Happy Naadam!

Dziś chciałbym Wam opowiedzieć o najważniejszym mongolskim festiwalu, w którym to mieliśmy okazję uczestniczyć. Cały kraj przez kilka dni żyje tym świętem. Wszyscy pozdrawiają się życząc sobie „Wesołego Naadam”.

Główne uroczystości Naadam odbywają się w Ułan Bator. Jednak jeżeli ich termin komuś nie pasuje, istnieje szansa na wzięcie udziału w mniejszych uroczystościach Naadam, które odbywają się w pobliskich miejscowościach w innym terminie. Huczne otwarcie uświetnia obecność prezydenta, który przewodniczy całym obchodom. Następnie przez kilka kolejnych dni odbywają się zawody w trzech konkurencjach – zapasy, łucznictwo i wyścigi konne.

Bilety na otwarcie festiwalu rozchodzą się jak ciepłe bułeczki. Osobna pula przeznaczona jest dla turystów, oficjeli, a jeszcze inna dla mieszkańców Mongolii. I właśnie z tą ostatnią co roku jest problem. Jest ona na tyle mała, że na każdy dostępny bilet przypada ponad 20 chętnych osób. W kolejkach po bilety dochodzi do przepychanek czy nawet bijatyk. W wielu przypadkach musi interweniować policja. My sami przechadzając się po stolicy, widzieliśmy wiele osób z podbitymi oczyma. Dopiero Froit, który gościł nas w Ułan Bator, wytłumaczył nam z czego takie obrazki na mieście wynikają. Najważniejsze bowiem jest oficjalne otwarcie, które odbywa się w centrum Ułan Bator. Bilety na łucznictwo czy zapasy nie są już tak popularne i spokojnie można je kupić, a wstęp na zawody jeździeckie jest bezpłatny. Poniekąd jest to spowodowane faktem, iż zawody te odbywają się 35 kilometrów od centrum miasta. Wybiera się na nie prawie cały Ulan Bator, więc korek jest niesamowity. Główna ulica w stolicy ma 3 pasy w każdą stronę. Droga dojazdowa od obrzeży miasta do miejsca, gdzie odbywają wyścigi ma 2 pasy w każdą stronę. Ale to stanowczo za mało. Ruch samochodowy w czasie Naadam, kieruje się swoimi prawami. Mongołowie w czasie największego tłoku wykorzystują więc także pasy w drugą stronę. Jeżeli przyjdzie komuś do głowy jechać w innym kierunku niż większość osób w tym czasie, to będzie miał problem. Całe 6 pasów ruchu jest zajęte przez osoby starające się dojechać na wyścigi konne i chcące zobaczyć najważniejszą część imprezy, czyli wyścig najlepszych rumaków. Odwrotna sytuacja ma miejsce po zakończeniu wyścigów. Potrafi zatem być ciekawie. My, aby dotrzeć na miejsce, wyjechaliśmy ze stolicy jeszcze zanim zaczął się największy ruch, a mimo to musieliśmy się przeciskać przez długie kolejki. Jazda chodnikiem była bezcelowa ze względu na wysokie krawężniki, a czasami po prostu brak pobocza. Sklepiki na trasie dojazdowej do festynu są wręcz oblężone. Niestety bardzo dużo osób postanawia właśnie wtedy zrobić zakupy.

