkie nasze sakwy do środka i biegam dookoła niego jako dobra żonka. Do wieczora jego stan się nie poprawia. Wymiotuje, ma gorączkę i dreszcze. W nocy dopada go jeszcze rozwolnienie. Wyciągam z apteczki wszystkie leki, które mogą mu pomóc i modlę się, aby następnego dnia mu się polepszyło, bo w przeciwnym wypadku trzeba będzie udać się do lekarza. Ranek przynosi poprawę, ale nie tak dużą jakbym chciała. Biegunka nadal jest, a Szymon czuje się osłabiony. Na szczęście gorączka spada. Niestety niewielki z niego pożytek jeszcze przez kolejny dzień! Wtedy już wiemy, że na całe szczęście nie jest to żadne zakaźne świństwo, a zwykłe zatrucie pokarmowe. Nasze podejrzenia idą w kierunku lodów z pierwszego dnia naszego pobytu w Tamu. Niby tak długo jesteśmy w drodze. Na początku przecież lodów z budki, czy soków z ulicy nawet nie ruszylibyśmy, jednak z czasem nasza czujność uśpiła się i wygrało łakomstwo, za które trzeba było zapłacić. Uwaga, ostrzegamy! Nigdy nie jedzcie lodów w miejscu, gdzie prąd jest tylko kilka godzin w ciągu dnia, a restauracja nie ma dodatkowego generatora. Kilkukrotne rozmrażanie może się dla Was skończyć podobnie jak u Szymona.

Informacje praktyczne

Poniżej zamieszczamy kilka informacji praktycznych. Jednak już na samym początku chcielibyśmy zaznaczyć, że Birma jest krajem, który aktualnie niesamowicie dynamicznie się rozwija i to co napiszemy teraz, za jakiś czas może okazać się już nieaktualne, więc zalecamy podwójne sprawdzenie. Dane na marzec 2016.

Co jest wymagane przy przekraczaniu granicy:

wiza pozwalająca na pobyt w Birmie

My nasze wyrabialiśmy w Katmandu. Kosztowało nas to 20$ za osobę. Płacić mogliśmy tylko dolarami. Dodatkowo urzędnicy pobrali opłatę za pośrednictwo. Koszt jego wyniósł 500 NPR. Tu już nie trzeba było płacić dolarami. Warty zaznaczenia jest fakt, że ambasada jest zlokalizowana na ulicy Nakhkhu Height, Lalitpur G.P.P Box 2437, Kathmandu. Nie pomylcie się więc, gdyż wiele źródeł w Internecie podaje starą lokalizację. Proponujemy też pojawić się w ambasadzie przed godziną 12:00. Dokumentami potrzebnymi do wyrobienia tej wizy są kopia paszportu, kopia wizy nepalskiej, bilet lotniczy(!) pokazującego kiedy i skąd wylatujecie z Birmy. My dokonaliśmy rezerwacji takiego lotu (nie płacąc jeszcze za bilet) i otrzymaliśmy potwierdzenie na naszą skrzynkę pocztową. Wydrukowaliśmy je, po czym rezerwację anulowaliśmy. Zdarza się także, że urzędnicy życzą sobie także potwierdzenia rezerwacji hoteli. Warto więc mieć choćby przygotowane rezerwacje, które później można anulować.

pozwolenie MTT na wjazd na teren Birmy

Procedura wyrobienia owego pozwolenia powinno zająć trzy tygodnie (jak widać w naszym przypadku coś się nie udało). My aplikowaliśmy o nie na pięć tygodni przed wjazdem do Birmy. Komunikacja e-mailowa lekko kulała, ale daliśmy radę i opłaciliśmy pozwolenia kartą. Cena 84$ za osobę. Musieliśmy tylko podać dane z paszportu, skany (zdjęcia) wiz oraz, co ważne, dokładną datę przekroczenia granicy. Otrzymaliśmy początkowo informację, że pozwolenia zostaną do nas wysłane e-mailem. Po kilkukrotnym przypominaniu się poinformowano nas, że permit będzie na 100% czekał na nas na granicy. Skończyło się tak, jak to opisywaliśmy powyżej. Osobiście nie polecamy więc Exotic Myanmar. Do wyboru są jeszcze dwie inne firmy zajmujące się pośrednictwem – 7 diamonds i Myanmar Travel and Tourism.

kopia paszportu i wizy birmańskiej

Przekraczając granicę warto jest mieć te kopie. Ucieszy to pograniczników, a Wam zaoszczędzi nerwów i czasu na ewentualne szukanie kserokopiarki.


