Wąwóz Skaczącego Tygrysa

Wąwóz Skaczącego Tygrysa jest jedną z większych atrakcji Junnanu. My postanowiliśmy zwiedzić go na dwa sposoby. O naszym rowerowym przejeździe wspominała już Ania w tekście „Z Habą w Tle”. Ja za to zabiorę Was dziś na mały trekking po urwistych zboczach Wąwozu Skaczącego Tygrysa. Ma być lekko, miło i przyjemnie, czyli co krok zapierające dech w piersiach widoki i zero turystów na trasie. Myślicie, że tak będzie? My w każdym razie tak się właśnie nastawiliśmy, a co z tego wyszło, znajdziecie w tekście poniżej.

Ambitny plan na trekking mieliśmy już w głowach dużo wcześniej opracowany. Chcieliśmy mianowicie wstać wcześnie rano, czyli tuż przed wschodem słońca. Następnie przejść główny, górny szlak i wrócić przed zachodem słońca do miasta. Plany planami, a realia swoje. Jako, że dzień wcześniej do Qiaotou dotarliśmy bardzo późno, a spać kładliśmy się jeszcze później, nasze zamiary musieliśmy mocno zweryfikować. Nastawiliśmy się więc na nocleg gdzieś na trasie i powrót kolejnego dnia.

Wstaliśmy zatem około 8:00, by po godzinie opuścić hostel, zostawiając w nim nasze rowery i część bagażu. Wpadliśmy jeszcze na chwilę do centrum turystycznego, aby spojrzeć na mapę i oszacować dokładniej trasę. Doliczając posiłek, nasze nogi człapały na szlaku dopiero około 10:00. Wydawać by się mogło, że po 3 miesiącach pedałowania nasze stopy będą przebierać równie szybko jak te u Flinstonów. Pierwsze metry wyraźnie pokazały, że do ludzi z epoki kamienia łupanego jeszcze wiele nam brakuje, a mięśnie wyrobione na rowerze, tylko w części przydają się w czasie trekkingu. Wcale tak szybko nie szliśmy, jakbyśmy tego chcieli. Co więcej plecak obciążony wodą, aparatem i kilkoma rzeczami na przebranie nie chciał sam się wdrapywać na te górki. Co zrobić, niegodziwca trzeba było wnieść.

Początek zapowiadał się obiecująco, czyli tak jak w naszych wyobrażeniach. Wspinając się na pierwsze, większe wzniesienie mieliśmy możliwość podziwiania zakola Jangcy do którego wpadała rzeka Shuoduogang. Wolno płynące wody łącząc swe biegi utworzyły szerokie koryto, przez które tygrys nie miałby szans przeskoczyć. Wiedzieliśmy jednak, że później rzeka będzie musiała zmieścić swe wody w znacznie mniejszym korycie, a więc i nurt będzie zdecydowanie szybszy.

– Jest super – myśleliśmy sobie. Co prawda kilka ciemnych chmur na niebie od rana straszy deszczem, ale może przejdą podobnie jak wczoraj. Nie uszliśmy daleko, a tu szlak zmienia swoje położenie względem starego, którego mieliśmy zaznaczonego na gps. Okazało się, że jest tu budowana droga, która zresztą dała nam się już we znaki dnia poprzedniego. Przebudowa wymusiła przesunięcie szlaku znacznie wyżej. Ciekawe czy podawany wszędzie czas przejścia został także zmieniony? Po 2 godzinach i 15 minutach wiedzieliśmy już, że tak nie jest. Ta cześć miała nam zająć 1,5 godziny. Straciliśmy więc już 45 minut z naszego zapasu czasu. Na dodatek ten fragment trasy oprócz wspomnianego zakola rzeki nie zachwycił. Było na nim dużo leśnych i zakrytych odcinków oraz tumany kurzu wznoszące się pod naszymi stopami. Widoków na rwące Jangcy w dole była znikoma ilość. Kolejna część miała być perełką górnego szlaku. Na początek 28 zakrętasów po skalno-piaszczystym podłożu, by na koniec dotrzeć do punktu widokowego położonego najwyżej na naszej trasie, bo na 2670 m n.p.m.

– No to teraz sobie odbijemy – myśleliśmy. Zanim jeszcze dotarliśmy do owej wijącej się ścieżki zatrzymaliśmy się na odpoczynek przy domku, gdzie pani namawiała nas do kupna słodyczy i napojów.

-“No water to the top and down” – usłyszeliśmy. Jakoś nie ufaliśmy jej, ale z przezorności, po lekkim targowaniu wodę jednak kupiliśmy. Jak się okazało słusznie, bo kobiecina nie kłamała i faktycznie przez następne 2,5 godziny trekkingu wody na trasie nie było. Może w innej porze byłyby jakieś strumyczki, ale nie w kwietniu. Ale wracając do szlaku. Zaczęliśmy wspinać się po owych 28 zakrętach, licząc na jakieś ładne widoki na Jangcy w dole, a tam tylko szlak i panorama zbocza gór po drugiej stronie wąwozu. Gdy dotarliśmy do punktu widokowego zastaliśmy przy nim miejscowego Chińczyka leżącego w sklecionym szałasie.

