Dzień z życia rowerzysty w Birmie

Dziś będzie nieco inny post. Miało być co prawda o świątyniach w Bagan, ale mogą one nieco poczekać. Chcę Wam bowiem przybliżyć jak wyglądał nasz zwykły dzień w Birmie. Z jakimi problemami musieliśmy się zmagać i co wywoływało uśmiech na naszych twarzach. Pisząc to teraz, z perspektywy czasu, kiedy jesteśmy już w Polsce, wszystkie te problemy i sprawy, które wtedy zaprzątały nam głowę, stają się takie jakieś błahe, czasami nierealne. Jednak przyznam szczerze, że wtedy nie zawsze było mi do śmiechu. Zatem cofnijmy się w czasie do upalnego marcowego poranka i zajrzyjmy do naszego namiotu, który spowity jest jeszcze poranną mgłą. Zapraszam.

O poranku

Godzina 5:00. Mój telefon sygnalizuje, że pora wstawać. Podrywam się więc i zabieram za wybudzanie Szymona, co zważywszy na nieludzkie godziny poranne, do łatwych nie należy. Opornie, ale wiedząc, że dziś spaliśmy na dziko, ukryci w krzakach, musimy się spieszyć i niepostrzeżenie wrócić na drogę. Składamy karimaty i pakujemy wszystko do sakw. Z namiotu pierwszy wychodzi Szymon. Sprawdza czy wszystko jest w porządku i zaczyna odbierać ode mnie bagaże. Kiedy namiot jest już pusty wychodzę i ja. Szybka poranna toaleta, złożenie namiotu i zapakowanie wszystkiego na rower. Około 6:00 jesteśmy gotowi do drogi. Rozglądamy się dookoła. Nikogo nie ma. Auta i motory jeszcze nie wyjechały na drogi, zatem ruszamy. Wychodzimy z naszej nocnej kryjówki i jak gdyby nigdy nic pchamy rowery polną dróżką w stronę głównej ulicy. I gdy już jesteśmy prawie u celu, z prawej strony nadjeżdża samochód. Na moment wstrzymujemy oddech, czy aby na pewno nie jest to policja. Gdy jednak kierowca nawet nie zwraca na nas uwagi, oddychamy z ulgą i ruszamy w drogę.

Pewnie zastanawiacie się dlaczego tak się kryjemy i skąd nasze zdenerwowanie. Otóż, od czasu kiedy Birma otworzyła swoje granice dla ruchu turystycznego i obcokrajowiec nie potrzebuje już przewodnika do zwiedzania tego kraju, zaostrzyły się niestety inne warunki. Oficjalnie zabronione jest nocowanie w miejscach nieprzeznaczonych dla turystów. Oczywiście nie muszę wyjaśniać, że namiot, siłą rzeczy, takim miejscem właśnie jest. Stąd też bardzo często tacy rowerzyści jak my w ciągu dnia mają towarzystwo w postaci tajniaków na motorkach, którzy to potrafią siedzieć na ogonie aż do wieczora. Każdy napotkany rowerzysta, wracający z Birmy, raczył nas historią z policją w tle. Najbardziej dramatyczne bywały te przekazywane przez samotnie podróżujące kobiety. To na nie głównie skupiała się cała uwaga tajniaków, a o samotnych noclegach, często mogły tylko pomarzyć. Na szczęście po kilku z serii takich spotkań mieliśmy już wizję i wyrobiony plan działania. A wszystkie wskazówki i rady staraliśmy się jak najlepiej zapamiętać.

