Gościna po syberyjsku

Syberia od zawsze chodziła mi po głowie. Wiedziałam, że prędzej czy później odwiedzę to miejsce. Traf chciał, że w Japonii, po raz kolejny już z resztą, zmieniliśmy plany i tym sposobem nadarzyła się okazja, aby zrealizować jedno z marzeń.

Przed przyjazdem w to miejsce nie do końca wiedzieliśmy czego się spodziewać. Gdzieś głęboko w naszych głowach tliły się usłyszane jeszcze w Polsce stereotypy. Nauczeni jednak kilkumiesięczną tułaczką, że aby móc coś o człowieku powiedzieć, trzeba go najpierw poznać, odrzuciliśmy te myśli w niepamięć i z czystą kartką przekroczyliśmy granicę mongolsko – rosyjską.

Ludzie. To on stanowią bardzo ważny pierwiastek naszej podróży. To oni podnoszą na duchu, kiedy ostatkiem sił wjeżdża się stromym podjazdem. To oni też są skarbnicą wiedzy i można się od nich dowiedzieć więcej niż z niejednej książki. Wystarczy tylko im na to pozwolić. Ile razy widząc kogoś przypinasz mu od razu łatkę oceniając po wyglądzie i odwracasz głowę przechodząc na drugą stronę ulicy. A gdybyś tak odrzucił wszelkie uprzedzenia. Odwzajemnił uśmiech. Porozmawiał. Taki zwyczajny gest, a zarazem jaki trudny. Wielokrotnie przekonaliśmy się o tym na własnej skórze, że wystarczy tylko pozwolić się poznać. I tak też było tu w Rosji. Szczerze muszę przyznać, że nie spodziewałam się aż takiej życzliwości, a jednak.

Irkuck. Stacja kolejowa. Szymon kupuje bilety dla nas i naszych jednośladów, a ja czekam na niego przed wejściem pilnując nasze rowery. W pewnym momencie podchodzi do mnie pewien pan w średnim wieku. Przygląda się rowerom, uśmiecha się i już po chwili wywiązuje się rozmowa. Pana wyraźnie ciekawią rowery. Okazuje się, że pan ma większą wiedzę o sprzęcie rowerowym niż ja. A pierwsze wrażenie wcale o tym nie świadczyło. Widać, że ma ochotę na dłuższą pogawędkę, ale musi wracać do pracy. A pracuje na kolei, podobnie jak jego ojciec i syn. Proponuje jednak abyśmy poczekali 40 minut. Skończy pracę i razem pójdziemy do jego domu. Porozmawiamy, poznamy jego żonę. No i będzie mógł nam pokazać jego rower. Długo się nie zastanawiałam, zgodziłam się. Wrócił Szymon z biletami w ręku i po kilkunastu minutach dołączył do nas Valentine i z ogromnym uśmiechem na ustach wręczył nam po cukierku prowadząc jednocześnie do swojego domu. Valentine bardzo dużo jeździ rowerem w podobny sposób jak my. Sakwy, namiot i w drogę. W jego pokoju wisi ogromna mapa świata, a na szafce stos mniejszych map topograficznych. Jego żona Ola szybko przygotowuje nam domowy obiad. Opowiadają nam sporo o sobie, o tym jak kiedyś mieszkali w Bajkalsku, o rodzinie i o polskim rowerzyście Bogdanie z Krakowa, który kilkanaście lat temu ich odwiedził, a którego chcieliby bardzo pozdrowić i odnowić kontakt. Może to czytasz Bogdanie? Rozmowy pewnie trwałyby jeszcze dłużej, ale za oknem robiło się coraz ciemniej, a my musieliśmy wrócić do mieszkania Poliny u której się zatrzymaliśmy, a które było na drugim końcu miasta. I na to Valentine miał zaraz rozwiązanie, abyśmy u niego zostali, bo przecież u nich miejsca mnogo. Z Vateltine i Olą spotykamy się jeszcze tuż przed naszym wyjazdem. Tak jak wcześniej, tak i teraz nie obyło się bez pysznego obiadu („kak u mamy”), rozmów i wałówy na drogę.