– Ciekawe – pomyśleliśmy – może odpoczywa. Po kilku krokach wiedzieliśmy już wszystko.

– 10 juan – usłyszeliśmy w łamanym angielskim. Jeszcze Pan wyciągnął nam niebieski papierek i machał nam przed oczyma, abyśmy na pewno zrozumieli.

– Za co? – zapytaliśmy po angielsku. A on na to, że „point view” (punkt widokowy). Uśmialiśmy się tylko lekko i poszliśmy dalej. Po drodze do kolejnej wioski spotkaliśmy wycieczkę chińską z podążającymi za nią dwoma mułami. Okazało się, że zwierzęta niosą im bagaże na nocleg. Wycieczka ta wyglądała na profesjonalną. Kobiety i mężczyźni ubrani w termoaktywną odzież. Buty wysokie, za kostkę, a więc typowe do górskich wycieczek. Kijki do trekkingu i małe plecaczki, bądź pasy biodrowe z wodą, to w sumie wszystko co oprócz aparatów posiadali. Resztę niosły za nich muły. Jako, że Chińczycy będący na urlopach są z reguły leniwi, to taki widok w tych rejonach nie powinien dziwić. Dlaczego opowiadam o turystach, zamiast zachwycać się widokami? Ano dlatego, że widoków na Jangcy było jak na lekarstwo. W drodze do wioski może z dwa miejsca ciekawe by się znalazły. Reszta to las, krzaki i chaszcze. Aż się prosi, aby co nieco wyciąć, by móc podziwiać rzekę w dole. Gdybyśmy mieli polecać trekking po wąwozie tylko przez pryzmat tej części szlaku, to zdecydowanie byśmy go odradzali. My będąc już lekko znużonymi, robiliśmy na tym odcinku zdjęcia znaków na szlaku i staraliśmy się rozszyfrować ich angielskie tłumaczenia. Zrozumienie niektórych z nich przerastało jednak nasze siły.

Przed nami jednak była druga część, więc spokojnie czekaliśmy i liczyliśmy na poprawę widoków. Tym razem mieliśmy szczęście i nie zawiedliśmy się. Jest ona zdecydowanie bardziej odkryta i urozmaicona. W wielu miejscach widać w dole wijącą się rzekę. Po drodze spotkać można biegające swobodnie muły, kozy, a wody można się napić prosto z wodospadów. Patrząc jednak na stosy śmieci na dnie strumyków, nie polecamy tej opcji. Kamienna ścieżka wyryta w grani wije się po zboczu, a wiatr hula pomiędzy skałami. Barierek nie ma żadnych, a wiatr dmuchać to w tych górach potrafi. Czasami nawet mocniej niż w Kieleckiem. Uważać więc trzeba, aby nikogo nie zdmuchnął. Kozy to może sobie radzą z takimi stromiznami, jednak człowiek poleciałby niechybnie daleko w dół. Innym utrudnieniem jest konieczność przeskakiwania na szlaku przez rury doprowadzajcie wodę do wiosek w dole. Ale to i tak pikuś w porównaniu z niektórymi odcinkami na zejściu, gdzie aż prosi się o jakieś wsparcie w postaci łańcuchów lub lepszych stopni. Jeżeli ma się jednak jakieś doświadczenie z górami, to spokojnie można sobie poradzić. Po prostu troszkę wolniej trzeba schodzić.

Nocleg udało nam się znaleźć niedaleko zejścia ze szlaku. Pokój bez dostępu do Internetu, ale za to z przepięknym widokiem na wąwóz. Zostałem nawet pochwalony przez żonkę za znalezienie tego miejsca.

Kolejny dzień zaczęliśmy od studiowania przy śniadaniu poglądowej mapki. Zamierzaliśmy przejść się dolnym szlakiem po drabinkach, by następnie wrócić inną stroną i łapać stopa do Qiaotou. Od miejscowego przewodnika, który był z parą zagranicznych turystów w tej samej knajpce na śniadaniu, dowiedzieliśmy się, że dnia poprzedniego zrobiliśmy 2-dniową trasę, a na dolnym szlaku czekają nas wydatki.