Jako, że śniadanie zaraz po opuszczeniu namiotu tym razem odpada, musimy zacząć rozglądać się za jakąś przydrożną knajpką. Na szczęście w Birmie poszukiwania czegoś do zjedzenia nie trwają długo. No chyba, że jesteśmy w szczerym polu, a do najbliższej wioski dzieli nas spora odległość, to wypakowujemy nasze graty i zaczynamy gotować sami. Tym razem po kilku przejechanych kilometrach pojawia się powoli budząca do życia wieś. Pierwsze straganiki są już otwarte, a zapach świeżo zalanej herbaty ze skondensowanym mlekiem, wabi na pokuszenie. O tej porze jednak często jest problem ze zjedzeniem czegoś konkretnego, co przytrzymałoby nas aż do południa. Wybieramy więc miejsce, gdzie kręci się najwięcej osób. Odstawiamy rowery i siadamy w środku, cały czas bacznie obserwowani przez miejscowych. Tym razem musimy zadowolić się zupką z makaronem i sporą ilością zieleniny. Na szczęście kilkaset metrów dalej natykamy się na inny stragan, przy którym smażone są na głębokim ogniu ciastka w smaku przypominające pączki. Kupujemy więc sporą ich ilość, część zjadamy od razu, reszta ląduje w mojej sakwie. Przy końcu wsi robimy jeszcze jeden postój. Tym razem na zrobienie zdjęć na lokalnym rynku. Staję więc gdzieś z boku, kompletnie zapomniana przez mojego męża, opieram rower o drzewo i czekam, aż ten obskoczy wszystkie kramy. Często jego próby nawiązania kontaktu z miejscowymi wyglądają komicznie. Z aparatem w ręku i wielkim bananem na twarzy podchodzi bliżej. Początkowo z nadzieją, że ktoś go zrozumie, zaczyna rozmowę po angielsku. Tym razem pudło. Zatem w ruch idzie mowa ciała. Wygina się, kręci głową, raz wskazuje na sprzedawczynię, raz na aparat i tak w kółko. Kiedy spotyka się ze zgodą, ustawia aparat, naciska spust, a po chwili zdjęcie pokazuje fotografowanej kobiecie. I właśnie jej reakcja jest w tym wszystkim  najpiękniejsza. Mimo bariery językowej domyślam się, co próbuje Szymonowi powiedzieć. Dodatkowo jej szczery uśmiech i lekkie zawstydzenie są niesamowicie szczere i naturalne. Takich sytuacji mamy całe mnóstwo. Żałujemy tylko, że kontakt z miejscowymi mamy w Birmie utrudniony przez wprowadzoną tu politykę. Birmańczycy bowiem mają zakaz zapraszania do swych domów obcokrajowców. Stąd też jeżdżąc po tym kraju, ciągle czujemy pewną lukę. Brakuje nam tych kontaktów, rozmów z lokalnymi i bliższego ich poznania. Ma to bowiem dla nas spore znaczenie w każdym z odwiedzanych przez nas krajów.

Podchody

Gdy mija kolejne 20 minut, Szymon wraca zadowolony i możemy ruszać dalej. Jedziemy jak na warunki birmańskie dobrą drogą, bo w większości asfaltową. Samochodów jest natomiast niewiele. Za to co jakiś czas mijają nas motocykle. Zaraz, zaraz. Ten to już chyba drugi raz mnie wyprzedza. Obserwuję więc bacznie jegomościa. A ten jak gdyby nigdy nic, staje po chwili na poboczu i udaje, że czymś jest mocno zajęty. Gdy go wymijam, odwracam się, a ten powoli rusza i jedzie za nami wolnym tempem. Za jakieś 10 minut znowu siedzi mi na ogonie! O zgrozo, tajniacy!

 – Ania, nie ma co panikować, tylko spokojnie. Jest jeszcze wcześnie, na pewno im się znudzi – powtarzam sobie w duchu. I jedziemy tak kolejne kilkanaście kilometrów. Tajniacy co jakiś czas się zmieniają, a mi zaczyna się chcieć do toalety. Jako, że z wiadomych powodów WC w tych wiejskich terenach nie uświadczę, w grę wchodzą tylko krzaczki. Ale jak tu się za nie schować, skoro panowie na motorkach śledzą mój każdy ruch i od dwóch godzin podziwiają mój tyłek, jako że to ja jadę ostatnia. Pęcherz napiera coraz mocniej, a dobrego miejsca jak nie było, tak nie ma. Nagle na horyzoncie pojawia się świątynia.