Irkuck. Mieszkanie Poliny. Polina mieszka w postradzieckim bloku razem ze swoją mamą i długowłosym kotem. Mimo, że mieszkanie ma tylko dwa pokoje, a Polina ma już w nim jednego gościa, akceptuje ona nasze zapytanie na Couchsurfingu. Cieszymy się jak dzieci, że po długim czasie możemy wziąć prysznic i zrobić pranie. Takie przyziemne sprawy, a mogą cieszyć. To od Poliny sporo dowiadujemy się o mieście. Szybko wskazuje na mapie wszelkie miejsca, które chcemy odwiedzić. A wieczorem jak za studenckich czasów trwają w kuchni długie rozmowy w polsko-rosyjsko-niemieckim gronie.

Omsk. Mieszkanie Nadii i Danila. Podobnie jak Polina zaakceptowali oni nasze zapytanie o nocleg na Couchsurfingu. Młode małżeństwo. Oboje wykształceni, pracują gdzieś w korporacjach. Pogoda w Omsku nie rozpieszcza. Zimno i pada deszcz, który po krótkim czasie przerodził się w ulewę. Cali mokrzy i brudni od błota docieramy do ich mieszkania. Dzwonimy dzwonkiem. Otwiera Nadia. Na jej twarzy widać lekkie przerażenie. Ciekawe czy nie pożałowała wcześniej podjętej decyzji? Na szczęście szybko pojawia się uśmiech. A może to z litości nad dwiema zmoczonymi kurami z masą błotnych tobołów? Nie wnikam w to, ważny jest fakt, że wpuścili nas! Szybkie czyszczenie sakw, kąpiel i gorąca herbata. Tego nam było trzeba. Trochę się u nich zasiedzieliśmy, jako że zmuszeni byliśmy czekać na wyrobienie naszych wiz do Kazachstanu. W międzyczasie załapujemy się na nocne ognisko i spływ pontonem po rzece Irtysz. To z nimi też zchodzimy na delikatne tematy polityczne. Aby nie mieć problemów najlepiej nie wtykać nosa się w politykę i nie próbować czegoś zmienić. Wtedy życie przeciętnego Rosjanina jest spokojne, a w przeciwnym razie może mieć niemałe problemy.

Gdzieś na trasie z Ułan Ude do Irkucka. Jedna za drugą, z ogromną prędkością mija mnie na centymetry. Co druga wydusi z siebie przeraźliwy dźwięk, tuż na wysokości moich uszu. To one, ciężarówki. Ospale wspinają się pod górę, by z impetem zjeżdżać w dół. Jednak są wśród nich i takie co zwolnią, kierowcy machają, lub nawet wysiądą i zagadują. Wypluwam flaki wjeżdżając na kolejny już z serii podjazd. Kątem oka widzę, że na szczycie zatrzymała się ciężarówka. Pewnie się zepsuła, myślę sobie. Gdy z wyciągniętym językiem w końcu wdrapuję się na wzniesienie, dociera do mnie, że przy ciężarówce stoi małżeństwo z nastoletnią córką i ewidentnie na coś czekają. Odwracam się. Nikogo nie ma. I wtedy zdaję sobie sprawę, że czekają oni na nas. (Swoją drogą wytrwali, czekać, że wjadę na szczyt). Ale wracając do rodziny Drugov. Jak się okazuje zatrzymali się oni tylko po to, by sprezentować nam domowej roboty miód z ich własnej pasieki. A z ich córką kontakt mamy do dziś.

Ponownie gdzieś pomiędzy Ułan Ude, a Irkuckiem. Jest już wieczór. Moje siły są na wyczerpaniu, humor jakoś też nie dopisuje. Szymon milczy, wiedząc, że kąśliwa jestem w takich momentach. Rozglądamy się za miejsce pod namiot. Obok mnie przejeżdża stara łada. Zwalnia. Otwiera się przednia szyba i wygląda zza niej młody chłopak.

– Czego szukacie? – pyta.