Jak się okazało do centralnego miejsca z najlepszym widokiem na Jangcy prowadzą 3 ścieżki. Każda okupowana jest przez inną rodzinę. Za każdą część trzeba też płacić osobno 10-15 juanów. Podobno oplata jest za owe drabinki, które rodziny wykonały samodzielnie oraz za utrzymanie przez nie szlaku w stanie użyteczności. Można oczywiście zejść jednym szlakiem i wrócić tą samą drogą. Wtedy nie płaci się dodatkowej opłaty, jednak omija się inne drabinki, których pokonywanie może sprawić wiele frajdy. To coś jakby się pokonywało drabinki w Słowackim Raju z tą różnicą, że tutaj potrafią być pionowe, a u naszych sąsiadów w większości są pochylone, co sprzyja wspinaczce. Warto jest więc mieć jakieś rękawiczki, które osłonią nieco dłonie. Dla osób chcących uniknąć wspomnianych drabinek, mam dobrą wiadomość. Istnieje możliwość ich obejścia na środkowym najbardziej popularnym odcinku. Tak naprawdę zejście na tym odcinku odbywa się właśnie po ścieżce, a dla osób wracających na górę istnieje możliwość skorzystania z drabiny. Polacy przekorni jednak są i to bardzo. Dlatego też, my tę drabinkę użyliśmy do zejścia. A co tam. Wiemy, że zejście zawsze jest trudniejsze niż wejście, ale w planach mieliśmy powrót innym szlakiem, więc nie chcieliśmy, aby ominęła nas zabawa na tej właśnie drabince. Warto nadmienić, iż ta właśnie drabina ma drucianą ochronę przed oderwaniem się od niej. Coś na wzór strażackich drabin. Niestety osobom z dużym plecakiem na barkach, będzie ona lekko zawadzała.

Jak już przy radach jesteśmy, to dam jeszcze jedną. Na szlak trzeba wybrać się z portfelem w kieszeni, bo płatności dla chcących zrobić fajne zdjęcia jeszcze się pojawią. Chińczycy, to zaradny naród, zawsze znajdzie się coś, na czym można zarobić. Gdy w końcu zejdzie się na dno wąwozu, można za jedyne 10 juanów przejść się wiszącym mostem na największą skałę w okolicy, by tam móc popstrykać kilka fotek. Miejscówka fajna, to trzeba przyznać. Można pobujać się na moście, zrobić zdjęcie z góry na wzburzone wody rzeki i poczuć na swojej twarzy krople wody rozbryzgującej się na kamieniach wąwozu. Jeżeli ktoś chce prysznic, to jakieś 10 metrów dalej jest miejsce, które można by nazwać diabelskim kotłem. To tu wody uderzają o skały i powstaje mgiełka niczym przy większych, majestatycznych wodospadach. Dobrze, że zamontowano tam barierki, bo na śliskich kamieniach łatwo jest o upadek, a wyciąganie nieostrożnych turystów z wody w tym miejscu, mogłoby się okazać niemożliwe. 200 metrów dalej napotkać można na podobną atrakcję z mostem. Tyle, że on jest tam krótszy, a kamień mniejszy więc i opłata niższa. Do wejścia na górę, do drogi potrzeba jeszcze troszkę czasu. Trzeba bowiem wspiąć się na kilka drabinek, które łącznie liczą sobie 168 szczebli. Także zabawa murowana.

Co nas zaskoczyło jeszcze w dolnej części szlaku to nosidła do wnoszenia ludzi na górę. Przy spotkaniu z pierwszym zastanawialiśmy się czy nie służy ono przypadkiem do akcji ratunkowych. Widok kolejnych na szlaku, upewnił nas już w tym, że to kolejna forma ułatwienia dla zmęczonych turystów. Dziwi nas jednak ich ilość, bo spokojnie naliczyliśmy kilkanaście sztuk na naszej trasie.

Po wyjściu na drogę główną, zaczęliśmy łapać okazje. Udało się w końcu złapać stopa po przejściu około 2 kilometrów i był to drugi samochód, który nas minął. Podwieźli nas Chińczycy będący na urlopie z małym synkiem. Za co jesteśmy im wdzięczni, bo 20 kilometrów asfaltem z moimi kolanami do przyjemnych nie należy.

Czy po tych wszystkich przygodach i opłatach polecilibyśmy wąwóz? Jasne, że tak! Z tą różnicą, że osobiście proponujemy trekking tylko drugiej części całego górnego szlaku. Czyli bez punktu widokowego i przejścia zakrętasów. Natomiast dolny szlak proponujemy zwiedzać wczesną porą, kiedy to jeszcze nie ma tylu turystów i spokojnie można sobie zrobić zdjęcie bez nikogo w tle. Nam się to udało, ale w drodze powrotnej widzieliśmy już większą ilość osób schodzących na dno wąwozu. Jeżeli w planach macie więc zwiedzenie Wąwozu Skaczącego Tygrysa życzymy Wam pięknej pogody i słabych wiatrów.

 


 

PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

Szymon

Rower, góry i lampiony – to jego świat u boku żony!

2 myśli na temat “Wąwóz Skaczącego Tygrysa

  1. Nic nie piszę bo coraz bardziej widziałbym się u waszego boku z braku tego wzięliśmy odział w II rajdzie rowerowym dla sw. Jana Pawła II zorganizowanym, przez Rowerowa Brzozę. Padało ale było fajnie.

    1. Andrzeju, to zbierz rodzinę i w drogę. Choćby na długi urlop. A rajd o którym piszesz kojarzę, w końcu jest na moim podwórku;) Jestem ciekaw czy ktoś z moich znajomych z Bydgoszczy również był na nim. Najważniejsze, że mimo pogody humor dopisał i jesteś zadowolony.
      Pozdrawiam z Chin

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.