 – Może jest tam toaleta? – schodzę z roweru i rozglądam się za charakterystycznym wychodkiem. Co zrobić. Potrzeba ważniejsza. Tajniak również staje lekko zdezorientowany i czeka. Na szczęście, dla mnie oczywiście, misja toaleta zakończona sukcesem. Z tej radości wracając macham do tajniaka, że możemy już ruszać dalej. Na co ten kompletnie się tego nie spodziewając, spuszcza głowę w dół i czeka, aż oddalimy się na dogodną odległość. Od tego czasu jakoś obecność policji mi nie przeszkadza (ok, powiedzmy, że nie tak bardzo). Pozdrawiam nowo przybyłych zmienników, czekających już na swoją zmianę, a podczas przerwy na obiad zapraszamy nawet jednego z nich, aby się do nas przyłączył. Co będzie biedak czekał te kilka godzin. Tak dobrze przeczytaliście. Kilka godzin! Jakoś około godziny 12:00 mój organizm w tych temperaturach mówi stop. Pot leje się strumieniami, ubranie całe przyklejone do ciała i jedyne o czym teraz marzę to cień i coś zimnego do picia. Niestety trafiliśmy na porę suchą w Birmie i jedne z największych upałów. Nawet jeść się nie chce. No dobrze mi może się nie chce, za to Szymona brzuch już od dłuższego czasu domaga się napełnienia. Także zarówno on jak i ja potrzebujemy odpoczynku. Mamy szczęście bo jesteśmy w większej miejscowości. Szukamy więc restauracji w której są wiatraki. Inna kwestia, że działają one, o ile jest prąd. Akurat mamy fart i już po chwili w kierunku mojej twarzy zaczyna dolatywać nieco chłodniejsze powietrze. Szymon za to stara się dogadać, co możemy dostać do zjedzenia. Koniecznie dopytuje o kawałki mięsa. I tym razem nam się udaje, bo porcję otrzymujemy zacną. Do tego zamawiamy herbatę z lodem. Birmańczycy uwielbiają słodzone napoje. Mam wrażenie, że na moją szklankę herbaty przypadają aż cztery łyżeczki cukru! Jak dobrze, że jeżdżąc rowerem nie muszę aż tak martwić się o spalanie kalorii. Mija jedna godzina, druga…, czwarta…, a my dalej siedzimy. Moglibyśmy ten czas wykorzystać jakoś pożytecznie, na przykład pisząc dla Was ten tekst, ale nam się po prostu nic nie chce. Grzeje nadal niemiłosiernie, żadnej chmurki na niebie, a temperatury sięgają 38 stopni i to w cieniu! O zgrozo, mój mózg nie jest w stanie pracować. Co więc robię? To co lokalni. Nic. Siedzę i czekam, aż się ochłodzi. Słucham jak lokalni cmokają na panią kelnerkę, co już za którymś razem mnie nie dziwi i wiem, że oznacza to tylko zwrócenie jej uwagi. Przyglądam się też tym, co jeszcze dają radę, ruszać się w tym upale. Czerwono zębni panowie w spódnicach, to tutaj norma. Podobnie jak w Indiach popularne jest tu bowiem rzucie małych zawiniątek liści, pasty wapiennej, betelu, czasem tytoniu i różnych przypraw, które to można kupić za grosze na każdym kroku. Rzucie tej czerwonej mazi jest sposobem na zabicie czasu. Jest ona również lekko narkotyczna, relaksująca i bardzo uzależniająca. Kilka minut żucia, siarczyste splunięcie pod nogi i … kolejne zawiniątko – tak mijają godziny i dni wielu Birmańczykom.

W gościnie u Mnicha

Temperatura spadła o kilka kresek, pora więc ruszać. Jeszcze tylko kilka fotek z miejscowymi. Tym razem to nie Szymon, a lokalni chcą z nami zdjęcie. Jedno, drugie, dziesiąte …. Dobrze, że po Indiach jesteśmy już przyzwyczajeni do takich sytuacji. Ruszamy. Nie ujechaliśmy nawet kilometra, gdy nagle słyszę huk. Szymon staje i mruczy coś pod nosem, że dętka wybuchła.

 – Ale jak wybuchła? Najechałeś na coś? – dopytuję z przerażeniem.

 – Nie, na nic nie najechałem – odpowiada – prawdopodobnie wszystko przez to, że dopompowałem nieco powietrza na postoju.

 – Ale jak to? – pytam skołowana.

 – Upał żonko, upał – tłumaczy- wyjechaliśmy z cienia na gorący asfalt. Ten kilometr, który przejechaliśmy wystarczył, aby zimniejsze powietrze w oponie się nagrzało i rozprężyło. Prawdopodobnie dętka nie była też najwyższych lotów i wystrzał gotowy. Już biorę się za wymianę.

