Wspólnie przez Sumatrę

Tym razem słowo wspólnie nie oznacza, tylko mnie i Szymona. Od jakiegoś czasu bowiem podróżujemy z Martiną i Martinem, parą rowerzystów, którzy podobnie jak my postanowili zwiedzać świat z perspektywy siodełka rowerowego.

Ci z Was, którzy czytali nasz poprzedni wpis, zapewne już wiedzą, że para ta pochodzi ze Słowacji, a poznaliśmy się pierwszego dnia naszego pobytu w Indonezji.  Nie mamy pojęcia jak długo razem pojedziemy. Możemy przecież nie dopasować się kondycyjnie, czy też charakterowo. Jednak każdy kolejny dzień pokazuje nam, że jest wręcz odwrotnie. Mimo, że tym razem jest nas aż czworo, a więc potencjalnie potrzebujemy więcej miejsca do spania, to i tak udaje nam się znajdować bezpieczne miejsca na rozbicie naszych namiotów, a czasem też kąt u ludzi. Dużym sprawdzianem naszych charakterów okazuje się jednak jeden z noclegów w pierwszym tygodniu naszej znajomości, a tym samym w pierwszych dniach na Sumatrze.  Tego dnia Martin od początku ma problem z rowerem. Co jakiś czas zmuszeni jesteśmy więc do przymusowych postojów, podczas których chłopacy naprawiają rower, a ja i Martina odpoczywamy. W takich momentach często otoczeni zostajemy też przez grupki lokalnych osób, które z zaciekawieniem nam się przyglądają. Na nudę więc nie narzekamy. Jednak przez te wszystkie przymusowe przystanki nie udaje nam się dotrzeć w zaplanowane wcześniej miejsce, a wieczór zastaje nas w samym sercu dość sporawej wsi. Wspólnie decydujemy, że zaczynamy rozpytywać się o nocleg, a w najgorszym wypadku o czołówkach pojedziemy dalej. Nie udaje się ani w szkole, ani na lokalnym boisku, podobnie jest z kilkoma dość sporymi podwórkami. W końcu jeden z mieszkańców prowadzi nas do pobliskiego domu. Dookoła nas zaczyna narastać tłum. Co chwilę ktoś nowy dochodzi i nam się przygląda. Do momentu pojawienia się gospodarza, chyba pół wsi się zebrało. Ostatecznie po dość długich rozmowach w standardowym dla nas języku, czyli migowym, zostajemy zaproszeni na nocleg. Nie pozwolono nam jednak rozbić namiotów, a udostępniono jeden z pokoi. Jednak jak się za chwilę okazuje, zanim się położymy, czeka nas jeszcze długi wieczór, podczas którego czujemy się jak małpki w zoo. Co chwilę do pokoju w którym mamy spać przychodzi ktoś obcy i robi nam zdjęcia. Część osób próbuje zagadać, ale rozmowa kończy się na pytaniach typu skąd jesteśmy i jak się nazywamy. W pewnym momencie robi się tak tłoczno i duszno, że już nawet gospodarz nie wytrzymuje i wyprasza część osób. Zmęczenie po całym dniu pedałowania i sporych emocjach wieczornych, powoduje, że stajemy się coraz bardziej nerwowi i czekamy tylko na to, alby w końcu położyć się spać. Nie chcemy być jednak niegrzeczni i z coraz bardziej sztucznymi uśmiechami odpowiadamy na próbę komunikacji ze strony Indonezyjczyków. Z czasem tłum rzednie, a my możemy w końcu kłaść się spać. Niestety spanie w zamkniętych pomieszczeniach w tropikalnych klimatach ma to do siebie, że momentalnie robi się strasznie duszno, a całe ciało zaczyna lepić się od potu. Na szczęście dostaliśmy do dyspozycji jeden przenośmy wiatrak i to dzięki niemu jakoś udaje nam się przespać noc. Rankiem sytuacja z poprzedniego dnia się powtarza. Do okien zaczyna zaglądać coraz więcej osób, słychać też pukanie do drzwi. Na szczęście nasz gospodarz pilnuje byśmy wszyscy wspólnie w spokoju zjedli śniadanie i nie wpuszcza sąsiadów. Pojawia się tylko jeden chłopak mówiący w miarę płynnie po angielsku i w końcu możemy się jakoś porozumieć z naszymi gospodarzami i podziękować im za nocleg. Po posiłku żegnamy się z całą rodziną, pakujemy rowery, co chwilę proszeni o wspólne zdjęcie z którymś z sąsiadów. Kiedy jesteśmy już poza wsią oddychamy z ulgą, nie czując już naporu tłumu dookoła. I właśnie w takim  momencie odprężenia, ponownie przebija się dętka w rowerze Martina, czyli czas na kolejny odpoczynek.