Procedura przekraczania granicy:

– pieczątka wyjazdowa z Indii. Otrzymuje się ją w budynku Biura Imigracyjnego, które znajduje się ponad kilometr przed samą granicą (dokładna lokalizacja: N24° 14.833′ E94° 18.197′). Dlatego też nie polecamy Wam od razu pędzić na granicę, bo zostaniecie cofnięci tak jak my. Na miejscu należy wypełnić odpowiedni formularz i poczekać, aż oficer wypełni swoje dokumenty i wstawi pieczątki do paszportów.

– odprawa celna. Zaraz po drugiej stronie ulicy od budynku Biura Imigracyjnego znajduje się biuro i prywatny dom celników (dokładna lokalizacja: N24° 14.875′ E94° 18.247′). Tam przeprowadzana jest odprawa celna. Krótkie formalne pytania i można ruszać dalej.

powrót na granicę i przejście przez most na stronę Birmy.

uzyskanie pieczątki wjazdu na teren Birmy po spełnieniu wszystkich formalności, które wyżej opisaliśmy. Dokładna lokalizacja budynku: N24° 14.239′ E94° 18.018′.


Kila faktów o których warto wiedzieć wkraczając do Birmy:

– Moreh jest miastem granicznym po stronie Indii, a Tamu po stronie Birmy;

– nocleg w Moreh (Sangai Lodge, GPS: N24° 14.981′ E94° 18.086′, koszt 100RS) jest tańszy niż w Tamu (Shwe Oakar Motel, GPS: N24° 13.033′ E94° 18.198′, koszt 14000MMK);

– przekraczając granicę z Indii do Birmy tracicie jedną godzinę;

– przekraczając granicę pamiętajcie, że zarówno wiza indyjska jak i birmańska powinny być już w Waszych paszportach;

– o pozwolenie MTT na przejazd przez rejon przygraniczny w Birmie należy ubiegać się przynajmniej z miesięcznym wyprzedzeniem (nas kosztowała 84$ za osobę);

– oficjalnie w niedzielę przejście graniczne jest zamknięte. Jednak jeżeli jesteście uparci i pokażecie, że posiadacie owe pozwolenie na wjazd, które faktycznie ustalone jest na niedzielę, istnieje możliwość przekroczenia granicy. Musicie tylko nieco się nabiegać i poprosić o przysługę;

– w Tamu jest jeden bankomat ATM (GPS N24° 12.882′ E94° 18.518′). Prowizja za wybranie lokalnej waluty to koszt 5000MMK. Niestety jest on często zamknięty lub nieczynny. Pieniądze można też wyciągnąć w banku zlokalizowanym tuż przy bankomacie, ale prowizja jest równie wysoka. Najlepiej udać się więc do kantoru, który znajduje się w kolejnym banku również w pobliżu owego bankomatu. Tam jest najlepszy kurs. Przynajmniej tak było, gdy my tam byliśmy. Polecamy dolary z nowymi seriami w bardzo dobrym stanie, aczkolwiek nam tego aż tak skrupulatnie nie sprawdzano.

– nabycie karty SIM jest bardzo proste i szybkie. W tym celu proponujemy wybrać dostawcę Ooredoo. Byliśmy zaskoczeni, że Internet działał sprawnie w mieście, jaki i na terenach wiejskich. W Birmie w ostatnich latach wybudowano nową sieć i trzeba przyznać, że na razie działa ona lepiej niż w większości krajów azjatyckich. Należy tylko pamiętać by odpowiednio ustawić APN (Access Point Name). Bez tych ustawień może być ciężko cokolwiek zdziałać.

– dowiedzieliśmy się również, że od niedawna konieczne jest posiadanie pozwolenia również na przejazd przez teren przygraniczny Indii. Zmienia się to jednak bardzo dynamicznie, więc najlepiej czytać fora i dowiadywać z oficjalnych źródeł.

[Marzec 2016]

PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

Ania

Czerpie z życia pełnymi garściami, świat poznaje wielkimi krokami. Rowerem odkrywa światy nieznane, czasami mąż ma z nią „przechlapane”…

2 myśli na temat “Lądowe przejście graniczne pomiędzy Indiami a Birmą. Pierwsze wrażenia i informacje praktyczne

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.