Szymon nie odzywając się do mnie ani słowem zajęty jest naprawą. W między czasie z podwórka, obok którego się rozłożyliśmy wychodzi Birmańczyk i próbuje dowiedzieć się czy wszystko z nami w porządku. Na migi pokazujemy o co chodzi. On natomiast wskazuje nam jakiś budynek. Pewnie tam jest warsztat naprawczy. Mamy jednak własne dętki, więc dziękujemy za pomoc. Po chwili mężczyzna przynosi nam dwa krzesła i wodę do picia. Niewielkie gesty, ale jakie przyjazne. Nie znając języka, gospodarz stara się pomóc jak może. Szymon nareszcie kończy zmianę dętki i możemy ruszać dalej.

Gdy opuszczamy miasto, odwracam się za siebie z nadzieją, że tajniacy odpuścili. Widzę co prawda kilka motorków, ale skąd mam wiedzieć, czy jest on wśród nich? W sumie nie tak trudno go rozpoznać. Jeżeli bowiem na motorze jedzie więcej niż jedna osoba, odpada. Gdy kobieta, też odpada. Czyli poszukiwania zawężamy do jednego mężczyzny. Skąd wiedzieć, że dany delikwent jest tajniakiem? Trzeba zerknąć czy przypadkiem przy pasku u jego spodni nie jest przyczepiona krótkofalówka. Dodatkowo osobnik taki będzie kurczowo się Was trzymał i odpoczywał w tym samym czasie. Niestety, my tym razem mamy pecha, bo tajniak znowu jest na ogonie, a za dwie godziny zacznie się ściemniać. Teraz już nie jest mi do śmiechu. Łapię się na tym, że denerwują mnie wszyscy samotnie jadący mężczyźni. Staję się przewrażliwiona i z częstotliwością karabinu maszynowego zadaję Szymonowi ciągle to samo pytanie – co zrobimy wieczorem z noclegiem? Dobrze, że mój mąż jest w takich momentach spokojny i zachowuje zimną krew. Z uśmiechem na ustach odpowiada tylko  – to samo co inni rowerzyści.

Słońce chyli się ku horyzontowi, a my ciągle mamy ogon. Spanie na dziko odpada. Większe miasto za jakieś 40 kilometrów. Co robić? Kotłują się pytania w mojej głowie, kiedy nagle Szymon się zatrzymuje.

 – Tu będziemy spać – oświadcza i schodząc z roweru czeka na tajniaka. Ten widząc co robimy ożywia się i zatrzymuje tuż przy nas. Od razu łamanym angielskim pada pytanie, gdzie będziemy spać.

– W świątyni – odpowiada spokojnie Szymon.

– Nie możecie. Musicie jechać do hotelu dla turystów – oznajmia tajniak.

– Ale dlaczego nie możemy tu spać? – ciągnie dalej mój mąż.

– Bo tu jest niebezpiecznie – mówi coraz bardziej poddenerwowany, a może wystraszony policjant.

– To możemy się udać na posterunek policji i tam spędzić noc – Szymon stara się wybrnąć z sytuacji.

Tu pada tylko krótkie nie, bez żadnych wyjaśnień. Tłumaczymy więc, że ten hotel jest za daleko i nie mamy już siły na kolejne 40 kilometrów. Argumenty chyba nie trafiają do naszego rozmówcy, a może ich po prostu nie rozumie. Nie czekając więc dłużej, Szymon wchodzi do świątyni i zaczyna rozmawiać z Mnichem o możliwości noclegu na świątynnej podłodze. Uzyskujemy zgodę, o czym zawiadamiamy tajniaka. Ten oczywiście się nie zgadza i wzywa kolegów. Po 15 minutach, kiedy my siedzimy już w jednym ze świątynnych pomieszczeń, poczęstowani zimną wodą i ciasteczkami, zjawia się oficer imigracyjny z dwoma policjantami. A za nimi schodzi się chyba pół wioski. Podekscytowani siadają dookoła i przyglądają się całej sprawie. Przyznam szczerze, że nie wiem kto w tej całej sytuacji jest bardziej zdenerwowany. My, czy panowie tajniacy, którzy drżącymi dłońmi odbierają od nas paszporty do przejrzenia. Mężczyźni dyskutują między sobą, siedząc po turecku w jednej części pokoju, my okupujemy drugą stronę, a po środku siedzi spokojny Mnich. Dodatkowo dookoła nas wszystkich, żądny sensacji tłum. Po długiej naradzie oficer imigracyjny decyduje, że załatwią nam transport do najbliższego hotelu. Na ich koszt oczywiście. Nie mamy chyba innego wyjścia, więc zgadzamy się na to rozwiązanie, pamiętając, że inni rowerzyści nie mieli tyle szczęścia co my i musieli płacić spore pieniądze zmuszeni do wynajęcia taxi. Najbardziej jednak zastanawia nas fakt, ile to wszystko jeszcze potrwa, wszak już ciemno na zewnątrz. Mija godzina, a my wszyscy dalej siedzimy. Kolejne 30 minut i miejscowi z braku jakichkolwiek atrakcji, udają się już do domów, a my nadal czekamy. W końcu nie wytrzymuję i wychodzę się przewietrzyć, a przy okazji o czołówce poszukać toalety. Chyba to nagłe poruszenie ożywiło też naszych tajniaków, bo nagle zaczynają o czymś dyskutować. Gdy wracam oznajmiają, że nie wiedzą ile jeszcze potrwa czekanie na auto, bo to Birma, więc możemy spać w świątyni, bo jest ona bezpieczna.