Ciekawą sprawą jest też dla nas wspólne poszukiwanie czegoś do zjedzenia. O ile poranne posiłki w postaci owsianki, nie są dla nikogo problemem, o tyle sprawa komplikuje się w czasie pory obiadowej. Jak zapewne część z Was dobrze wie, Szymon to typowy mięsny zwolennik. Natomiast Słowacy są wegetarianami. Zwykle w takich sytuacjach idziemy na kompromis i szukamy jakiejś przydrożnej knajpy, gdzie podawana jest i zielenina, jak i mięsne kąski. Jednak pewnego popołudnia zarówno ja jak i Słowacy jesteśmy bardzo wybredni co do miejsca posiłku. Ciągle coś nam nie pasuje, a biedny Szymon coraz bardziej cierpi. A głodny Szymon, to niestety zły Szymon. Po przejechaniu którejś z kolei wsi i nie znalazłszy odpowiedniego miejsca, mój mąż nie wytrzymuje. Zatrzymuje się przy pierwszej lepszej budce, sprawdza tylko, czy serwują mięso i zamawia nie przejmując się nawet, że w tym miejscu o warzywach możemy zapomnieć. Ja już wiem, że przeciągnęliśmy sprawę. Teraz tylko wystarczy dać się Szymonowi najeść i wszystko wróci do normy, a my będziemy mogli poszukać również czegoś dla nie mięsnej części drużyny. Na szczęście Martina i Martin reagują tylko śmiechem, na to Szymonowe zachowanie i pozwalają mu się najeść do syta.

Każdy taki wspólny dzień jest więc dniem kompromisów zarówno ze strony naszej, jak i naszych kompanów. Na szczęście dogadujemy się bardzo dobrze. Dzięki Martinie codziennie udaje nam się znaleźć miejsce, gdzie możemy wziąć „prysznic”, a Martin jest świetnym kompanem dla Szymona do robienia zdjęć. Razem wymieniają się poglądami i szukają ciekawych kadrów. Dzięki nim nasze dni nie są monotonne. Śmiejemy się i razem zachwycamy otaczającym nas krajobrazem. Jedziemy tak wspólnie przez całą Sumatrę, po czym na jakiś czas nasze drogi się rozdzielają, by pod koniec przygody z Indonezją spotkać się ponownie. Ale o tym później.

Przyznam szczerze, że tego pierwszego dnia, kiedy się potkaliśmy z Martiną i Martinem nie spodziewałam się, że uda nam się tak dobrze dogadać i że kontakt ten przetrwa próbę czasu. Na szczęście się myliłam i dzięki temu przypadkowemu spotkaniu w sklepie w Dumai mamy teraz dwójkę przyjaciół zakręconych na tym samym punkcie co my. Więcej o nich możecie znaleźć na ich stronie www.pozabucky.eu lu profilu na facebooku.

[Maj 2016]
PODOBAŁ SIĘ TOBIE TEN WPIS?

Jeśli tak, to zarejestruj się aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach związanych z naszymi podróżami. Nie ujawnimy nikomu Twojego adresu!

Ania

Czerpie z życia pełnymi garściami, świat poznaje wielkimi krokami. Rowerem odkrywa światy nieznane, czasami mąż ma z nią „przechlapane”…

3 myśli na temat “Wspólnie przez Sumatrę

  1. Dzień dobry zwracam się do Was z ogromną prośbą, w imieniu Uniwersytetu Trzeciego Wieku otóż chcielibyśmy Ciebie Aniu i Twego męza Szymona poprosić w roku przyszłym na spotkanie z naszymi słuchaczami.Termin dowolny jak by Wam odpowiadało( do uzgodnienia)Pisałam już na fb. ale nie wiem czy prośba moja dotarła.Pozdrawiam

  2. Witam
    Dzień, niesie dobre i mniej szczęśliwe przeżycia, poznawanie i odkrywanie nowego, czyni ludzi bogatszymi.
    Wasza kolejna podróż ŻYCIA, pomaga innym obejrzeć i poznać, to gdzie nigdy nie dotrą.
    Dziękuję ciocia Ala

Dodaj komentarz