Gdy dotarliśmy na miejsce, gdzie odbywały się wyścigi, dołączyliśmy do Froita i jego rodziny. Pomogliśmy im rozłożyć namiot o średnicy 18 metrów i podglądaliśmy miejscowych. Naadam jest dla nich największym świętem, dlatego nikogo nie dziwi odświętny strój u prawie wszystkich Mongołów. Na festyn przyjeżdżają całe rodziny. Dzieci bawią się w strzelanie z łuku, skaczą w dmuchanych zamkach, jedzą lokalne smakołyki, watę cukrowę i biegają dosłownie wszędzie. Troszkę starsze dzieciaki jeżdżą na quadach i podpatrują dorosłych. Dla młodzieży festyn jest jednym, wielkim portalem randkowym. To właśnie podczas niego nawiązuje się bardzo dużo znajomości. Nawet, gdy ktoś korzysta z Internetu, to właśnie wyścigi konne podczas Naadam są idealnym czasem na spotkanie. Widać to zwłaszcza po rodzinach w których posiadaniu są najlepsze konie w Mongolii. Przyjeżdżają one na festiwal nawet kilka dni wcześniej, stawiają jurty i zapraszają swoich bliskich albo innych ważnych gości do siebie. Ojcowie i matki zaczynają zabawę w swatanie. Zapraszają do swojej jurty bogate rodziny zajmujące się podobnie jak oni hodowlą koni. Jest to próba znalezienia dla własnego dziecka drugiej połówki z bogatych i wpływowych kręgów. Ta próba swatów jest też formą podtrzymania tradycji rodzinnych. Rodzice troszkę się boją, że ich dziecko znajdzie wybrankę z miasta i będzie chciało porzucić rodzinny interes. Dziewczyny są w tym czasie ubrane w swoje najlepsze kolorowe suknie, ich szyje są przyozdobione biżuterią, a makijaż dopełnia reszty wizerunku. Ów makijaż często pełni też rolę kamuflażu spalonych policzków, które przez lata wystawione były na palące słońce. Oczywiście dotyczy to biedniejszych rodzin, gdzie dzieci od najmłodszych lat muszą pomagać rodzicom w gospodarstwie. Bogatsze dziewczyny maja inne zajęcia. Chłopacy są przeważnie ubrani w tradycyjne mongolskie, długie stroje, ogoleni i wypachnieni jak nigdy. Ich głowę zdobi charakterystyczny kapelusz, mający chronić przed słońcem.

Zabawy, konne przejażdżki, rozmowy o interesach, przyszłych weselach w pewnym momencie zchodzą na drugi plan. A to za sprawą zbliżających się wyścigów. W tym czasie wszystkie oczy zwrócone są na konie. To one są najważniejsze. Tak naprawdę te wyścigi dla niektórych Mongołów to ich całe życie. A gdy któremuś z nich powie się, że to tylko zabawa, to się obrazi. Przygotowania koni do wyścigów prowadzone są od czasu, kiedy są one jeszcze małymi źrebakami. Przed samym festiwalem jeszcze w czasie zimy sprawdzane są wszystkie konie, jak się zachowują w różnych temperaturach, wilgotności itd. Przeprowadzane są mniejsze wyścigi i wtedy wstępnie wybierani są faworyci. Nie znaczy to jednak, że już wtedy wiadomo jaki koń pobiegnie w wyścigu. Cała wiosna spędzana jest na wzajemnych podchodach właścicieli najlepszych koni. Jeżdżą oni do innych i podglądają jak konie przeciwnika się prezentują i jaką mają formę. Przed samym festiwalem konie przestają otrzymywać jedzenie. Dostają tylko wodę. Chodzi o opróżnienie żołądka i zmagazynowanie jak największej ilości energii w zwierzęciu. Zdarzają się też przypadki podawania kroplówek, czy sterydów. O ile sterydy organizatorzy próbują wykryć poprzez badanie koni przez weterynarzy tuż przed startem, o tyle efekty kroplówek z glukozą, czy innymi substancjami łatwe do rozpoznania już nie są. Sami wyjeżdżając już z festiwalu widzieliśmy jak podawano kroplówkę jednemu z koni. Nie wiemh czy było to przed, czy po wyścigu tego konia, niemniej podawanie dożylne jest faktem. Tak naprawdę walka o pierwsze miejsce odbywa się wśród najbogatszych rodzin. Mają one całe zaplecze ze sobą podczas festiwalu. Konie są przywożone na miejsce. Mają swoje mini stajnie i żyją w komfortowych warunkach. Jest jednak wiele rodzin, które przyjeżdżają na Naadam w starym mongolskim stylu.