Takiego zwrotu akcji się nie spodziewaliśmy. Mnich i uczący się w świątyni młodzi chłopcy prowadzą nas do dużej sali, gdzie możemy rozłożyć nasze karimaty. Dostajemy do dyspozycji dwa wiatraki i zimną wodę. Szymon jeszcze rozwiesza naszą moskitierę, bo krwiopijców tu cała masa i w końcu po całym dniu możemy iść spać. Jednak teraz następuje nieoczekiwany zwrot akcji w czasie którego powinniście widzieć nasze miny. Otóż pamiętacie tych dwóch policjantów przybyłych z oficerem imigracyjnym i tajniaka, który za nami jechał aż do owej świątyni? Chłopacy zamiast wrócić do swoich domów i rodzin, będą spać całą noc z nami na rozłożonych bambusowych matach, bez wiatraków i moskitiery.

Przemyślenia

Ciężko podsumować tę sytuację. Jedno mogę z pewnością napisać, że najbardziej w tej całej historii cierpią zwykli ludzie. Ciepli, serdeczni, gościnni i otwarci. Bo tacy są Birmańczycy. Jednak polityczne zagrywki powodują, że są zastraszeni i boją się kontaktu z turystami. Natomiast rowerzyści, tacy jak my mają spore wyrzuty sumienia. Z jednej strony nie chcą narażać nikogo na problemy, stąd kontakt z miejscowymi jest tylko powierzchowny. Z drugiej jednak strony nie mają oni niekiedy wyboru, bo fizycznie nie są w stanie nocować wyłącznie w hotelach. Co innego turyści poruszający się busami. Tu już sprawa jest łatwiejsza. Niemniej liczymy, że niebawem i ten nakaz nocowania wyłącznie w miejscach dla turystów zniknie i otworzą się tereny będące obecnie całkowicie zamkniętymi dla turystów.

Tak właśnie wygląda jeden dzień z naszego rowerowania po Birmie. Oczywiście nie każdego dnia śledziła nas policja. Zdarzało się to głównie w miejscach mało popularnych turystycznie. Wtedy, gdy wybieraliśmy boczne drogi i staraliśmy się poznawać prawdziwą Birmę. A z noclegiem też nie zawsze bywało tak ciężko, choć przyznam szczerze, że każdego dnia, gdy zbliżał się wieczór, moje zdenerwowanie wzrastało jak przed okresem. Na szczęście podczas całego miesiąca pobytu w Birmie, udawało nam się znajdować nocleg. Nie zawsze tak szybko jak byśmy tego sobie życzyli, ale ostatecznie on był. Często spaliśmy w świątyniach. Niekiedy Mnisi zawiadamiali policję o naszym pobycie i nie było z tym większego problemu. Innym razem po prostu zostawaliśmy zapraszani do środka świątyni, bez zbędnych pytań i wyjaśnień. Spaliśmy też jedną noc na łodzi (o czym pisaliśmy w poprzednim poście), na dachu hostelu i kilka razy w hotelach typowo dla turystów. I wiecie co? Cieszę się, że odwiedziłam Birmę teraz. Wcześniej myślałam, że jestem tu za późno, potem, że może wręcz za wcześnie. Nie. byłam w dobrym momencie. A jeżeli będzie mi dane odwiedzić ten kraj jeszcze raz, to z ogromnym zainteresowaniem będę przyglądać się zmianom, które się tam wydarzyły. A te są nieuniknione. Oby tylko w szły one w dobrym kierunku.