– A miejsca pod namiot – odpowiadam zdawkowo.

– Ale po co? – podśmiechuje się chłopak.

– No jak to po co? No raczej nie żeby na niego patrzeć, tylko w nim spać – myślę w duchu coraz bardziej zmęczona.

– Chodźcie za mną u mnie jest dacza. Możecie tam spać – woła chłopak z tym samym szczerym uśmiechem.

– A daleko to? – pytam.

– Nie. Bilsko.

I tak po kolejnych 5 kilometrach (może właśnie odkryłam znaczenie słowa blisko) docieramy do ogródków działkowych. Pakujemy się szybko do środka, bo momentalnie zostaliśmy otoczeni przez stado komarów gigantów. Wesoły chłopak częstuje nas wszystkim co ma w ogródku. A uwierzcie, że miał tego sporo. Świeże maliny, czereśnie, marchewka, ogórki. A my nie jedliśmy tych dobroci od bardzo dawna. Pochwalił nam się, że niedługo zostanie ojcem. I koniecznie mamy go odwiedzić następnym razem, ale już w powiększonym składzie. Zostawia nam klucze, które następnego dnia mamy schować we wskazane miejsce i żegna się z nami, bo jedzie do swojej żony, a my dalej zajadamy się malinami.

Kolejny raz trasa z Ułan Ude do Irkucka. Z kupionych przed momentem w wiejskim sklepiku produktów przygotowujemy kanapki, gdzieś na trawie schowani w cieniu. Pojawia się nagle pan niosący w naszym kierunku stolik, a po chwili dostajemy od niego cały czajnik z herbatą. Zwykły gest, a dla nas znaczy bardzo dużo.

Zaproszenia na obiad. Opowieści, że w rodzinie jest też Polak. Przykładów bezinteresownej pomocy mogłabym wymieniać jeszcze sporo. Jednak chyba najlepiej całą sytuację podsumował nasz towarzysz podróży pociągiem. Dyrektor szkoły w średnim wieku, bardzo gadatliwy swoją drogą, po ponad czterech godzinach nieustannej rozmowy, stwierdził: Jak to jest, że my zwykli ludzie potrafimy się dogadać i nie czujemy do siebie złości, a ci na wyższych stołkach politycznych potrafią się tylko sprzeczać? Przecież my wszyscy jesteśmy sobie równi. Czy to Polak czy Rosjanin, my wszyscy jesteśmy tylko, lub aż ludźmi.

[Sierpień 2015]


PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

Ania

Czerpie z życia pełnymi garściami, świat poznaje wielkimi krokami. Rowerem odkrywa światy nieznane, czasami mąż ma z nią „przechlapane”…

8 myśli na temat “Gościna po syberyjsku

  1. Bardzo by się przydało, gdybyście przy każdym wpisie na blogu podali datę, kiedy w danym miejscu byliście. Syberia w listopadzie wyglada wyjatkowo wiosennie … dziwne. U nas temperatury 5-10 stopni a wy w podkoszulkach biegacie i maliny zajadacie 😀

    Ale wam się nogi wszerz rozrosły!

  2. Aniu i Szymonie! Dacza chociaż 5 km i trochę komarów, to w nagrodę świeże owoce i warzywa,
    prawie jak w Polsce? u Babci na Targowej (dawniej), obecnie to u Cioci Ginki luksus, byłam latem.
    Gościnność u pozostałych osób, jak opisujecie była fajna. Pozdrawiam !

    1. Ania doskonale pamięta babciny ogród i nie raz marzą jej się te świeże owoce i warzywa. Na rosyjskiej daczy poczuliśmy się, jakbyśmy cofnęli się w czasie. A gościnnością byliśmy pozytywnie zaskoczeni. Pozdrawiamy!

    1. Szkoda, że byliśmy tam tak krótko. Może kiedyś uda się jeszcze te tereny odwiedzić i lepiej poznać życie osób tam mieszkających. Bo to właśnie ludzie potrafią zrobić największą różnicę w podróżowaniu. Pozdrawiamy

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.