I tak też zapadła mi w pamięci jedna historia sprzed kilku lat opowiedziana przez Froita. Pewna biedniejsza rodzina postanowiła przyjechać na główny festiwal. Jako, że uboga i mieszkająca daleko od stolicy, zmuszona była wybrać się zdecydowanie szybciej na Naadam. Jechali w jednym wozie zaprzęgniętym do starszej szkapy. Tuż obok biegał jednoroczniak, który miał startować w wyścigu podczas festiwalu. Oprócz tych koni, rodzina miała ze sobą jeszcze stado, które pędzili na sprzedaż. Wyprawa ta trwała ponad miesiąc. A to stado musiało odpocząć, a to napić się czy najeść. Tempo wolne, ale zważywszy na odległość i zwierzęta, zrozumiałe. Po sprzedaniu zwierząt na targu wybrali się na miejsce festiwalu i rozłożyli w prowizorycznym namiocie. Postanowili wystawić dwa konie do wyścigów. Jednoroczniaka w wyścigu najmłodszych koni, a starą kobyłkę dla tych najstarszych. Muszę Was zmartwić, szczęśliwego zakończenia nie będzie. Jednoroczniak nie wygrał. Tu dodam, że wygrywa tak naprawdę 5 najlepszych koni. To one zaraz po biegu uzyskują najwyższe ceny na rynku. Młodsze sprzedawane są pod kątem kolejnych wyścigów w przyszłych latach, a starsze jako konie rozpłodowe. Jeszcze gorzej było po wyścigu starszych koni. To, że starsza szkapa, która ciągnęła ciężki wóz nie zajęła dobrego miejsca, można było się domyślać. Niestety po wyścigu zwierzę padło. Prawdopodobnie jelita podczas biegu powykręcały się i zwierzę konało w męczarniach. Próby kopania w brzuch biednej szkapy celem przemieszczenia wykręconych jelit również nie pomogły. Rodzina odcięła tylko głowę konia i wzięła ze sobą, by pokazać ją jako dowód, dziadkowi, który pozostał w domu. No bo jak można stracić jedynego konia pociągowego? A biedny jednoroczniak na koniec zmuszony był jeszcze ciągnąć wóz.

Bardzo rzadko zdarza się, aby podczas głównego festiwalu Naadam (bo są jeszcze inne imprezy tzw. małe Naadam), wśród zwycięskich 5 miejsc znalazł się jakiś koń z biedniejszej rodziny. Wystawianie koni to też złożony etap. Rodziny decydują wręcz na sam koniec, który ogier będzie startował. Dużo zależy od pogody, inne bowiem konie lepsze są w upałach, a inne podczas deszczu. Każde zwierzę dosiadane jest przez dżokeja, którym jest dziecko. Tak dziecko! Oczywiście chodzi o zmniejszenie wagi, którą koń musi dźwigać. Zdarzało się w przeszłości nie raz, że zmęczone zwierzę padało podczas biegu i niejednokrotnie miażdżyło swojego jeźdźcę. Albo dzieci spadając uderzały głową o kamienie i umierały razem z koni podczas biegu. Dlatego wprowadzono nakaz używania kasków. Ale nawet mimo to, zdarzają się wypadki śmiertelne. Zdarzenia te nie powstają wcale w wyniku braku umiejętności jeździeckich dzieciaków. Mongołowie od najmłodszych lat uczeni są jazdy konno i naprawdę są w tym dobrzy. Strategia wyścigu też ma znaczenie. Można bowiem odnieść pirrusowe zwycięstwo. Przykładowo zmęczone zwierzę padnie zaraz za metą lub później z wycieńczenia. Dlatego bogatsze rodziny posiadają radia dzięki którym kontaktują się z dżokejem i instruują go podczas całego wyścigu. Kiedy ma zwolnic, a kiedy przyśpieszyć.