[Marzec 2016]


PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

 

 

Ania

Czerpie z życia pełnymi garściami, świat poznaje wielkimi krokami. Rowerem odkrywa światy nieznane, czasami mąż ma z nią „przechlapane”…

8 myśli na temat “Dzień z życia rowerzysty w Birmie

  1. Dziwnie się czyta o waszych przygodach TAM, gdy jesteście już TU. Spisujcie je, póki głowa jeszcze nie przesiąknęła codziennością.

    1. Pornek, nawet nie wiesz jak nam jest dziwnie, że nie ma nas już TAM, a jesteśmy TU i teraz!
      Spisujemy przygody i niebawem będziemy się dzielić kolejnymi wspomnieniami. 🙂

  2. Aniu – jak taki tajniak siedzi na tyłku, róbcie jak kolumna BORu – Szymon siedzi zaraz za Tobą i zawstydza tego na motorze swoją lycrą :). Chciałem zapytać, co się dzieje, jak już taki nie tajniak (od kiedy siedzi na ogonie) jedzie za Wami przez cały dzień, a wieczór nadchodzi. Ale doczytałem 🙂 I ja narzekałem na policję w Iranie. Ciekawe, czy jest to spowodowane paranoją władz, że zobaczycie coś niegodnego (albo, że Birmańczyk zobaczy i pozna coś z zewnętrznego świata), czy też po prostu tak lukratywny jest biznes hotelowy, a władze pilnują twardej waluty.

    A dało się tym z „ochrony” zrobić zdjęcia i speszyć jeszcze bardziej ?(podejrzewam tego samotnego młodzieńca, co stoi na skuterku, o bycie ochroniarzem) 🙂

    1. Władza boi się raczej, aby za wiele informacji się nie przedostało na zewnątrz. Choć w dobie Internetu to nieuniknione. Pytanie jak długo to potrwa. W miejscach turystycznych nikt nas już nie pilnował. Problem w tym, że my staramy się zobaczyć miejsca mniej oblegane przez turystów, te prawdziwe bez otoczki handlu i chińszczyzny. Znajomej rowerzystce udało się to w birmańskich górach. Tam Policja miała za daleko 😉
      A „ochroniarza” widać na kilku zdjęciach. Dał sobie robić foty 😀

  3. Bardzo wartościowy wpis, pokazujący codzienność poruszania się rowerem po Birmie. Bo poza pięknymi miejscami, do których jedziemy, na drodze spotykamy zawsze wspaniałych ludzi – i to oni najbardziej ubogacają podróż. Minęło sporo czasu, zanim sam to zrozumiałem. Zgadzam się z Wami – to cholernie przykre, że odgórnie narzucone, polityczne obostrzenia w sztuczny sposób formalizują kontakt turystów z autochtonami. No bo w imię czego… Birmie daleko jeszcze do rozwoju masowej turystyki podobnej do Tajlandii (tak mi się wydaje na podstawie Waszej relacji), a „pilnowanie” turystów nawet podczas nocy w świątyni to lekka przesada. Z drugiej strony faktycznie, nie można mieć do tych ludzi żadnych pretensji – oni wykonują tylko zlecone z góry zadania…

    Pozdrawiam!

    1. Cześć Dawid,
      Dziękujemy za komentarz. Cieszy nas, że nie tylko my mamy taki punkt widzenia. Niestety na świecie jest jeszcze wiele miejsc gdzie zwykli ludzie nie mają za dużo do powiedzenia. I tak właśnie jest w Birmie. Zmienia się to troszkę. Kiedy jednak będzie tak jak w Europie? Nie wiadomo. My możemy tylko się przyglądać i dzielić spostrzeżeniami.
      Pozdrawiamy gorąco!

  4. Daw lata wcześniej w 2014 roku miałam identyczne doświadczenia i przemyślenia.
    I nieustannie mnie smieszyło, jak Ci tajniacy nie są wcale a wcale tajni 🙂
    No a odpowiadajac Hubertowi – przynajmniej w moim przypadku tajniacy zmieniali sie co jakieś 20-30 km, pewnie mają rejonizację 😉
    pozdorwer

    1. Ewcyna, czytaliśmy wcześniej o Twoich przygodach w Birmie i szczerze mówiąc, to nie zazdrościmy Tobie. Ilość tajniaków na naszej drodze, to nic w porównaniu z tymi, których Ty spotkałaś 🙂 Szerokości!

Dodaj komentarz