Najlepszym miejscem do oglądania zawodów jeździeckich jest oczywiście meta. Mongołowie ponadto wierzą, że dotykając potu z sierści zwycięskiego konia zapewniają sobie szczęście przez cały rok. Dlatego oglądają, który koń zwycięża i próbują się do niego zbliżyć. W przeszłości próbowali nawet dotykać finiszujących koni, co było bardzo niebezpieczne dla nich jak i dla jeźdźca. Obecnie przy mecie jest płot, a dodatkowo policjanci tworzą kordon osłaniający pas ziemi po którym biegną zwierzęta z dżokejami. Dlatego też zaraz za meta po finiszu jest kocioł. Wszyscy garną się do zwycięskiego konia, a właściciel stara się z nim jak najszybciej uciec. Po co? Aby nie padł! Zwierzęta po takim wyścigu są na granicy wytrzymałości. Serce wali jak szalone, a mięśnie odmawiają posłuszeństwa. Konia w takim stanie koniecznie trzeba jeszcze rozchodzić, aby nie było nieprzyjemnych komplikacji. Nakłada się więc derkę na konia, aby za szybko nie zmarzł i chodzi się z nim dookoła obozu. A co robią przedstawiciele rodzin w tym czasie? Odbierają pieniądze z zakładów. Tak z zakładów! Jeszcze przed wyścigiem obstawiane są konie, które mogą wygrać daną gonitwę. Wiele z tych zakładów jest nieoficjalnych. Ale ciągle są, funkcjonują i maja się bardzo dobrze.

Tak naprawdę wiele z opisanych ciekawostek trudno zauważyć na pierwszy rzut oka. My mięliśmy to szczęście, że opowiedziano nam o wielu sprawach z punktu widzenia osoby mieszkającej w Mongolii od wielu lat. Po tym wszystkim, co usłyszeliśmy już nigdy nie powiemy, że wyścigi konne podczas Naadam to zwykła zabawa. Jest to naprawdę ciężka praca, wiele wysiłku i strategia obmyślana nocami, po to by odnieść sukces. A dla wielu biedniejszych Mongołów to po prostu walka o szczęście.

[Lipiec 2015]


PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

Szymon

Rower, góry i lampiony – to jego świat u boku żony!

6 myśli na temat “Happy Naadam!

  1. Witajcie! Trafiłam dzisiaj na Waszego bloga! Piękne zdjęcia, aż nie można się napatrzeć 🙂 Mongolia to fascynujący i magiczny kraj, mieszkałam tam przez kilka miesięcy i czytając Wasze posty jakoś tak się od razu cieplej robi na sercu 🙂 Pozdrawiam serdecznie!

    1. Cześć Olu! Jak nam miło, że do nas trafiłaś! Oj tak, Mongolia to niesamowity kraj. My żałujemy, że nie mogliśmy tam być dłużej. Och, jak my zazdrościmy Tobie tych kilku miesięcy, dzięki którym z pewnością zagłębiłaś się w kulturę i obyczaje jego mieszkańców. Nam niewątpliwie Mongolia będzie się kojarzyć z końskim mlekiem, którym częstowani byliśmy praktycznie codziennie 🙂 Zdradź nam, czy po takim czasie polubiłaś ten specyficzny trunek?
      O i widzimy, że piszesz blog o Mongolii. Jak tylko znajdziemy nieco czasu rozgościmy się na nim dłużej, bo musi on być skarbnicą wiedzy 🙂 Uściski gorące z Indonezji!

      1. Mnie tym bardziej miło, że trafiłam, bo teraz dzięki Waszym wpisom i pięknym zdjęciom, podróżuję każdego dnia do innego kraju! 🙂 Ach, piękny był ten mongolski czas i faktycznie trochę historii się nazbierało, a i nauczyłam się też wiele! Choć najważniejsi są oczywiście ludzie, którzy sprawili, że rozkochałam się w tym miejscu bez pamięci! 🙂 Haha, faktycznie, to kraj mlekiem płynący! Lubię kumys, choć chyba bardziej smakuje mi jacze mleko, ale to zdecydowanie mongolska herbata jest moim faworytem! Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda Wam się ponownie zawitać do Mongolii 🙂

        Będzie mi bardzo miło goszcząc Was na swoim blogu! Ja również gorąco pozdrawiam znad miseczki polskich czereśni! 🙂

        1. Chcielibyśmy, aby to się udało. Mamy miłe wspomnienia z tego kraju i ciągle wiele do zobaczenia. Ale nam teraz smaka narobiłaś pisząc o czereśniach;)

Dodaj komentarz